Ratujcie, ludzie! Jezus! Jezus! M a r i o! – Po korytarzach dortmundzkiego Domu Opieki Osób Starszych co kilka nocy niósł się krzyk pensjonariusza z pokoju 271. Dręczyły go koszmary, łatwo się jednak uspokajał. Wystarczyło podejść do łóżka, poprawić poduszkę i do rana spał jak niemowlę.

Josef „Jozek” Krencischek był jednym z najstarszych gości domu starców, ale też jednym z najspokojniejszych i najłatwiejszych w codziennej obsłudze. Zachował dyskretną elegancję starych czasów, z niewielką tylko pomocą codziennie rano się golił i ubierał sztruksową marynarkę ze skórzanymi łatami na łokciach. Zasiadał w fotelu przy oknie i godzinami spoglądał w dal. Posługiwał się staroświecką niemczyzną, z lekkim tylko obcym akcentem. Umysł miał jak brzytwa.

Nocami krzyczał w języku polskim. Odkryła to salowa Marta, której rodzina przeniosła się do Zagłębia Ruhry w połowie lat 80. z Olsztyna i  potem rozjechała po Niemczech. Marta urodzona już tutaj, mówiła kilkoma językami, polskim co prawda najsłabiej, ale rozumiała wszystko i szybko rozszyfrowała, że są to słowa modlitwy.

Ale ogólnie był to bardzo miły, spokojny starszy pan.

****

„Mioł żeś gizdzie pieruńskie szczęście”.

Dziś wstyd się do tego przyznawać, ale do wojska poszedł sam. Miał prawie osiemnaście lat, nie uśmiechała mu się robota w rodzinnej piekarni, nawet z dyplomem cukiernika. Kopalni się bał od dziecka, od czasu jak pochowali wujka Antka, jeszcze w wielkim kryzysie. Pamiętał strach ludzi wokół, straszliwą biedę, nieledwie głód, czerstwe bułki, które przynosili z rodzeństwem do szkoły znikały z ławek długo przed pierwszym dzwonkiem.

Zgłosił się więc do Wermachtu sam, kilka miesięcy czy nawet rok, już nie pamiętał, przed terminem. I latem 42 roku forsował rzeki na Ukrainie. Kłosy pszenicy falowały po horyzont, nigdzie potem już nie widział takich zmierzchów, a oni maszerowali maszerowali maszerowali na wschód. Czasem tylko podwożeni furmankami. Mijali kolumny sowieckich jeńców, spalone wsie, masowe groby. Wyganiali tutejszych z chałup i piekli prosiaki na ogniskach, o innych rzeczach nie chciał pamiętać. Nie był nawet jedynym mówiącym po polsku w swym pododdziale.

Ale miał przecież szczęście. Nie dotarł do Stalingradu. Tak go poharatali wcześniej. Blizny, od brzucha po łydkę, teraz już były prawie niewidoczne, wyglądały jak rozmyte tatuaże.

****

W Polsce już by pewnie nie żył. Żona tak bardzo nie chciała jechać. Krótko przed śmiercią mamrotała do siebie, skarżąc się wszystkim wokół, jak to porwał ją z Szarleja wbrew woli. Trzeba było jechać. Najmłodszemu synowi rozpadało się małżeństwo, a w 87 roku pieniądze na zagospodarowanie dla auslanderów to był potężny geld. Żałował tylko jednego, że nie zostawili sobie mieszkania. Dwa lata później padł mur i wszelkie lokale znacznie zyskały na wartości. Niektóre wnuki, ku jego zdziwieniu, obecnie wracały na Ślunsk, próbowały robić tam interesy albo zwyczajnie kupowały kawałek ziemi. I się budowały.

Dzieci z pierwszego małżeństwa, z prawdziwą Niemką z Chropaczowa, wyjechały na początku lat osiemdziesiątych. Najstarszy nawet wcześniej, przed Solidarnością, sam mu załatwiał wyjazd na mecz z Holandią. Rodzinę synek sprowadził trzy lata później, jego żona – „tam” (czy „tu”, sam nie wiedział) absolwentka studiów muzycznych – zaczynała od pracy w MacDonaldzie. Do dziś pamiętał opowieści, że trzeba umieć robić wszystko, od szmaty po sprzedaż. Inne dzieci przyszywały metki różnych producentów do identycznych ubrań albo pakowały parówki, zawsze po pięć sztuk, do słoików. Wnuki z Polski, bo dwie córki, z drugiej żony, zostały tam – czy tu – objadały się nimi do oporu.

