[SZOK] [NIEDOWIERZANIE] Cała prawda o biznesie jeżykowym

Czy opowiem pod własnym imieniem i nazwiskiem? Zwariowałeś, człowieku? Kto ci w ogóle dał mój numer? Z jakiej choinki się urwałeś? Pan z Wyborczej, aha. Reportaż taki życiowy, współczujący, chce pan napisać. No dobra. Ale tylko jako Jeży, tak, przez „ż” z kropką.

Ta branża to tylko z wierzchu wygląda, powiedziałbym, niewinnie. W ogóle to wie pan, że generuje zyski wyższe niż porno? Tak, tak, zwyczajne ludzkie porno. Eche, kliknięcia można liczyć w miliardy. Dziennie. Ale wypala równie szybko i druzgocząco. Na sam szczyt dociera niewielu, a trauma pozostaje na całe życie.

Zaczyna się zwykle od kilku zdjęć, może krótkiego filmu. Obróbka cyfrowa, próbne zawieszenie na kilku stronach. Jeśli chwyci, dostajesz propozycję kontraktu. I możesz zarobić naprawdę spore pieniądze. O jakich sumach mówimy? Teraz to nie wiem, ale za moich czasów wystarczało i na dobry kąt do spania, i na wyżerkę, i na drobne przyjemności.

Tylko to bardzo krótka kariera. Zaczynasz jako bardzo młody jeż, bo rynek najbardziej ceni miękkie, białe kolce. Jak się zestarzejesz i ściemniejesz, to z reguły kończysz w ogródku, jeśli nie w lesie. Tak, tak. Słyszałem o takich wypadkach, pakują cię do worka i wyrzucają z pędzącego samochodu za miastem. Najwięksi pechowcy podobno lądowali w branży kulinarnej, ale to chyba tylko plotki. Nie wiem. Tylko mówię. To pan przyszedł do mnie, pan zweryfikuje.

Albo rasizm. Możesz być najpiękniejszym, najsympatyczniejszym jeżykiem, ale jak masz czarny brzuch, to stawki lecą o jedno zero w dół. Tylko białe! Bo są bardziej słodkie, spece od marketingu jeżykowego dawno to już ustalili. Gif z czarnym jeżem obniża liczbę kliknięć średnio o 33%. To lekko ciemniejsze jeżyki wpadają w depresję albo wybielają sobie kolce. Wodą utlenioną z reguły. To źle wpływa na skórę…

Ludzie nie zdają sobie sprawy, że jedno udane ujęcie to często godziny ciężkiej pracy. Weźmy takie najpopularniejsze,archetypiczne: jeż z jabłkiem. Dla człowieka to nic, takie jabłko to ile, 200 gram?, wagi, a dla młodego jeża to ciężar niszczący kręgosłup. Albo sesje w wodzie, często strasznie zimnej i reumatyzm na starość pewny. Chodzenie na czubkach łapek, bo tak jeżyki wyglądają lepiej, co jest zresztą prawdą, nasze łapki prezentują się wówczas szczególnie pięknie, ale stawy nie wytrzymują, a jak nie miałeś opłaconego ubezpieczenia.

Największym problemem jest jednak infantylizacja sprawy jeżykowej i naszego wizerunku. Ludziom się teraz wydaje, że każdy jeżyk marzy tylko o tym, by trafić na Twittera. A my mamy przecież jakieś wyższe uczucia, też chcemy tylko normalnie żyć. Spokojnie zasypiać po dniu pracy. I jeszcze mylą nas z jakimś Jezusem.

Przepraszam, naprawdę muszę lecieć. Ta jezdnia za chwilę się zakorkuje. A po drugiej stronie, w parku, czeka na mnie małżonka z dziećmi. Tylko niech pan nie pisze jaki to park, dobrze?

O meandrach literatury erotycznej i grozach wspomnieniowej

Kamilokowi beltsville

Popularna teoria literatury głosi, iż wszystkie opowieści tak naprawdę są historiami miłosnymi, więc pisanie scen erotycznych, a im dłuższe – same sceny, a przede wszystkim zdania opisowe – tym lepiej, pisanie więc scen erotycznych, pełnych rozkoszy, potu i wszechobecnego zapachu perfum, i nie tylko perfum, to obowiązek każdego pisarza, nieledwie barometr odmierzający wszelkie zawahania stylu i elegancji. Ja jednak skłaniam się do sądu całkowicie odwrotnego. Po erosie można poznać pisarza bardzo dobrego, pisarz prawdziwie wybitny tylko jedną naukę może wyciągnąć ze wszystkiego co przeczytał, a zwłaszcza z tego, czego nie napisał – nigdy nie skrobać erotyków. Chwila wytchnienia samotnego, o zgrozo: snobującego się intelektualnie, maniakalnego onanisty nie wynagrodzi wielogodzinnych męczarni, wertowania podręczników, wspominania łóżkowych triumfów, a tym bardziej klęsk. To najcięższe przegrane, a nie fartem odniesione zwycięstwa, uczą nas najwięcej.

Dlaczego więc i ja, w tym tutaj oto tekście ośmielam się postawić na szwank mój honor jako literata, dlaczegóż kładę sławę pisarza jeszcze młodego, ale już z gronem wiernych czytelników i niemożebnie utalentowanego na szalę, finalnie czemuż ryzykuję wyprawę w otchłanie ludzkiej psychiki i prehistorii rodzinnej? Bo muszę! – Tak brzmi jedyna prawidłowa, jedyna możliwa odpowiedź – Muszę.

