Biało-czerwoni

Po tej nocy nic już nie było takie samo, nie mogło być. Wszyscy Polacy, jak jeden mąż, bo też chwały tej oszczędzono niewiastom, obudzili się biało-czerwoni. Nie w sensie metaforycznym, nie duchowo, jak najbardziej namacalnie, fizycznie. Do pasa czerwoni, powyżej biali. Gęba równie ustawowo, na linii wąsa. kolorem przedzielona. Polaka można było od tej chwili rozpoznać na pierwszy rzut oka, nawet wtedy, gdy nie nosił sandałów.

Odkrywanie nowej powierzchowności dokonywało się falami, gdyby nie huczne obchody 25 lecia odzyskania wolności, można by z pełną powagą twierdzić, że najnowsza narodowa świadomość rodziła się klasowo. Tegoż poranka pierwsi w lustro spojrzeli kierowcy komunikacji miejskiej, oświetleniowcy z Woronicza i Wiertniczej, poranna szychta na deficytowych grubach, prezesi spółek giełdowych oraz rzecznicy partyjni. Później padło na gwiazdy telewizji śniadaniowej, studentów kierunków zaocznych, mieszkańców miasta Łodzi oraz runnerów. Przed siódmą okrzyki niedowierzania dochodziły już zarówno z pokoi gimnazjalistów jak i spłacanych we frankach mieszkań niższej klasy menadżerskiej. Jeszcze chwilę drzemała biurowa klasa średnia na swych piętrowych pryczach i szeregowi pracownicy telemarketingu. Najdłużej spali nauczyciele, związkowcy, bezdomni i renciści, ale i oni w końcu się budzili.

Biało-czerwoni.

O ile pierwsi wychodzący z domów kulili się trwożliwie w długich płaszczach i kapeluszach (po dziadkach) wygrzebanych z pawlaczy, to już koło dziesiątej ulice były pełne rozradowanych młodzieńców w kaszkietach i gustownie dobranych skarpetkach. Przeistoczenie miało indywidualny charakter, nie zawsze przebiegało bezproblemowo i bezboleśnie, wiążąc się z szeregiem okoliczności czasem śmiesznych, czasem przykrych. Prześledźmy je na przykładzie jednej grupy zawodowej, publicystów polskich.

I tak znany felietonista, ojciec trzech synów, działacz związkowy oraz spec od internetu uznał, że jest pierwszym polskim superbohaterem, wsiadł do subaru i spokojnie pojechał do pracy. Inny, fantasta równie zdolny, przebywał akurat na Pierwszym Zjeździe Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Burskiej i kiedy zmienił barwy, a wypadło to, po uwzględnieniu różnicy czasu, w samym środku przemówienia, został natychmiast wywieziony poza granicę farmy i wypuszczony w buszu. W samych butach! Dwóch nagradzanych poetów, z dwóch różnych pokoleń, w try miga opublikowało podniosłe hymny sławiące nowy polski look. Pierwszy opiewał „czerwień, jak krew przelana przez bohatery”, drugi wspominał „ducha hartowanie wśród ołowiowych śniegów Syberii”. Plotkowano, że kilku redaktorów bardziej lewicowych periodyków internetowych natychmiast popadło w ciężką depresję, a jeden nawet próbował się powiesić, nic to jednak wobec tragedii w środowiskach narodowo-patriotycznych. Przy empirycznym badaniu, dokonywanym na licznych afterkach, okazywało się, że biel i czerwień różnych -steinów i -erroreirów tego świata w niczym nie była gorsza od bieli i czerwieni -echów i -skich.

Choć jedna różnica była dość wyraźna. Wspominamy o niej nieśmiało, wbijając wzrok głęboko w klawiaturę i czytelników poniżej osiemnastego roku życia prosząc o pominięcie tego fragmentu. Otóż pół populacji miało. za przeproszeniem, penisa czerwonego, za przeproszeniem, w stanie spoczynku, a białego, za przeproszeniem, w stanie pobudzonym, a drugie pół – dokładnie na odwrót. Próbowano miesiącami wyjaśnić ten fenomen, głowili się nad nim najzdolniejsi medycy, biologowie, chemicy, księża, Lech Wałęsa, nawet redaktor Kuźniar… I nic. Sprawdzano status majątkowy, światopogląd, wykształcenie, preferencje seksualne i polityczne, zwyczaje żywieniowe, prawo jazdy, wielkość rzeczonych organów i nie dało się wyciągnąć innego wniosku, niż taki, że to absolutnie bez znaczenia. Powstało multum prac doktorskich z powyższą konkluzją. Obronionych z ministerialnym wyróżnieniem. Mechanika, teologia, fizyka, sztuki piękne, socjologia, ekonomia – polska nauka rozkwitała jak nigdy dotąd, finezyjnie roztrząsając problematykę biało-czerwonego organu.

