Z Szafy Adama (odc. 478)

Oto kolejna zapomniana historia z Szafy Adama, miejsca w którym tajemnica i groza mają swój początek, a czteroletnie brudne skarpetki nie są najstraszniejszym, co można w niej znaleźć. Szafa Adama jest jak winda do piekieł i zawsze wsiadasz do niej na własną odpowiedzialność. Cóż dziś w niej odnajdujemy? Skamieniały odcisk łapy tyranozaurusa!

Odcisk ten znaleziono w czasie przebudowy Ursynowa na nowoczesne ekologiczne miasto w połowie XXI wieku. Wywołało to niemałe poruszenie na całym świecie, a na ziemi polskiej odrodziło starodawny kult smoka wojownika. Miliony wiernych co roku odwiedzały przybytek, padając na kolana przed świętym znaleziskiem. Wokół ciągnął się wielomilowy park rozrywki z Naszym Dino w nazwie, co wielu tradycjonalistów uznawało za profanację pierwszego Polskiego Dinozaura. Część badaczy, wnioskując po  opiłkach drewna znalezionych obok, doszła do wniosku iż potężny ten gad żył w tej samej epoce co Noe, a znaleziona deska nie jest potężną wykałaczką używaną przez  dino w celach higienicznych, ale stępką słynnej arki. Arki Przymierza Narodu Polskiego z Bogiem.

Prawdziwa historia kryjąca się za znaleziskiem była jednak bardziej skomplikowana i traumatyczna. Znaleziony skamieniały odcisk należał rzeczywiście do tyranozaura, jednakże nie do samca jak a priori uznała większość badaczy, a do dziewczynki o imieniu Asia. Wychowywała się ona w smutnym kraju nad Wisłą – która miała jednakże wówczas trochę inny przebieg, przepływała między innymi przez Katowice, przyczyniając się do powstania słynnych złóż węgla – a były to czasy dla dziewczynek, zwłaszcza gadzich, niezbyt łatwe. Nie żeby dla ssaków były lepsze, ssaki rzadko kiedy osiągały wtedy kilogram, i dla takiego tyronauzarusa dziesięć prajeżyków to nawet na zaspokojenie pierwszego głodu było mało, ale unikajmy już dygresji i stwierdzijmy: no więc Asi się żyło nie najlepiej. Postanowiła wyemigrować.

Po wielu przygodach, których nie ma konieczności tu opisywać nazbyt szczegółowo, osiadła w dalekich Niderlandach. Konkretnie to osiadła elegancko na kanapie we wzory animalne (własnoręcznie wyszedełkowane). I żyła sobie szczęśliwie, przynajmniej do czasu, gdy niektóre ze znajomych dinozaurów postanowiły trochę poewoluować i w ich złowieszczych umysłach zrodziła się koncepcja windy, a konkretnie dźwigu towarowego lub dinozaurzego. Dinozaurzyca odkryła stojący za ideą Wielki Spiseq Windziarzy, w grę wchodziły malwersacje i wycinki cały połaci prastarej deszczowej puszczy, inwestycja została wstrzymana, cywilizacja się załamała w rozwoju, wyginęła i wiele milionów lat później Ziemią zaczęły rządzić nieowłosione, blade i słabe pokurcze zwane człowiekami.

Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Reptilianie nie są fikcją i mają swą kontynuację wśród windziarzy. Równouprawnienie to szkodliwy mit, feminizm to złowieszcza ideologia, a Zachód upada!

Nie ufaj naukowcom, każdy jeden kiedyś się pomylił! Już za tydzień zbadamy kolejny Artefakt z Szafy Adam! Czy będzie to smoczek Pana Jezusa? Zaginione atlantyckie złoto? Kenijski akt urodzenia Baracka Obamy? Oryginał rankingów Kamiloka? Jeszcze nie wiemy! Sprawdź sam!

Reklamy

Gdyby… (opowieść wigilijna)

Zamykamy! – Ryknęła na całą halę bufetowa – No ludzie, przecież Świynta są… – Dodała szeptem, jakby usprawiedliwiając się, kiedy spojrzało na nią z wyrzutem kilku ostatnich podróżnych.

– Muszę zamknąć. To miejsce publiczne. Nie dla każdego .- Tłumaczyła się coraz bardziej rozpaczliwie. – Ale tu obok jest szopa z narzędziami, wystarczy popchnąć ramieniem. W razie czego nie ode mnie to usłyszeliście! – Była to fest kobieta i widocznie lubiła krzyczeć.

Bufetowa zatrzasnęła wrota dworca, dodatkowo obwiązując klamki platynowym łańcuchem ze złotą kłódką. Szarpnęła dwa razy, masywne drzwi nie puściły. Spojrzała na grupkę zlęknionych wędrowców i coś, jakby mieszanka rozbawienia z ekscytacją, mignęło jej w oczach. Podeszła do dwóch żołnierzy WOT na przepustce, chwilę poszeptali i pociągnęła ich za sobą. Jeden, niższy, wyglądał na naprawdę przerażonego.