****

Ponownie powołano go latem 44 roku. Na wschodzie było źle, brali wszystkich i nie miało znaczenia, że jelita mogły mu się rozpłynąć w każdej chwili. W końcu, jakby nie patrzeć, był starym frontowcem. Tym razem trafił do Prus, tych prawdziwych, 500 km na północ. Siostrze w prezencie ślubnym przesłał zegar, do dziś pamięta markę, oryginalny Gustav Becker, wyszabrowany w jednym ze wzmacnianych na chybcika bunkrów.

Znowu miał farta. Przetrwał zimową ofensywę. Przetrwał marsz przez Zalew Wiślany. I trafił do radzieckiej niewoli. Rosjanie nadal robili straszne rzeczy, ale niesieni pewnością zwycięstwa krasnoarmiejcy nie rozwalali już na miejscu każdego w niemieckim mundurze. Potem, po latach, czasem rozmyślał o paradoksie współczesnej wojny, która większe prawa pozostawia żołnierzom, walczącym i mordującym, niż cywilom.

Głupio mu było, spędził przecież kilka miesięcy z tymi dzieciakami z oddziału, ale w obozie przyznał się do polskości. Nawet nie musiał sam się zgłaszać. Pewnego piątku, chyba, został wezwany do biura, czyli największego baraku w byłym obozie koncentracyjnym Stutthof, a tam już siedział kapitan Ludowego Wojska Polskiego i przeglądał jego papiery. Starannie wykaligrafowane miejsce urodzenia, Deutsch Piekar, dało wolność prawie automatycznie.

Kolejny paradoks. Słyszał potem, że Polakom zdarzało się rozstrzeliwać na miejscu niemieckich żołnierzy. Tych, którzy próbowali, tak jak on, się wybronić polskim językom. Prawdziwych Niemców zostawiali w spokoju. Teraz jednak od razu wcielili go do LWP.

****

Do domu wrócił więc w polskim mundurze, zdemobilizowany, nie wiedząc nawet czy do niego ma prawo. Munduru i domu. Nie walczył już więcej, jego wojenna tułaczka zakończyła się w okolicy Szczecina. Pilnowali odwiecznych polskich praw do tego miasta przed Niemcami, Rosjanami i, jak lata później ze zdziwieniem przeczytał w „Polityce”, Czechami. Wtedy wszyscy chodzili we fragmentach mundurów, radzieckich czy niemieckich, prawdziwym rarytasem były amerykańskie battledresy.

Poszedł do szkoły. Jako weteran, jakby nie było, polskiej armii miał tu pewne ułatwienia. Zaraz po niej zaczął pracować jako nauczyciel, wtedy nie trzeba było umieć dużo więcej od uczniów, by nauczać. Ożenił się, miał dzieci, cały czas się dokształcał. Żona zmarła na raka, ożenił się ponownie. Po trzydziestce ukończył studia. Był na meczu z Ruskimi w 57 i cieszył się z tego zwycięstwa, skryty w tłumie wrzeszczał jak opętany, choć nawet nie przepadał za fusbalem, a w 54 roku, po cichu, kibicował Węgrom. Powoli piął się po szczeblach kariery, sukcesywnie, co dziesięć lat zmieniał mieszkania na większe. Centralne ogrzewanie zastępowało kaflowe piece. Wokół znikali ludzie. Najstarsza siostra wyjechała już w 62 czy 63 roku, inni krewni i znajomi niedługo potem. Na wzgórzach jego dzieciństwa wyrastały pierwsze bloki, osuszano glinianki i asfaltowano drogi.

Na emeryturę odszedł jako wicedyrektor zespołu górniczych szkół zawodowych. On, który gruby bał się jak niczego innego i sporo życiowych decyzji podjął tylko dlatego, by tam nie trafić. Paradoksalny szczęściarz. Te wszystkie coroczne akademie, państwowy blichtr górniczego znoju zaprocentowały. Nawet ten ośródek jego dzieci mogły opłacić tylko dlatego, że w Polsce – jako prawie hajer – miał wyższe zaszeregowanie. Z niemieckiej emerytury opłacić. I dodatku wojskowego.