Polacy stali się prawdziwą światową sensacją, pokazywaną w telewizjach informacyjnych pomiędzy materiałem o trzynogim niedźwiadku polarnym urodzonym w zoo w Canberze, a newsem o śmierci 300 000 Polinezyjczyków spowodowanej nagłym podniesieniem  poziomu wód w Pacyfiku. Trzeba przyznać, że chaos Dnia Przemiany, jak później nazwano pamiętną noc, czyniąc ją świętem państwowym niewolnym od pracy, udało się opanować zaskakująco szybko. Już w południe wspólnie w tv wystąpili partyjni liderzy (poza jednym; na Twitterze furorę zrobiła opowieść, że kolejnemu ekspresowo nakładano makijaż), a 24 godziny później poprawiono Konstytucję, zaznaczając w preambule, że „każdy Polak ma prawo do bycia biało-czerwonym, zarówno wierzący w Boga, jak i czerpiący wartości z innych, niechrześcijańskich, nieeuropejskich źródeł”. Przeprowadzono potężną akcję promocyjną zagranicą, podkreślając biało-czerwoność circa 1/4 Niemców, 1/7 Rosjan, 7/8 Ukraińców, 1/10 Czechów i 1/1 Amerykanów. Reklamówki, konsultowane przez najlepszych w kraju specjalistów ds marketingu i wzywające do Bycia Dumnym Biało-Czerwonym, wyświetlono we wszystkich krajach świata, poza jednym – Izraelem. Miało to swoje szczególne powody, o których jeszcze opowiemy.

Ogólnopolską euforię przerwały doniesienia napływające z zagranicy. Pierwsze, o dziwo, nadeszły z kraju największej wolności osobistej i od zawsze gwarantowanej demokracji. To przed domem mieszkającego w Teksasie ekscentrycznego podróżnika wbito i podpalono krzyż z napisem „JPII and polish papiści go home” i podpalono, to nie wpuszczono na terytorium USA Bartosza Węglarczyka, decyzję opierając na „narzędziu do pracy” – scyzoryku amerykańskich marines znalezionym w bagażu pana Bartosza. Z całego kraju napływały wieści o licznych incydentach z udziałem „osób o biało-czerwonej karnacji”, stawiających opór w czasie kontroli drogowej. W kilka tygodni w statystykach przestępstw narkotykowych prześcignęli oni Latynosów i Afroamerykanów. Policyjni funkcjonariusze i republikanie dowodzili, iż w tym wypadku nie ma mowy o rasizmie, ponieważ, tu warto posłużyć się cytatem: „zdecydowana większość Polaków w USA to w dokumentach ludzie rasy białej i na dodatek nielegalni imigranci”.

Początkowo z kpiną przyjmowano skargi polskich europosłów na gorszą jakość obsługi w Brukseli oraz nagłe oziębienie osobistych stosunków po Przemianie, jednak szybko okazało się, że każdej polskiej rodziny dotyka sprawa biało-czerwona. Ciężko harujący na emigracji wyrobnicy z dnia na dzień, bez słowa, tracili pracę, wyrzucano ich z mieszkań, witryny polskich sklepów obrzucano kamieniami. W miejskich ściekach znajdowano biało-czerwone pasma ludzkiej skóry, zaskakująco wysoki był procent zamarzniętych – tuż pod drzwiami opieki społecznej – biało-czerwonych bezdomnych. Wystarczyło by na danej ulicy osiadło tylko dwóch Polaków, by ceny nieruchomości leciały na łeb, na szyję w całej dzielnicy, co skutkowało tworzeniem polskich gett, deportacjami lub nadmorskimi lotami w jedną stroną (tylko jednak w krajach mniej cywilizowanych, późno schrystianizowanych i dysponujących dostępem do morza, typu Francja, Hiszpania, Grecja).

Państwo polskie całkiem dobrze, musimy to ze zdumieniem przyznać, radziło sobie więc całkiem nieźle z falą repatriantów – powracający mężczyźni mogli liczyć na mieszkanie oraz zatrudnienie, jeśli nie w administracji publicznej, to w straży granicznej, szkolnictwie lub przynajmniej w dyskontach.  Tak, nagle w Polsce pracy było całkiem sporo, dla młodych i starych, na pełnym etacie – śmieciówki i wszystkie inne sposoby obchodzenia prawa pracy zostały zakazane i ścigane z pełną surowością. W tym celu powołano Urząd Ochrony Etatu im. Ryszarda Petru, który dzielnie wspierały organizacje pozarządowe w rodzaju Centrum Roberta Gwiazdowskiego. W Kodeksie Karnym srożej niż pracodawców uchylających się od etatów karano jedynie seryjnych morderców oraz uciekinierki.