Kąpaliśmy się już wtedy częściej niż tylko w soboty, tak ze dwa razy w tygodniu. Mięso jadaliśmy, haźliki mieliśmy w sieniach, nie trzeba było na plac latać z każdą potrzebą, zwierzęta futerkowe trzymali głównie hobbiści, choć psów – jak sięgam pamięcią – nikt jeszcze na smyczy nie prowadzał przez osiedla robotnicze. Ta ekstrawagancja pojawiła się z mieszkańcami, budowanych na podmokłych łąkach, bloków z wielkiej płyty. Tak, to poprzez smycz pierwszy raz doświadczyliśmy dobrodziejstw nowoczesnej cywilizacji, nawet maluchy i duże fiaty pojawiły się później, uwięziliśmy nasze czworonogi i poczuliśmy się mieszczuchami. I muszę popełnić herezję straszliwą, jednakże sam Mistrz Kaźmirz zlekceważył w swej genialnej, nie przeczę, trylogii tenże aspekt życia w Chropaczowie, Chebziu, Ligocie, Lipinach, pierwszy go tu wspominam i opisuję.

W każdą niedzielę były rolady, kluski i modro kapusta; poprzedzone tak gęstym, że aż strach, rosołem. Już od rana, wszyscy trzej, ojciec był prowodyrem naszych rajz, właziliśmy do kuchni i próbowaliśmy skubać mięso rosołowe, najwstrętniejsze przecież z mięs, i podkradać pokrojoną w idealne sześciany marchewkę. Mama wyganiała nas w połowie tylko żartobliwym krzykiem. Po obiedzie przebieraliśmy się i następowała najświętsza chwila weekendu, co ja mówię: tygodnia, nawet homilia farorza Lisika nie mogła się w tym starciu liczyć, o podniesieniu Pańskim nie wspominając, następował moment najdonioślejszy, cały tydzień śniony przez nas, mnie i młodszego brata mego, przez nas obu, na wąskich łóżkach, stawianych przy kuchennym piecu zimą i bliżej okna latem, śpiących.

Fater wyciągał z najwyższej półki piłkę i rzucał ją nam, mnie i młodszemu bratu memu, już karnie ustawionym w nieledwie wojskowym szeregu.

Nie była to jakaś tam piłka, z polsportu czy składnicy harcerskiej, a piłka władczyni wszystkich piłek; piłka szyta grubym sznurkiem, piłka ciężka, ale piłka jaką grać i trenować nie mogli na co dzień zawodnicy słynnego Ruchu z nieodległego Batorego; tak, słynni Faber, Piechniczek i Herman szpilali balą pośledniejszego gatunku, kiedy ogrywali Górnik z niemieckiego, choć równie bliskiego Zabrza (choć częściej wtedy przegrywali, by pozostać wiernym kronikarskiej prawdzie), a my graliśmy piłką skórzaną i z cudownym logiem adidasa… Przesyłał ją ujek Achim, brat ojca, co to po wojnie nie wrócił tu, pozostał tam, i najpierw przez znajomych, za późnego Gomułki już prawie oficjalnie, utrzymywali żywe kontakty epistolarne. I wyznać muszę prawdę jak na spowiedzi powszechnej, bijąc się w pierś: jedynie dzięki tej piłce miałem pewny plac w naszych podwórkowych rozgrywkach, pomiędzy trzepakiem a torem kredą na ścianie wykreślonym, prowadzonych, nie tylko w niedzielę, ale i w tygodniu. Inaczej musiałbym samotnie o ten mur obijać piłkę tenisową, co ja piszę – szmaciankę najpewniej kopać; młodszy brat mój nie, on miał talent najprawdziwszy, choć jak wiele jego talentów w halbie się on rozpłynął. Z Uranii Kochłowice po niego przyjeżdżali,  pliki kolorowych banknotów kładli na stole, ale nie dało się, nie dało się… zrobić nic.

Pierwszy raz wybiegnę tak daleko w przyszłość w tej opowieści, ale kosztowała mnie ta piłka sporo nerwów i później, już w Polsce wolnej, wstrząsanej wstrząsami wtórnymi kuracji Balcerowicza i afery Olina. W Polsce nie tak dumnej jak dziś, ale z reumatycznych kolan się wznoszącej, napiszmy więc, że w Polsce w przykucu – słowiańskim, nie azjatyckim, oczywiście – dzielnie, jakby to była figura nowej, jeszcze lepszej, bo katolickiej jogi, dzielnie sterczącej. I syn mój, mój syn równie nieszczęsny co ja, zapytał o te piłki coroczne i ujka, z pytaniem wstrząsającym, strasznym, pytaniem gnostycznym, rzekłbym, dualistycznej naiwności i niewinności dziecięcej przez demony zesłanym wystartował, a pytanie te brzmiało: „A Achim to służył u Andersa czy Maczka?”. Ten Achim, wtedy ledwie siedemdziesięciolatek, szykowny, farbujący włosy na czarno weteran licznych ofensyw Mainsteina, z nieodłączną laską dębową a może bukową, w płaszczu i w kapeluszu z lat pięćdziesiątych, po Dortmundzie spacerujący. Szymonie Kobyliński, coś ty mej familii uczynił!