****

Gdzieś zgubił tę książkę, pewnie została w mieszkaniu w Wuppertalu. Mieszkał w nim teraz jeden z wnuków z rodziną, może nie wyrzucili? Poprosić przy następnej wizycie? Zresztą nieważne, to zdjęcie pamiętał doskonale.

Leży na brzuchu, w hełmie, ale w samej mundurowej koszuli, i strzela z karabinu maszynowego. Młody, uśmiechnięty, grzywka – taka była wtedy moda, nawet w armii zostawiali loki na podgolonym karku – fantazyjnie opada mu na czoło. Podpis głosi: „Ciężkie walki w Rosji, wiosna 1942.”. Co jest nieprawdą. Zdjęcie było pozowane, już latem. Nie jest pewien, czy wystrzelił wtedy choćby serię.

Czasem myślał o ówczesnym sobie i swych kolegach. Większość z nich dotarła do Stalingradu. Większość tam umarła albo niedługo potem w niewoli. Większą szansę miały te dzieciaki z zimy 45 roku. Może wracali po latach, w 53 albo nawet 56 roku, do NRD i potem, przez Berlin, to tych prawdziwych Niemiec.

Wtedy ustawiali Żydów w szeregu i strzelali. Seria za serią, szereg za szeregiem. Czasem tylko osłaniali inne oddziały. Mężczyźni i kobiety.  Dzieci – na szczęście – zabierano. Wtedy nie zastanawiał się, gdzie dokładnie. Czy mógł wiedzieć? Nie miał nawet dwudziestu lat. Podkładał ogień i maszerował dalej.

Reklamy

Seks, sucharki i kameralna polityka

Po dziesięciu godzinach pracy w komisjach ledwie stoję na nogach, szpilki wbijają mi się do tyłka, i nie mówcie mi, że to fizycznie jest niemożliwe, parlamentarnym przejściem zmierzam do poselskiego pokoju. Mijam śpiącego na dywanie senatora Bęcka, pewnie znowu się urżnął i nie trafił na noc do siebie, chrapie okropnie, ale tu mieszkają politycy koalicji, nie mój to więc problem, jutro go będzie suszyć bardziej niż w Mad Maxie, łupać bardziej niż syreny w Terminatorze. Wyczuwam dym, w bocznym korytarzu pewnie znowu się pali firanka, nie gaszą tych petów i potem tragedia, posłanki gołe wyskakują z łóżek prominentnych posłów, na sensacyjne ujęcia już czekają zazdrosne pracownice, czasem pracownicy, biur poselskich… Dzień jak co dzień podczas obrad sejmu.

Co? Że ja jestem seksistką? Oczywiście że jestem! Zanim nie wybrano mnie do sejmu absolutnie nie byłam, ale tu zderzyłam się z prawdziwym życiem i przestałam być feministką. Jeszcze komunia święta zapłonęła mi w przełyku. Świat jest okrutny, a bramki są dwie. Strzelają oni albo ja. Wiem to, bo kiedyś byłam ministrą sportu i fuchę otrzymałam ze względu na predyspozycje i wiedzę, a nie urodę. Polityka uczy seksizmu, ale nie będę się tu nieładnie wyrażać o moich koleżankach. Podchodzi do mnie ostatnio wyborca, gdzieś na Śląsku, taki śmieszny grubasek i mówi, że mnie nie lubi za bardzo – pewnie złamas woli blondynki! – ale za przełom w żeńskich końcówkach nazw zawodów bardzo mnie szanuje. I do podręczników kiedyś trafię, obok Kaczyńskiego. I choć chciałabym walić po tej mordzie niemieckiej albo polskiej, nikt tego tu nie wie, całuję w policzek i rozdaję kolejne baloniki.

Czy to wtedy natchnęło mnie do napisania powieści science fiction?  Chyba już wcześniej, kiedy jako Lara pozowałam u Tulipana z karabinem. Cycki mi wtedy czymś wypchali, trochę bolało, ale warto było! Mówili o mnie nawet w telewizji śniadaniowej, następne wybory wygrałam z dużą przewagą. Olśniło mnie, kiedy czytałam o genach neandertalczyków w nas, o żubrach krzyżowanych z bizonami i kopalnych mamutach. A co by było, gdyby grupa neandertali nie wyewoluowała i w komplecie trafiła do polskiego sejmu?