By wyjaśnić powyższą mentalną rewolucję, nazywaną również II przewrotem kopernikańskim, musimy ociupinkę cofnąć się w czasie. Podstawowym pytaniem jakie zadawano po Przemianie, była kwestia Przemiany, a konkretnie Jej braku, u kobiet, u wszystkich kobiet, w tym także tych uznawanych dotychczas za Polki. Starły się dwie idee. Pierwsza, wywiedziona z wielowiekowej tradycji, w centrum argumentacji stawiała historyczną słabość płci pięknej, czego liczne dowody można znaleźć choćby w archiwach. Druga, mniejszościowa, przeciwstawna i oprócz kobiet głoszona tylko przez nielicznych dewiantów, w Przemianie widziała kolejny męski spisek mający na celu eliminację z życia narodu. Co bardziej radykalne z feministek malowały się i „ustrojone” jedynie w farbę budziły zgorszenie na ulicach, jednak tego typu ekscesy zostały szybko spacyfikowane przez specjalnie powołane służby.

Skutkiem tych sporów, a także kilku ustaw o których nie warto w tym miejscu wspominać, był exodus tzw. Polek poza granice kraju. Nie był to proces do pewnego momentu zbyt szkodliwy dla państwa, zwłaszcza iż trzeba było, zagospodarować całe rzesze rodaków, czasem w szóstym pokoleniu, wracających do ojczyzny z Zachodu (tych ze Wschodu przekazywano Ukraińcom, Białorusinom i Litwinom, wychodząc ze słusznego założenia, że i oni są spadkobiercami I RP). Dopiero w obliczu katastrofy demograficznej –  odnotowano dramatyczny spadek (o 120%) liczby kobiet w wieku reprodukcyjnym, nawet w burdelach nie lada sztuką stało się trafienie na pensjonariuszkę młodszą niż 50 lat – przywrócono kontrole na granicach, a następnie zbudowano mur chroniący pozostałe, coraz bardziej nieliczne, obywatelki przed wyjazdem. Po przedostaniu się na Zachód lafiryndy śmiały swe postępowanie tłumaczyć troską o dzieci, ze łzami w oczach opowiadały o nieustannym życiu w lęku, strachu przed urodzeniem biało-czerwonego syna.  – Czyż nie mam prawa do życia z białym? – Pytały te bezwstydne rasistki, przygłupawi redaktorzy, w komplecie jednokolorowi, kiwali ze zrozumieniem głową.

Summa summarum znalezienie chętnej kobiety w kraju graniczyło z cudem. Te co zostały sztucznie zapładniano i kropiono wodą święconą, tak by rodziły jak najwięcej Polek (biało-czerwonych nie trzeba było, wszyscy mieli ich, siebie, potąd). Niestety na pierwsze efekty Programu Reprodukcyjnego trzeba było poczekać trzynaście lat, a wszelkie próby sprowadzenia samic z zagranicy spełzły na panewce – zapytania zrodziły pewne zainteresowanie jedynie poniżej równika, co wiązałoby się z niebiałą skórą wybranek. Po przemyśleniu sprawy stwierdzono, iż byłoby to zachowanie niegodne dla spadkobierców Wiednia, Grunwaldu i Wizny. Postanowiono więc ponownie nawiązać stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zerwane natychmiast po tym jak światowe agencje napisały o biało-czerwoności połowy mieszkańców historycznej Palestyny, w tym nawet jednego arabskiego posła do Knesetu, co skończyło się nagłą dymisją rzeczonego, motywowaną względami osobistymi, najprawdopodobniej rychłą śmiercią. Zerwanie kontaktów było na rękę obu stronom – Polacy obawiali się powrotu akurat tych biało-czerwonych, z walizkami pełnymi świadectw własności, Izraelowi migracja zaburzyłaby dramatycznie skład ludnościowy. I tak nie obyło się bez problemów, bowiem część rabinów i wszyscy ortodoksi (z tych, którzy nie stali się biało-czerwonymi) ogłosili gojowatość wszystkich „Polaków” i konieczność wydzielenia dla nich specjalnego terytorium, na wzór Autonomii Palestyńskiej. By zapobiec tym, coraz częściej nie tylko słownym, przepychankom władze Izraela zleciły jak najszybsze wynalezienie antidotum albo przynajmniej szczepionki dla przyszłych pokoleń.

I właśnie licencyjny zakup tychże specyfików miałaby negocjować specjalna delegacja – od kilku dni kolportowana jest taka wieść na mieście i przez moment twarze znękanych mężczyzn rozjaśniają się w uśmiechu. Chwila słabości, ulotna jak nadzieja, przemija i cóż pozostaje konspiratorom poza ponownym wbiciem wzroku w beton?