Wyganiał nas więc ojciec na plac, sam zaś z matką zamykał się w izbie. Nie natychmiast obudziła się w nas, we mnie i młodszym bracie mym, ciekawość. Nie od razu zaczęliśmy zastanawiać się, co się tam dzieje, wiele miesięcy trwało, zanim zrozumieliśmy – na styku dziecięctwa i dojrzewania przecież będąc – zanim podejrzeliśmy najgorsze. Pewnego popołudnia mrugnęliśmy do siebie spiskowo, lękliwie, a jednak zataszczyliśmy ławkę starzyków, ławkę na której wieczorami kłócili się o starą Polskę i wspominali Verdun kurząc najtańsze cygarety w nieodłącznych fifkach, pod nasze okno, i wskoczyliśmy na nią, i dojrzeliśmy. Na wielkim małżeńskim łożu, spadku po babce Brolce, chudy tyłek naszego tatusia wystawał spod pierzyny i podrygiwał rytmicznie, a jeszcze niżej leżała nasza mamusia, i widać było tylko jej twarz, drobny fragment twarzy pod rozpuszczonymi włosami. I chyba to nas zatrwożyło najbardziej, nie sam akt, ani nawet oznaki czułości już po, ale te włosy wydały nam się najgroźniejsze, bo mama nigdy ich nie rozpuszczała w pełni, zawsze były upięte w kok albo przynajmniej przesłonięte opaską. Zawsze. Kiedy kładła nas do łóżek, kiedy budziła nas rano – też.

Druga reminiscencja z przyszłości w tym miejscu wkrada się nieuchronnie. Bo czyż ta figura, ta odwieczna jedność w dwoistości, nie jest najlepszym przypisem, najlepszą przypowieścią, do obecnego stanu duchowego naszego kontynentu? Bo mama była dość pulchną, trzeba to przyznać, blondynką, a tata chudy jak dzisiaj, w erze dyktatu politycznej poprawności, nie bywają i modelki na wybiegach, włosy czarne i śniady jakbyśmy od wieków nie pozostawali w kręgu kultury niemieckiej, a sarmackiej, tureckiej. Byk na Europie, rodzą się takie obrazy i archetypy w głębi nawet nie mózgu, a rdzenia kręgowego, najeźdźca na zniewolonej, Czarny na Białej, Syryjczyk na Polsce…

Teraz nie wiem, czy to naprawdę widziałem, czy tylko sobie wymyśliłem tę scenę erotyczną, tak zwyczajną, a tak piękną w zgrzebnej śląskiej codzienności schyłkowego Gomułki? A może był to już sam początek ery Gierka? Może już chodziły po naszych – jeszcze, ale już niedługo – gruntowych uliczkach niedostępne piękności pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, jedna z drugą podobne do Maryli Rodowicz? Nie pamiętam… Może wyczytałem? U jednego z tych okropnych Latynosów, wydawanych w Literackim z zapałem godnym lepszej literatury. Wiec może u Rulfo? U Donoso? U wielkiego Marqueza podpatrzyłem? Na pewno nie był to Cortazar, on to pisać w ogóle nie potrafił, byłem pionierem tegoż odkrycia na skalę polską, jeśli nie europejską, choć głośno tego nie głosiłem, takie sądy ówcześnie niwelowały wartość seksualną do zera, jeśli nie do zera bezwzględnego.

Ale czemu byśmy wtedy, ja i młodszy brat mój, patrzyli na urodzoną kilka miesięcy później siostrzyczkę z aż tak wielkim zwątpieniem? Z taką mieszanką zgrozy i fascynacji obserwowalibyśmy ten czerwonawy, z każdym dniem coraz większy i bardziej komunikatywny, trzeba przyznać, strzęp ludzkiego mięsa? I czy to nie za przyczyną tego naszego, mojego i młodszego brata mego, dystansu, tego naszego dziecięcego, więc tym bardziej okrutnego, milczącego odrzucenia, nie wyjechała siostra dwadzieścia lat później do Rajchu? Że wyjechała to jeszcze nie była najgorsza tragedia, kto tylko mógł, wtedy wyjeżdżał, ale że nigdy nie wysłała ani feniga, najmniejszego nawet paketu na święta, nam, gnębionym normalizacją późnego Jaruzelskiego, to już był najprawdziwszy i bardzo smutny skandal rodzinny.

Pamiątki Wanesa

Nazywam się Wanes Petroniusz Sarmata i jeszcze przed idami marcowymi byłem prefektem XVII Legionu Britannica. Urlopowanym, po 10 latach ciężkich walk z Hunami i Gotami w Galii Belgica, dla podleczenia odniesionych ran i zastarzałych kontuzji, w Wiecznym Mieście. Nasza stolica już nie jest tym, czym była kiedyś, ale nadal to wielkie miasto.

Aktualnie złupione przez Wandalów. Stawałem na murach dzielnie, ale kiedy belka spada na głowę nie można nic poczynić, o Marsie, i tak trafiłem do niewoli barbarzyńców. Ja, potomek starożytnego rodu, tak starego, że do przechowywania masek pośmiertnych musieliśmy wykupić cały kwartał na Kwirynale, piszę te słowa na korze jakichś nieznanych mi drzew, a podcierać się muszę liśćmi, dobrze że zielonymi, bo mamy jeszcze lato, nawet tu, w odległej Germanii, choć noce coraz zimniejsze. Wczoraj przekroczyliśmy kolejną rzekę, nazywają ją wokół Wistulą, czy jakoś tak. Z dorobku cywilizacji najbardziej tęsknię za gąbką na patyku w occie.