W trzy dni machnęłam trzydzieści stron,  nie miałam nawet czasu jeść,  bardzo dobrze, bo się ciągle odchudzam, by dobrze wyglądać na protestach sejmowych i jem tylko sucharki, kiedy maszynopis zarekwirowała mi ABW, dyskretnie zapukał do mojej pakamery bardzo przystojny oficer i poradził bym pisała o czymś innym, niezagrażającym bezpieczeństwu państwa;  reptilianie to podobno świetny temat. Od tego momentu wszystkie me próby literackie konsultuję z tym miłym funkcjonariuszem. Trochę z nim flirtuję, jakbym znowu, wariatka, miała osiemnaście lat. Ostatnia mu wysłałam fragment o pstrągach penetrujących (sic!) powierzchnię wody w odwiecznym cyklu życia i jego ucieleśnieniu w pstrągu. Wiecie, woda, ryba, kobieta. Mała gra na podświadomość, uczyli nas tego na szkoleniach. Chyba zadziałało, bo odesłał mi gotowy kontrakt do podpisania. W uznanym wydawnictwie.

Jak myślicie, po premierze mogę go zaprosić na łowienie pstrągów w Ameryce, wyjazd mam z zespołu w przyszłym miesiącu, czy to by było za wcześnie? Mężczyźni teraz się tacy nieśmiali zrobili, to pewnie przez to mieszkanie z rodzicami do czterdziestki. Ale spokojnie, pracujemy nad programem rozwojowym i jak tylko w ’19 odzyskamy władzę, każdy będzie miał własne mieszkanie jak już je spłaci i (…)

Przyjemności

Nie pisałem nic od roku, bo byłam trochę zła na mamusię. Po olśniewającym literackim debiucie miałam propozycję publikowania w kilku periodykach i pewne uznane wydawnictwo chciało opublikować moją książkę, mama się nie zgodziła. To najlepsza, najładniejsza i najukochańsza mama na świecie, ale nas, swoje córki, traktuje jakbyśmy były dziećmi. Siostra miała poważne propozycje w modellingu, bo symetrycznie jest trochę ładniejsza ode mnie, choć to zależy co kto lubi, i też się nie zgodziła. Macie czas, powiedziała, idźcie teraz pohasać w ogródku. Tam nic się wam nie stanie.

Miejsce w czasopiśmie dostał Majorek.

****

Nie byłoby to tak oburzające, gdyby sama nie hodowała tych swoich trolli w internecie. To przecież skrajnie niebezpieczne. Ona swoich Adasiów, Piotrusiów i Marcinów bierze pod włos, co jest taaaaak strasznie przyjemne, ale natury trollowej przecież nie oszukasz. Fantastycznie móc zanurzyć łapki w futerko, lekko posmyrać trolla i wbić pazurki, ale troll to troll, choćby w kaszkiecie i z teczką, zawsze trzeba pamiętać, że wyszedł spod mostu i pewnie śmierdzi piwskiem. Atawizm z czasów, gdy nasi przodkowie biegali po sawannach, polowali na stawiające pierwsze kroki małpoludy i uciekali przed większymi drapieżnikami. Genetycznie zakodowana wizja utraconego raju.

****

Wyczytałem o tym w jednej takiej książce, co to ją szczególnie lubię. Bo jest gruba i ma miękką oprawę, ale mamusia od razu przegania jak tylko zobaczy i wyrywa tom z  łap. Nie jest wielką fanką papieru ta mama, oj nie jest. Można się zaciąć i jeszcze strasznie śmierdzi, tak mawia, a ja niczego tak nie uwielbiam jak zapach czytanego papieru o poranku. Gdzie byśmy byli, gdyby nie Guttenberg i jego Biblia? W jaskiniach byśmy żyli i po sawannach biegali… Oj, chyba się zagalopowałam…

****

„Znowu filozofujesz, moja droga, jeszcze sztudentką zostaniesz” – mamusia często tak się do mnie zwraca i cudownie się wtedy śmieje. Nie obrażam się, nawet jeśli to śmiech ze mnie, a nie do mnie,  bo ma trochę racji, czasem aż się sama boję tego mojego myślenia. Niemyślącym jest w życiu ogólnie łatwiej. Pełna miska, miejsce do spania, własna kuweta – tylko kanapowi intelektualiści mogą wyśmiewać takie marzenia jako szczyt aspiracji, kiedy tylu spośród nas pozostaje bezdomnymi.