Wśród wirujących płatków śniegu pozostali młody mężczyzna w kożuchu i dziewczyna wyglądająca jakby wypadła z zupełnie innej bajki i sama nie zdawała sobie sprawy, co tu w zasadzie robi. W rękach trzymała dwie klatki z kotami, z plecaczka wystawał biały kundel. Mężczyzna krzyczał do komórki, tam po drugiej stronie musieli mieć bardzo słaby zasięg, że „śnieżyca i kolejarze strajkują, do jutra nie dojedzie do domu, Tak!, nie da rady!!! a w urzędach takie kolejki, że niczego nie załatwił i wszystko by strzelił… Halo halo, jesteście tam?”, połączenie widocznie się urwało, bo był kolejnym z moich bohaterów, który wzruszył ramionami i zagadnął stojącą obok nieznajomą:

– Idziemy?

– Ja. Jawohl – Ta odpowiedziała uśmiechając się uroczo, bielutkie kły zabłysły w świetle pobliskiej latarni, która natychmiast z sykiem zgasła.

Mężczyzna już pochylony, by całować rączki, powstrzymał się w pół ukłonu:

– Jestem Blady. Iś bin Rasta. Shadow. Ale wszyscy mówią na mnie Rasta.

– Marta. Oh well, Mar-tha.

Blady wziął do ręki transportery z kotami. Drapieżniki szamotały się jakby chciały mężczyznę zjeść, wyrwać mu duszę elegancko przyciętymi pazurskami. Weszli do szopy. W powietrzu mieszały się zapachy smoły, ozon narzędzi spawalniczych i silna woń zwierząt. Widocznie dawniej trzymano w tym budynku konie i ciężki pot wieloletniej harówki wsiąknął nie tylko w drewniane ściany, ale i w glinianą posadzkę.

– O. Są worki ze słomą – Blady szperał wśród półek z narzędziami, metalicznie błyskały one w jego rękach, niektóre znikały w przepastnych zakamarkach kożucha – będzie nam ciepło!

Rozsypał zawartość na zmarzniętej ziemi. Przyjrzał się krytycznym okiem, znowu westchnął i ponownie wzruszył ramionami. Zaczął rozpinać kożuch, Marta zaciskała dłonie w kieszeni, w jednej z nich trzymała gwizdek. Blady rozciągnął kożuch na słomie i ręką wskazał towarzyszce, by usiadła. Dziewczyna kiwnęła głową, że nie:

– Wegetarian. Jak to is w waszym języku? Wegetarian!

Rasta się roześmiał gromko, jak to tylko polski szlachcic z Mazowsza, od wielu pokoleń schłopiały, prosto z ludu przyszły, potrafi:

– Miss się nie martwić! Its not animal. Its metaluchy. Iron Majden, Metallica und Blind Guardian. Du fersztyjn? Du hast miś. Metaluchy! Not animal! Ekologisz.

Dziewczyna w końcu rozsiadła się na kożuchu i głaskała swoje kotki. One, choć już nie w klatkach, jakoś nie spieszyły się do patrolowania zatęchłych zakątków szopy. Drzwi skrzypnęły ostrzegawczo. Kotki zamruczały. Do środka wpadły dwie zakapturzone postacie z trzema cieniami. Psy.

– Brr, ale zimno. Dzień dobry. Do domów nie dojdziemy, trzeba się zagrzać.- Starszy z mężczyzn już wyciągał z kieszeni sportowej kurtki butelkę z dziwnym napojem.- Osobiście pędzona przeze mnie. Bono, Mała Suka, leżeć – Krzyknął gromko zaciągając z galicyjska – A to Paco.- Wskazał na trzeciego pieska, niewielkiej, trzydziestokilogramowej, uśmiechniętej bestii. – Z jego właścicielem aktualnie nie rozmawiam. Wyłącznie mnie z tej dyskusji!

I znowu zapanowała cisza. I znowu została przerwana przez przybyszy. Weszli, nie: wdarli się do szopy, jak wielkie paniska, jak trzej królowie prowadzący swe wielbłądy przez pustynię, dowódcy wielkich armii w zapomnianych wojnach toczonych od pokoleń i nigdy nierozstrzygniętych do końca.

Gruby, Rudy i Łysy – Przedstawili się równocześnie. I nie było wiadomo, który jest który, bo wyglądali jak trojaczki, każdy gruby, rudy i łysy. Pierwszego wyróżniała fantazyjna szmatka przymocowana po lewej stronie czterech, nałożonych na siebie, marynarek, drugiego kluczyki do opla, a trzeci lekko holendrował. Na łyżwach. Widocznie tylko takie buty mieli dla niego w pomocy społecznej. Z darów przynieśli tanie wino, ukraińskie papierosy i butelkę denaturatu.