Jak już mnie związali i pognali na targ, to nawet się ucieszyłem: może nie będzie tak źle? Co tu dużo ukrywać, na północy wszystko się sypie, niejeden legionista brał w tyłek – dosłownie – od jeźdźców na niewielkich scytyjskich konikach, i w sumie wolałbym tam nie wracać. A Kartagina to solidna prowincja, dobry klimat, robotni chłopi i duże latyfundia. Obecnie, przejściowo, w rękach Gejzeryka, ale nasze dzielne legiony wkrótce ją odbiją, jestem pewien. Aecjusz imperator!

I wtedy spotkała mnie przykra niespodzianka. Jasnowłosy barbarzyńca sprzedał mnie drugiemu jasnowłosemu barbarzyńcy, transakcję potwierdzili uściskiem ręki i tym paskudnych ich napojem, warzonym na chyba żołędziach, obśmierdłym piwem, to już wolę samą wodę; ten drugi, mówiący narzeczem germańskim jakby miększym, nieznanym na nadreńskim linesie, wrzucił mnie na wóz ciągnięty przez dwa dziwne byki nie byki – a skurwiele rogate twarde były, przetrwały przeprawę przez Alpy i dalszą podróż na wschód. Bo tak, pognano mnie na wschód.

(…)

Lud jest tu zaiste pokojowo nastawiony do przybyszów, serdeczny, rosły i prawdziwie chrześcijański. Chlebem i solą witają wszystkich, nawet takiego obszarpańca jak ja.  Zgodnie z naukami Pana naszego Jezusa i Matki Jego, Maryi. Nie jestem już więziony, w tej społeczności de facto nie praktykuje się niewolnictwa. Braniec lub branka po wkroczeniu do Lechistanu zyskują wolność, choć nie stają się w pełni obywatelami republiki. Trochę to skomplikowane, ale jeszcze znajdę czas, by pełniej opisać.

Całe rodziny, od niemowląt po pradziadków, mieszkają w wielkich, podmurowanych chatach krytych słomianą strzechą. Kobiety są równe mężczyznom, choć wychowywane w pokorze przez matki i babcie, w wieku trzynastu lat są już gotowe do zamążpójścia. Obcinają wtedy warkocz swój długi, tak złocisty jak zboże na polach wokół i wprowadzają się do zagrody męża. Rolnictwo, obok myślistwa i handlu wyrobami artystycznymi, jest podstawą tutejszej ekonomi. Podatki są naprawdę niskie, a mimo to przed każdą chatą stoją wozy własnej konstrukcji. Wygodne i bardzo szybkie. Nazywają je furmankami. Dzieci uczą się historii i życia z ust pradziadków.

Po dwóch latach pracy na rzecz społeczności mogę się udać na Zachód, do domu. Ale coraz bardziej rozważam pozostanie, cóż mnie tam trzyma? Dawno w przeszłość odeszły triumfy Oktawiana Augusta, rzymska kultura – bo już chyba nie moja – się zdegenerowała i nie podniesie się już. Tajemnie modlą się do starych bogów, zamiast zaufać Łasce Pańskiej. Przyszłość jest tu, to tu bije serce Europy. Tu młodość się rozrasta nie nadmiernie, starość nie jest zdemenciała, mądrość – ta słynna sofia spedalonych Greków – nie poddaje się platońskim rojeniom, ściśle związana pozostaje z cyklem pór roku i naukami biskupa Wojciecha.

(…)

Sami siebie nazywają Polakami i zamieszkują tę ziemię od pokoleń. Widziałem kamień z imionami królów, listę w twardym wapniu wyrytą, wstecz sięgającą Troi. Goci, Silingowie, Frankowie i inne narody wymienione przez Ptolemeusza Starszego oraz Tacyta to odszczepieńcy z tychże ziem się wywodzący. Wygnani na poniewierkę banici, złodzieje mordercy, kazirodcy i prostytutki, oto odziały szturmujące od narodzin Pana Naszego linie graniczne na Renie i Dunaju. I Rzym pokonały takie łobuzy! Czuć w tym palec…

(…)

A co jeśli i Eneasz był Polakiem? Albo Odys? Boję się o tym myśleć, ale to nowe czasy i należy odrzucić stare prze….

[W tym miejscu kończy się, niestety zachowany jedynie we fragmentach i w późniejszym odpisie tzw. Pamiątki Wanesa albo Latopis nawróconego Rzymianina, najstarszy zachowany zabytek piśmiennictwa polskiego]

Karma geddon

Pierwsze zwiastuny napłynęły z Zachodu.

By nie zostać oskarżonym o fałszowanie relacji, w tym miejscu należałoby uściślić – nadjechały. Na całej długości A4, od Zgorzelca do Katowic, wypotworzył się gigantyczny korek, pojazdy poruszały się z szybkością 5 kilometrów na godzinę. Pomiędzy sznurami aut dzieciaki, jak to dzieciaki, absolutnie nieświadome powagi sytuacji, urządzały sobie wyścigi na rolkach, deskorolkach i takim nowym ustrojstwie, co nie jest deskorolką, ale nie jest też rolkami, tylko czymś zupełnie innym.

Najnowsze beemki i trochę starsze volkswageny. Białe ople i żółte porszaki. Wysokoprężne diesle i stare benzyniaki. Wszystkie wyładowane aż po dach. Członkami rodziny, ruchomym mieniem i pierzynami. Na przyczepkach meble i urządzenia techniczne. Traktory i kombajny z przywiązanym do nich inwentarzem. Nowy zaskakujący zapach w powietrzu, słodki jak najwykwintniejsze francuskie perfumy, specyficzna i całkiem przyjemna dla polskiego nosa mieszanka strachu i nadziei. Gdzieś się rozwiała starogermańska buta, rozpływając się najdalej po minięciu starosłowiańskiego grodu Kopenik.