****

Siostra znalazła nowy karton i teraz się bawimy. Jest coś hipnotyzującego w strukturze sześcianu, a nawet w samej fakturze marszczonego papieru. Nie sposób się oderwać.

****

Zdarzyła się nam przeprowadzka. Nie lubię przeprowadzek. Lubię jak mama mówi językami.

****

Jestem pewna, że nie napisałam o czymś bardzo ważnym, ale nie potrafię sobie przypomnieć, co by to miało być takiego. Bo chyba nie „Kaczyński chuj”? To wiedzą wszyscy  w okolicy, jak mama słyszy, że to skandujemy, to wychodzi na korytarz i krzyczy, że spać przez nas nie może i jesteśmy niedobre.

Sama nas przecież wychowała. Swoje drobne przyjemności życiowe.

Koniec baśni

Pozwólcie, opowiem wam moją historię.

Od dziecka byłem bardzo ładnym i bystrym chłopcem. Wyrosłem na rezolutnego i przystojnego młodzieńca. Hasałem sobie po rodzinnych łąkach i lasach, niestety Tatuś zaciągnął horrendalne długi i groziło nam bankructwo, więc podpisał pakt z miejscowym nuworyszem, którego stawkę była ręka moja i córki bogacza. Córka nie była nawet taka zła, szczególnie z 40 stopniami gorączkami wydawała się miła, ale nie żyjemy przecież w czasach w których można tak handlować ludźmi. Uciekłem do miasta, gdzie pracowałem w modnej restauracji wegańskiej. Zakochałem się w pięknej tancerce, ale zorganizowaliśmy strajk przeciw śmieciówkom i wylądowałem w rynsztoku. Razem z obierkami po ziemniakach, bo specjalizowaliśmy się w plackach.

Na szczęście wybuchła wojna i objęła mnie mobilizacja. Wojowałem dzielnie i wróciłem z frontu bez jednej nogi, za to z medalami. Tancerka zakochała się w młodym pułkowniku, Tatuś w wojennym zamieszaniu doniósł na nuworysza i ten do dziś nie wrócił z tajgi, a potem ożenił się z jego córką. Mają trójkę maluchów. Dla mnie już nie ma miejsca na tym świecie!

Obecnie szkolę się na coacha.

Inferior

Ze wszystkich miast upadłych jakie miałem okazję w swej karierze odwiedzić, a byłem w Detroit, Wałbrzychu i Aleppo, najtrudniejsze chwile przeżyłem właśnie w tym. Jako ceniony pisarz i uznany przedstawiciel mediów obywatelskich powinienem zachowywać bezstronność i brak uprzedzeń w każdej sytuacji, ale uwierzcie mi – w tym miejscu nie sposób wierzyć w symetryzm. Wszystko wyje i płacze nad upadkiem infrastruktury, klęską nie tyle materiału, co ludzkiego ducha. Coś w człowieku dogorywa w konwulsjach i nie próbuje się ratować.

Podjeżdżasz od Rudy Śląskiej, urokliwego konglomeratu wsi, przedmieścia i miejskiej zabudowy, ale nawet to nie jest w stanie przygotować Cię, mój czytelniku, na to co uderzy w Ciebie z całą mocą po wysiadce na Zamłyniu. Długim białym podziemnym korytarzem, jak z filmów von Triera, zmierzasz w ciemność, jarzeniówki z epoki późnego Gierka skwierczą, rozkopujesz tony niedopałków, wiatr śmieje Ci się w twarz i już jesteś w centrum.

Bytomia.