Bo też na wschód ciągnęli nie tylko Polacy, po latach poniewierki unijnej ku wolnej i silnej Ukochanej Ojczyźnie zmierzający, ale także Niemcy najprawdziwsi. Katolicy i protestanccy zaprzańcy pospołu odmawiali kolejne różańce i, po polsku, wyśpiewywali „Boże coś Polskę”. „Vater Klimuschko” szept roznoszący się po polskiej autostradzie stawał się krzykiem, „Vater Klimuschko!”.

****

Nie ukrywajmy, był to może i najlepszy czas w tysiącletniej historii wielkiego kraju nad Wisłą (i czasem nad Odrą oraz Bugiem też).

Polska duchowość po wiekach prób i niezawinionych upokorzeń, w pełni triumfowała. Witaliśmy niedawnych wrogów chlebem i solą. Kanclerz Merkel, przekraczającą granicę we Frankfurcie, osobiście wyściskała nasza premier. W szkołach stworzono punkty pomocy dla przesiedleńców.  Wielu Polaków, mając w pamięci stulecia poniewierki, rozbiory, zabory, wywózki, Papieża Polaka oraz bitwę pod Wiedniem, otwierało swe domy i serca przed milionami ludzi pozbawionych dachu nad głową.

Exodus trwał.

Na poboczach walały się samochodowe części. Dobytek, którego nawet najnowsza hybrydowa technologia, nie była w stanie powieźć dalej. Opuszczone dzieci łkały  z tęsknoty za matkami. My staliśmy i patrzyliśmy. I naprawdę współczuliśmy, napełniając stodoły porzuconym dobrem. A ci szli, coraz częściej szli, bo baki były już puste, a ceny na stacjach benzynowych podskoczyły dziesięciokrotnie, nieprzerwanie i uparcie na wschód. „Its not das Polska” gestykulowali w nowo tworzonym wolapiku pogranicza.  Kolumny, coraz bardziej zmizerowane, po raz pierwszy przystawały po minięciu Sosnowca, Konina, Gdyni… Niegdysiejsi nadludzie klękali na kolana, dziękując Bogu, że dane im było dotrzeć aż tu.

Z dawnych Niemiec nadchodziły straszne wieści. Jumacze z wypartych lat dziewięćdziesiątych triumfalnie wrócili na dawno zarośnięte szlaki. Mijali opustoszałe miasta, kryjąc się przed patrolami Państwa Islamskiego w terenowych toyotach. W domach opieki i szpitalach znajdowali opuszczonych, pozostawionych samym sobie, pensjonariuszy. Uwolnione z hodowli świnie ryły trawniki pod Bramą Brandenburską, a tamtejszy kebab smakował zupełnie inaczej niż polski.

Ostrzegaliśmy, by się nie zapuszczali tak daleko.

****

13 maja Niemcy przestały istnieć. Niespodziewany atak jądrowy zmiótł z powierzchni cały kraj. Pośród stert gruzu, od Odry aż po Ren, dumnie stała tylko, cudownie ocalona, katedra w Kolonii.  Hen wysoko, tam gdzie zaczynała się łuna nuklearna, w powiewach morderczego wiatru zderzały się klatki heretyków i grzeszników, jakby ku przestrodze skrzypiały nieoliwione liny. Tak przynajmniej słyszeliśmy.

****

Kilka dni później zniknęli wszyscy Niemcy. Rozpłynęli się w powietrzu. Nie było nawet widać granic zaborów. Byli. Pstryk. I ich nie było.

Otępiała lewica oskarżała już rząd, szczególnie ministra obrony narodowej o nocne łapanki i wywózki, znaleźli się nawet świadkowie, ale wtedy TVN 24 zaczął relacjonować wydarzenia w dalekiej Palestynie.

****

Kiedy w Dolinie Jezreel padł ostatni z czterech jeźdźców apokalipsy, a była nim Śmierć, pod starożytną górą Megiddo zebrały się wszystkie ludy ziemi, by poddać się Sądowi Ostatecznemu i świętować koniec czasów. Wiatr rozwiewał bitewny pył, miliardy ludzi stały w prażącym słońcu, oczekując wybawienia.

Nas tam nie było.

Stali koło siebie. Azjaci  biali czarni żółci. Amerykanie Belgowie Czeczeni Duńczycy Etiopczycy Filipińczycy. Adwentyści baptyści chiromanci druzowie. Już to nam się nie podobało, ale nie traciliśmy nadziei, że to tylko jakaś urzędnicza pomyłka, że i my tam dumnie staniemy ze sztandarami, pod Orłem i Pogonią, bielą i czerwienią. Aniołowie poniosą nas na swych skrzydłach ku niebiosom.

I wtedy zobaczyliśmy Jezusa. Zupełnie był do siebie niepodobny. Czerniawy, przy kości, z ledwie kilkudniowym zarostem „Taki trochę podobny do Bronisława Wildsteina” napisała kilka dni później „Gazeta Polska”. Dobiła nas nasza królowa, która w ogóle nie wyglądała jak z obrazka, tylko jak zmęczona, niemłoda kobieta otoczona czeredką bachorów. W reklamówce niosła drugie śniadanie synowi, ale ten ją odepchnął, by wbiec na wielką mównicę.