Historyczna osada na przecięciu szlaków handlowych i kulturowych, notowana w kronikach już przez braciszka Helmuta von Chruszczowa w roku pańskim 1224. Złupiona przez najazdy mongolskie i husyckie,  w późniejszych wiekach przysiółek z którego na polowania w pobliskich lasach kochłowickich ruszali feudałowie, a finalnie prężne centrum wczesnoindustrialnego pruskiego rozwoju, miasto graniczne, wreszcie modelowy przykład realizacji idei komunistycznego raju w praktyce.

Stajesz przed dworcem, za kołnierz cieknie Ci, domniemany czytelniku, woda, jeśli nie coś gorszego i próbujesz przejść przez ulicę.  Cóż w tym trudnego? – Zapytujesz sam siebie w tym momencie. Ha, w normalnym kraju, w normalnym mieście dałbyś radę. Ale nie tu! Światła nie działają, miedź znowu poszła w górę w okolicznych punktach skupu. Nawet jeśli działają, musisz przedrzeć się przez sznury służbowych aut, bo nikt w tym mieście nie zaryzykuje zwolnienia poniżej 30 km/h, jeśli nie zostanie do tego przymuszony brutalną siłą.

„Tu nawet gołymbie wykupują bilet na pociąg do Krakowa” – Tyle usłyszysz w kasie biletowej, zanim zatrzasną  Ci, czytelniku, okienko. Przerwa obiadowa. Od 7:00 do 21:00.

Idziesz dalej. Mijasz odrapane kamienice, zmęczonych pięćdziesięciolatków z ulotkami i lękiem w oczach (potem dowiadujesz się, że ledwie przekroczyli trzydziestkę), kolejne lokale z wódką i chińskim badziewiem za dwa złote. „Tani tytoń, tani tytoń” słyszysz głosy. Przed szkołą muzyczną spotykasz pierwszych młodych ludzi. Bladych, wymizerowanych, kamuflujących swe instrumenty w dresowych spodniach z powstańczą kotwicą. Nie powiedzą Ci tego pod nazwiskiem, czytelniku, ale i oni chcą jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce, rodzice się jednak uparli i teraz ćwiczą się, z równym zapałem panny i młodzieńcy, w gamach i palcówkach. Oddychać jednak – jak tu się godo „świeżym luftem” – zaczynają dopiero, kiedy pospieszny do Katowic mija Tesco, tuż przed Chorzowem, już za Arki Bożka…

Największym problemem jest jednak unosząca się w powietrzu i wyczuwalna na każdym kroku desperacja seksualna. Kwestia ta dotyczy przede wszystkim młodych mężczyzn. Jak twierdzą, nie sposób zaprosić dziewczyny do Bytomia. Randka rozwija się należycie, dochodzi do tego i tamtego, ale kiedy absztyfikant przechodzi do kolejnego etapu i z nadzieją w oczach pyta „Jedziemy do mnie?” i to „do mnie” okazuje się być Bytomiem, dziewoje kończą wszelkie tetate, co słabsze psychicznie do domu odwozi karetka. Podobno, podobno, dawno dawno temu, jednemu się to udało, przywiózł ukochaną do Bytomia, ale to najprawdopodobniej miejska legenda.

Małoletni pasjonaci muzyki klasycznej twierdzą zresztą, że tu, w centrum, nie jest jeszcze tak najgorzej, że musiałbym obejrzeć Szombierki. Zapinam więc kurtkę, mocniej wiążę buty i wiedziony pasją oraz instynktem doświadczonego podróżnika ruszam w nieznane. Blokowisko jak blokowisko. Pełno takich na pokomunistycznym Wschodzie. Malownicze ognie na pobliskich hałdach. Jedyne co rzuca się w oczy, to liczne punkty małej gastronomii i absolutny brak wolno biegających zwierząt domowych. Starsi panowie wyprowadzający pieski wyglądają jak weterani specnazu, w swych wąsach i wojskowych kurtkach z demobilu. Smycze pupili są bardzo krótkie i noszą ślady licznych walk o ich życie.