Płakaliśmy. Cały nasz świat runął.

****

„Dlaczego nasz Bóg nas opuścił?” – pytaliśmy na wzajem siebie – „Dlaczego akurat nas?”

Uciekaliśmy w herezje, wódkę oraz jogging.

Wielką popularność zyskiwały koncepcje gnostyczne. Papież Tomasz ogłosił, iż tamten Bóg to był zły Bóg, ale nasz Bóg jest inny. Prawdziwy. I to ten Bóg powiedział, tylko nam „Idźcie i czyńcie ziemię sobie poddaną”, i to my jesteśmy jedynym narodem prawdziwie wybranym.

Ruszyliśmy więc. Najpierw do Smoleńska.

****

I wtedy z zachodu nadciągnęli Meksykanie. Jakoś przebili się przez postapokalipsę.  Z pierwszego czołgu wyskoczył ten sympatyczny grubasek Dino Cazares. Powiewając dwoma flagami, cristeros oraz Pancho Villi, walił w nas ze zdobycznego amerykańskiego granatnika.

W ogóle nie piłem

… wie Pani, z kim to ja wódki w życiu nie piłem.

To Pan opowie z kim Pan pił?

– No właśnie o to chodzi, że nie piłem. Jakie ja miałem propozycję! Dziś same wielkie nazwiska z pierwszych stron gazet! Ale już wtedy czułem, że coś jest bardzo niehalo. Zapraszali mnie do Krakowa, śluby w Olsztynie proponowali, nawet knajpy na Nowym Bytomiu stały dla mnie otworem, były jakieś opcje na Amsterdam i Myszków, ale odmawiałem.

Ale dlaczego?

– Nie wiem. No, wtedy nie wiedziałem, ale teraz myślę, że mnie Anioł Pański przed tymi kontaktami powstrzymywał (śmiech).  Młoda lewicowa inteligencja, tak się wtedy przedstawiali, na przekór trendom, śmieszki niby takie, ale już wtedy coś mi nie grało. Niby tacy otwarci, a jak coś im nie pasowało, to wykpiwali złym hasztagiem bez litości.

No i wtedy wyjechał Pan na pochodzenie do RFN.

(chwila milczenia) No, nie powiedziałbym, że tak sobie wyjechałem. Wyemigrowałem, bo w Polsce sytuacja robiła się coraz cięższa, walka dwóch plemion przechodziła w stan wojny domowej, nie miałem też zdolności kredytowej. To nie była łatwa decyzja, ale brat ciężko harował na magazynach, to się zaczepiłem. Najłatwiej było na pochodzenie, tak… pieniądze na zagospodarowanie dawali, miliony Polaków tak zrobiły, ale polskiego obywatelstwa nie oddałem i dzieci…

… bo nie miał Pan 600 euro na procedurę w ambasadzie, tak szepczą złośliwi.

– Proszę Pani, Pani jest jeszcze młoda i nie może Pani rozumieć tamtych czasów. Już nie taki młody emigrant, bo po trzydziestce, z jakimś tam wykształceniem, które jednak tam nic nie znaczy i jeszcze jakoś szybko pojawiły się dzieci i mimo socjalu, każde euro się liczyło.

Z dziećmi rozmawia Pan po polsku?

– Tylko z najstarszą córką, reszta lepiej mówi po arabsku. Tak jakoś wyszło, ale są ze mnie i z mojej działalności w Polsce dumne. Syn zawsze jak Polska gra z jakimś zespołem z północnej Afryki zakłada obie koszulki. Poza Marokiem, bo żona z Sahary Zachodniej.  „Papa du das wielki Polak in Polen”, tak mi ostatnio napisały na kartce świątecznej. bardzo mi to pomogło psychicznie, przyznaję, podnieść się po napływie oszczerstw i kalumnii które na mnie spadły, tu w Ojczyźnie, po powrocie.

No właśnie. Twierdzi Pan, że współczesne elity bardzo pana nienawidzą. Dlaczego?

– Bo ja ich doskonale znam z dawnych czasów, jeszcze z ówczesnych socialmedia. I wiem jaka duchowa pustka stoi za napisanymi przez nich książkami, skomponowaną muzyką, założonymi partiami i nawet biznesami. Fatalnie więc znoszą teraz moją demaskację i czepiają się każdego szczegółu, każdego faktu najmniejszego, bo ich hucpiarskie projekty i geszefty odciąłem od źródeł finansowania. I to bezradny ryk oderwanych od koryta, nie powiem już jakich zwierzątek (śmiech).

No ale w zarzutach jest trochę prawdy, przecież dostaje Pan pensję z ministerstwa, Pana książki są szeroko dofinansowywane i zasiada Pan, jak doliczyliśmy się, w radach jedenastu fundacji.

– Aż tylu? Musiała Pani coś pomylić?

Tu mamy dokumenty, proszę spojrzeć.

– Ach. To absolutnie nieważna, nieistotna i drugorzędna sprawa. Dofinansowania na moje publikacje otrzymuje wydawca, nie mam z tego ani grosza i może nawet będę pozywać za takie sugestie. Proszę Pani, Pani naprawdę sądzi, że ja tych pieniędzy potrzebuję? Mam wysoką niemiecką emeryturę, notabene polska to pusty śmiech, tak to rządzili. 30 lat pracowałem i dokształcałem się, sam prywatnie i mógłbym teraz spokojnie siedzieć na działce, podlewać kwiatki i bawić, nawet tu, w Wielkich Kochłowicach, wnuki, ale Polska potrzebuje mojego świadectwa.