Mijam kolejne bloki, na każdym napisy „Polonia pany” oznaczające przynależność miejscowych gangów i tak dochodzę do stadionu słynnych Szombierek, mistrza Polski z roku 1980, legendarnej drużyny, której połowa miesiąc po triumfie „pitła do Rajchu i szpilała w heimacie”. O! Comiesięczny targ staroci. Stosy plastikowych lalek, papierowe książki – kolejny dowód, że nie dotarła tu jeszcze cywilizacja – podtatusiali panowie klepiący po tyłku dwudziestoletnią, krągłą strażniczkę miejską inkasującą opłaty za stoiska. Tak musi wyglądać piekło, myślą sobie, ale autochtoni wyprowadzają mnie z błędu – musi Pan Redaktor koniecznie obejrzeć jeszcze Miechowice albo Bobrek.

Nie mogę, nie mam już czasu na dalsze terenowe badanie. Jutro lecę w bezpieczniejsze miejsce. Będę kręcić dokument o meksykańskich kartelach.

Warga

Marzyliśmy o Sofii i piliśmy Komandosa. Przeżywaliśmy pierwsze doznania erotyczne i ponosiliśmy wyłącznie seksualne klęski. Słuchaliśmy T Love i śpiewaliśmy Kazika.  Nie wierzyliśmy w Boga, a najmniej na lekcjach religii. W pierwszych wyborach głosowaliśmy na Kwaśniewskiego lub Korwina. Chodziliśmy do podrzędnego liceum w niewielkim mieście. Przyszłość nas przerażała. Pijacy kupowali nam pierwsze vanpury i EB. Na pecetach biliśmy rekordy okrążeń w Need For Speed III. Jerzy Buzek wprowadzał nas do NATO. Na juwenaliach skakaliśmy przy samych barierkach. W wakacje pracowaliśmy na czarno na budowach, co odważniejsi z nas żukami wozili cement. Wiedzieliśmy, kim jest Ecik Janoszka. W namiotach strasznie żarły nas komary. Dyskutowaliśmy o niczym i baliśmy się testu Coopera. Znikaliśmy na godziny w  hipermarketach, nie stać nas było na MacDonalda. Rzygaliśmy niewinnie.

Dlaczego więc teraz przygryzam do krwi wargę i chce mi się wyć, i mam biegunkę?

…kurwa kurwa kurwa…

Gdy w radio usłyszałem, że Varga wydaje nową książkę, natychmiast zebrało mnie na mdłości. Nie żebym miał coś przeciwko, nie interesuję się i w ogóle, jednak węgierskiej kuchni organicznie nie znoszę i zawsze mi jest smutno jak spoglądam na gulasz. Nie umarłem w dwudziestym siódmym roku życia, czy to moja wina, czy zasługa? Pić nie mogę, jestem niepijącym niealkoholikiem, bo nawet to mi się kurwa w życiu nie udało, a w tym sezonie kurwa moda na alkoholików. I psychiatra fałszuje mi kartotekę, bym mógł dostać nowe środki wychwytu zwrotnego w refundacji. Tak jest. A oni się byczą w swoich służbowych suvach i w pracy przerzucają się bonmotami o klasie średniej i  jej głupocie, najmądrzejsi  z mądrych w dupę jebani albo i nie, co skrycie wywołuje u nich poczucie winy.

Spałem więc, a i tak wszystko mnie bolało. Już nie jestem taki młody, by się przejmować każdym bólem. Stopy, kolan, trzonowca. Mógłbym już nie żyć. Albo pójść w kokainę. Gdybym nie był takim tchórzem jak to całe moje zafajdane pokolenie, z ich emigracjami, wczasami w Norwegii i dziećmi z in vitro. Tyle kasy, tyle starania, a wychowywane później przez babcie, bo jeden rodzic w Londynie, a drugi na Lazurowym Wybrzeżu myją podłogi burżujom, i żeby tylko podłogi.

Te rojenia, to spowiedź moja osobista jest. Krew z ust skapuje na kafelki, 120 złotych metr kwadratowy, chińskie, ale z samych Włoch ściągane na zamówienie. Inwestycja na całe życie. Jeb je jeb je jeb… kolejne krople rozbijają się o gres, ich napięcie powierzchniowe pęka jak moja czaszka od uderzeń o beton…. beton jaki beton, płyty gipsowo kartonowe… już nawet nie ma sobie jak rozwalić łba, nie bez obniżenia wartości lokalu i kaucja w  pizdu, „ić się przewietrz” szepce coś w mojej głowie, ignoruję, zapadam w sen bez snów i tonę…

Surowa woda

Miałem trudne dzieciństwo.