Więc nadal Pan będzie publikować?

– Oczywiście. Mogę Pani z dumą oznajmić, że w Fundacji Myśli Polskiej jesteśmy bardzo bliscy odszyfrowania dysków z Twitterem z lat 2014-2020 i wtedy „elity” – koniecznie proszę w cudzysłowie – dopiero zaskowyczą. Mają się czego bać, mogę Pani już dziś zaświadczyć. Maski ostatecznie opadną, a historię ostatnich dekad trzeba będzie pisać od nowa. I my to zrobimy, gwarantuję Pani.

Wielkie Kochłowice

Co rusz śni mi się, że wracam na Ślunsk. Budzę się z krzykiem i cały spocony, nie pozwalając się wyspać prostytutce obok, bo już nie potrafię spać sam, choć pensję mam tak niską… Takiż to strzęp człowieka poczyniła ze mnie wizyta w Bytomiu… Kiedy więc naczelny wezwał mnie do siebie i zakomunikował „Muszę cię wysłać w niebezpieczne miejsce”, a Trump akurat zaczął bombardować Syrię, westchnąłem z ulgą. I wtedy wręczył mi bilet na pendolino do Katowic.

Zemdlałem.

Protestowałbym, ale w mediach zrobiła się sytuacja tak bardzo niehalo, że nawet szefowie związków zawodowych nie są bezpieczni i tracą wierszówki, co dopiero ja, wasz dzielny, utalentowany, ale marnie opłacany reporter. Stoję więc obecnie w samym środku Kochłowic, dojechałem tu ikarusem po wielu przygodach, objadam się strasznie pysznymi i równie skandalicznie drogimi kassatami, wdycham smród gnojnika i zastanawiam się jak uczynić z mych obserwacji tekst godny Pulitzera.

Obecną granicę Kochłowic wyznaczają dwie Biedronki (ku Chorzowowi i Świętochłowicom) i jedno Tesco (w kierunku Bykowiny), w środku pyszni się awangardowy pawilon Netto. Separatystyczny ruch Wielkich Kochłowic granice widzi inaczej, na Załężu przy Makro, Lidlu w Świętochłowicach i nawet na Kauflandzie już na Wirku oraz przy dopiero budowanym Aldiku w Batorym.

Jest to pełna uroku dzielnica podmiejska. Wille i osiedla wyrastają wprost z prasłowiańskiego błota, w plątaninie ścieżek i zagrodzonych posesji gubi się każdy podróżnik. Chodniki, wykonane ze słynnej kostki Bauma, oddają pole dzikiej zieleni, wzmacniając słynną polską tęsknotę do Dzikich Pól. Każdy skrawek pola jest tu obsiany i zewidencjonowany w UE, a traktorów mógłby miejscowym pozazdrościć nawet znany płocki kolekcjoner Marcin Luby.

Autochtoni są skrajnie podejrzliwi i nie odpowiadają na żadne pytania. Jeszcze w Warszawie pouczono mnie, by na zaczepkę „Kaj leziesz” odpowiadać „Tukej” wykonując obszerny, acz nieokreślony ruch ręką. Jednakże na wezwanie „Za kim idziesz” należy skandować radośnie „Yno Ruch. Yno Ruch”, mimo że w dzielnicy znajduje się słynny klub Urania, za pierwszego sekretarza Gierka z aspiracjami na pierwszą ligę. Dziwne to wszystko.

Także i tu dotarła najgorsza polska plaga, runnerów. Miejscowe dziki, sarny, lisy, a nawet króliki i zające skarżą się na ludzkie szaleństwo, które nie pozwala im w spokoju wychowywać dzieci. Oddajmy głos panu Ewaldowi Dzikowskiemu: „chrum, chrum, chrum”. Dziki, jako gatunek spokojny i dobrze wychowany, nie robią krzywdy dyszącym i sapiących czterdziestolatkom, ale z ponurą satysfakcją obserwują każde zwichnięcie i podłamanie na trasach biegowych. Czasem runnerzy znikają. Ma to związek z epickimi bitwami o terytorium ze złomiarzami, ale o tym nawet bażanty nie chcą mówić, czy też, jak to się tutaj określa, godać.

Bo też Kochłowice są krainą martwego industrialu. Jedną kopalnie już zamknięto, druga pozostaje w stanie likwidacji, czy też oddawana jest w stan rezerwy, czynię to rozróżnienie, by znowu nie przychodziły sprostowania z ministerstwa. Nikt nie wie, z czego tu ludzie żyją i dlaczego są otwierane kolejne restauracje, z jedynym daniem głównym: rolada z kluskami i modrą kapustą. Jeść się tego nie da, a sale pełne. Parkingi również. Wypasionych suvów na warszawskich rejestracjach.

Stopniowo znikały obskurne knajpy. Najpierw pijalnia-szczalnia, z długim kontuarem i bez stolików, tuż przy kościele. Potem padł prywatny przybytek, ten w którym jedyny miejscowy pedał, Paooolo, próbował na emeryturę bałamucić pobliskich licealistów. Nie poddaje się knajpa z namiotem w stylu bawarskim, ale niedawno w sklepach pojawiły się pierwsze krafty. Ten nierówny pojedynek jest już więc raczej przegrany…

Największą atrakcją Kochłowic, poza ogródkami działkowymi, zespołem szkół średnich pamięci Papieża Polaka i autostradą A-4, przecinającą to niezbyt urocze urbanistyczne coś dokładnie na pół, są bunkry. Pokolenia kochłowiczan traciły w nich cnotę jeszcze szybciej niż wojska niemieckie w 39 roku dotarły do Katowic. I nie padł z nich ani jeden strzał.  Żeliwne wieżyczki jednak nadal dzielnie się bronią, tym razem przed palnikami i młotami złomiarzy. Obrastające je jeżyny są bardzo niesmaczne.

Po wielodniowych poszukiwaniach dotarłem w końcu do prawdziwego Hanysa, jedynego który zgodził się ze mną rozmawiać. Chop (mężczyzna) niewielki, oczywiście hajer (górnik), krępy, z czorną (czarną) obwódką pod oczami, obżerał się wieprzkami (agrestem!!!) i godoł (mówił) jakimś dziwnym narzeczem, z którego nic nie zrozumiałem i w końcu wywiad nie powstał. Potem się dowiedziałem, że jego rodzice przyjechali tu spod Kielc w latach siedemdziesiątych.

Ze wszystkich dziwów jakie w tej dzielnicy napotkałem, najbardziej zaskoczyła mnie okoliczność, że ludzie wyglądają tu na szczęśliwych i zadowolonych z życia. Liczne bajtle (dzieci) mają cię głęboko w czterech… literach, choć ty, przyzwyczajony do tak strasznych miejsc, próbujesz przywabić je do siebie lizakami czupa czups i żelkami. „Polskie?” czytają na etykietach i odrzucają z pogardą, ku memu wielkiemu rozczarowaniu. Ale to już temat na inny reportaż, o słynnym psychopacie z branży dziennikarskiej…

jednozdaniowiec

No więc pomysł jest taki, by napisać to jedno zdanie w 2800 znakach, bo kolega Dziecie lubi takie teksty najbardziej, a ty się hadźko nabijasz z jego ukochanego miasta Bytomia, które w dziejach twojej familii bezpośrednio zapisało się jedynie handlem przez polną granicę w międzywojniu, bo w linii prostej siedzimy po polskiej stronie już od 1921 roku, i w Bytomiu co najwyżej bywam teraz przejazdem albo w gościnie i nie powinienem chyba tworzyć takich strasznych horrorów, zwłaszcza o życiu na Szombrach, gdzie przecież mieszka rodzinny czterolatek z siostrzyczką, najbystrzejsze znane ci bystrzaki, więc wcale to nie może być takie straszne miejsce do życia, jeśli możesz z boku zaobserwować, na pewno nie gorsze niż Kochłowice i chyba lepsze od Bykowiny, zresztą chodzi po głowie, że mógł tenże kolega Dziecie bywać w Glusiu i pić piwo stolik w stolik z moim braciakiem przeklętym i potem się rozchodzili, biedacy wracali nocą do domu, oby nie na piechotę, wyobrażam sobie, bo trasa Bykowina-Wirek-Chebzie-Godula nie takich gierojów wykończyła, nawet Armia Czerwona w 45 wolała szturmować szosą na Gliwice zamiast przedzierać się bez Kafauz i nie wiadomo:  prawda to albo mit, ale przecież z takich mitów składa się życie i nic na to nie poradzisz, że twoja praprababka była nieślubną córką któregoś z Dojczmarków i zanim ich polskie albo sowieckie reformy narodowo-rolne z majątków nie wygoniły, raz do roku najmłodsze latorośle Kręciszków, na święta bodaj wielkanocne, szły z koszyczkami do dworu i dostawały geszynki na cały rok, i w sumie jakaś część bramy co teraz jest wejściem do zoo (pewnie tego białego misia nadal trzymają w tak strasznych warunkach, może sprawdzę w tym roku, pierwszego kangura tam zobaczyłeś i nadal boisz się jaszczurek z małpami), a została zrabowana, brama, bodaj z pałacyku w Świerklańcu, przynależy prawnie do ciebie i mógłbyś się procesować, ale by cię te wredne papugi z ćwitra wyrolowały, więc lepiej dać spokój i spróbować policzyć, ile to już znaków napisałem, ze spacją czy bez?, musiałbyś zapytać kolegę Dziecie, co ci przypomina, by już nigdy niczego złego nie pisać ani o czerwonym placu ani Thelmana, ani nawet o Kostrzewskim Romanie, pamiętam, że go kilka razy minąłeś na drodze/deptaku/arterii do dworca, w pobliżu empika, na jego otwarciu były jakieś siksy z danse zespołu i kuzyn wytargał widokówkę  „kochanemu Olusiowi”, piętnaście-szesnaście lat mieliście i słyszałeś, że Kostrzewski chleje po knajpach z młodymi metaluchami, co z tymże kuzynem grywali w zespołach i nawet próbował grać black metal, za co go z Kata wypierdolono albo to on wypierdolił, nie chce mi się sprawdzać teraz w autobiografii – jego, nie twojej – co leży metr dalej, jak to było, męczy cię to pisanie i tylko kurwa chciałbym już skończyć, ale nie wiem, czy możesz, są pewnie maszynki do zliczania znaków, bo może się męczysz nadaremno a mógłbyś już skończyć, jeszcze raz obiecując koledze Dziecie, że złego już słowa o Bytomiu nie napiszesz, kończ to chuju do szczania, przepięknym zdaniem, co to je dziś przeczytałeś i siedzi nam, mnie i tobie pospołu, we łbie:  To jest panie kolego symulacja wyników na sprzedaży dla kilku opcji restrukturyzacji biznesu.