Oczywiście dziś każdy takie posiada, inaczej psychologowie nie mieliby roboty, a branża coachowska by zbankrutowała, ale uwierzcie mi – ja naprawdę miałem trudne dzieciństwo.

Koledzy przychodzili się pobawić, mieliśmy z bratem nowe resoraki z erefenu albo lego kupione za prawdziwe marki w peweksie, i wszystko było ok, a nawet lepiej, dopóki mama nie serwowała gościom herbaty. To były czasy, kiedy nie można było ot tak wejść do sklepu i kupić soczki czy inne wody cudowne, syfon pozostawał marzeniem, a oranżadę w woreczkach rzucano raz na kwartał; piłem to niedawno, straszne świństwo. Tak więc, kiedy mama wnosiła do pokoju herbatę, mamusie kolegów zaczynały dyskretnie chrząkać i pospiesznie ubierać swoje pociechy, ewakuowały się z nimi pospiesznie, nie dając się przekupić nawet kolekcją obrazków z gum Turbo.

Nie muszę dodawać, że była to z reguły ostatnia wizyta.

W szkole siedziałem w ostatniej ławce, w stołówce inne dzieci się ze mnie śmiały i rzucały suchymi bułkami. Jakaż ulgę poczułem, kiedy w czwartej klasie zmieniłem szkolny budynek i skończyły się te męczarnie i nie wmuszano we mnie picia ciepłej herbaty z wielkiego gara, gorzkiej, bezsmakowej, przede wszystkim: gorącej.

W okresie dorastania bynajmniej nie było lepiej. Przychodziły różne dziewczyny, to zeszyt pożyczyć, to z zasuszonymi roślinkami na biologię, dawały się skusić nawet na progu przekroczenie, rozbierały się – z kurtek, jeśli była zima – aż wkraczała mamusia. Z herbatą. Czyż muszę pisać coś więcej?

Studia to był koszmar! Do dziś mam uraz do parówek.

Zaczęło się wszystko w 1871 roku, kiedy to prapradziadek lał Francuzów pod Sedanem i wysłali go z wielkim kotłem nad strumyczek, by wodę na kawę przyniósł i zagotował. Fajer rozhajcowany, woda dochodzi i jak nie jebnie, pocisk w sam środek ogniska, prapradziadek w strzępach. Kanonier francuski się podobno Sagan nazywał i był przodkiem znanej później francuskiej pisarki. Medal dostali obydwaj, bo to ponoć był ostatni wystrzał tej wojny, dziadek też. Podobno ładnie wyglądał na trumnie.

1914 rok. Pradziadek taszczy kocioł przez ledwie co zdobyte historyczne belgijskie miasteczko, stawia wodę, tym razem na herbatę, krótki strzał snajpera. Karne dotychczas pruskie szeregi idą w rozsypkę, mordują, gwałcą, podpalają, i tak dziadek przechodzi do historii, w 1918 roku powstaje wolna Polska, przynajmniej herbata wsiąkła w ziemię nie na darmo.

1945 rok. Tym razem co prawda dziadek, i radziecki bombowiec, reszta zasadniczo taka sama. Cykoria rozsypana po śniegu hen daleko. Razem z dziadkiem. T-34 się nie zatrzymały choćby na chwilę.

Tatuś. Elektryk na kopalni. Sam jeden, gołymi rękami kable równie gołe, aluminiowe, bo innych nie było, ciągnął i nigdy nic. Ani razu go nie pokopało. Aż chciał czajnik elektryczny, z darów, pierwszy raz użyć. I co? Tak pierdolnęło, że w dzielnicy przez tydzień prądu nie było. Tatuś też już nie był taki sam. Latem nawet beczkowozów się lękał i dokładnie mierzył temperaturę każdej wody. Kopaliśmy się w zimnej.

Spalonych na gazie czajników i innych pomniejszych nieszczęść to ja już nawet nie będę wymieniał.  Pamiętacie upadek przemysłu w 89 roku? Nastąpił, kiedy zrezygnowaliśmy ostatecznie z prób ich używania. Pierwszy krach chińskiej gospodarki z 91? Ostatni ekspres do kawy oddaliśmy w darach.

Nie gotujemy. Wody. I już.