W końcu posnęli snem sprawiedliwych. Blady i Marta na kożuchu. Po ich prawej stronie psiaki z właścicielami. Po lewej trzej menele.

I tak ich znaleziono rano. Z ludzi odratowano tylko Martę, którą, co prawda lekko nadgryzioną, własnym ciepłem przez całą noc grzały córki. Ach, gdyby nie powszechna ludzka znieczulica. Gdyby trzech degeneraci denaturat podpalili, a nie wypili. Gdyby w porę dotarły pociągi z dalekiego Ślunska z czarnym złotem południa. Gdyby szacunek do braci górniczej nie zanikł tak szybko w tych paskudnych postsymetrycznych czasach. Gdyby nie globalne ocieplenie i jego straszliwe pogodowe  skutki.

Gdyby…

Stefan Alfons Miętoch „Prawdziwie śląska wigilia”

Z calutkich tych Świynt najbardziyj przaja ta chwila, kiejsik moczka już zjedzona, wigilijno wieczerzo skończono, bajtle geszynki pootwierały i dziołcha pito przed synkiem, kiery chce jej lalę wzionść, larmo jak na farze, a jo rychtuja pamiątki po starzikach, by chachory przestały się lać i gipsteka nie zlecioła nom na łby.

W tym miejscu zadzwonił do mnie agent i stwierdził, że temat ciekawy, ale mam zacząć pisanie od początku, bo w tym dzikim języku niczego nie sprzedamy i nie tylko na mercedesa najnowszego w benzynie nie starczy, ale i na garnitur z poszetką kasy nie zarobię, o niańce na wychowanie dzieci już absolutnie nic nie mówiąc. Dlatego też przepisałem początek raz jeszcze, co uważam nie tylko za smutną konieczność rynkową, ale i kolejny wściekły polski atak na śląską tradycję oraz odrębność kulturową. Wstydźcie się, puloki! 

Z całych Świąt najbardziej lubię ten moment, kiedy barszcz już zjedzony i wieczerza wigilijna skończona, dzieci rozpakowują prezenty i dziewczynka ucieka przed chłopcem, który chce się pobawić jej lalką, głośno jak na plebanii, a ja przygotowuję pamiątki po przodkach, by łobuziaki przestały się kłócić i sufit nie spadł nam na głowy. Czego to w pudełkach i słoikach z klamorami się nie znajdzie! Najmłodsze pokolenie, rozpaczliwymi okrzykami rodziców, bo bić przecież nie można, nie w tych czasach zamętu wszelkich wartości, przekonane by zasiadło z ujkiem na kauczu i pooglądało stare zdjęcia, dokumenty oraz relikwie rodzinne, podkłada sobie wygodnie poduszki pod malutkie rzyćki.

Pierwszą wyciągam zawsze pocztówkę z kajzerem Willim, którą kuzyn Erwin wysłał do prababki Kazimiery z garnizonu w Breslau, kiedy to służył w 7. Pułku pruskich piechociarzy. Na drugiej stronie potężna pieczątka urzędu cenzury Rzeszy oraz kilka słów: „Mutter żyja. Czy Fredka od Gizdów nadal sie puszczo?”. Dzieciaczkom tłumaczę, że dawno temu też troszczono się o pozostawione w domu narzeczone, chłopiec kiwa poważnie głową, dziewczynka wyciąga pierwszą fotografię.

To zjazd rodzinny z roku 1933, przynajmniej tak jest zdjęcie podpisane. Na fotce jakaś daleka krewna wygląda rychtig jak Indianer: korale, kapelusz z jednym piórem i kamizela. Najpewniej to kieryś ze strojów ślunskich, ale nie mnie teraz dociekać, z której to krainy geograficznej naszego dumnego i bogatego regionu pochodzi. Wskazuję więc maluchom dziadka, a ich pradziadka, który też znajduje się na tej fotografii. Stoi w ostatnim rzędzie, uśmiecha się gizd szelmowsko, podobny jest do ujka Józka – i trochę do mojego brata – jak pieron, trzyma w prawej łapie kufel z birem. Smarkaty, niepełnoletni opa, co wiele lat później, już w Westfalii, będzie wydzielał polskim wnukom po jednym soczku ze słomką na cały dzień!

W pudełku znajduje się ten kufel albo jakiś podobny. Pamiątka po szynku, który upadł jeszcze przed Wielkim Kryzysem. Kamieniarska gałąź rodziny swój geszeft nadal mo przy sobie, co yno dowodzi, że ile by człowiek nie wypił, na końcu i tak zawsze mu się zemrze. Chłopiec jest jeszcze zbyt mały się tym interesować. Wierzy, że od piwa boli brzuch, bo kiedyś spytał o to swego fatra i oczywiście dostał odpowiedź potwierdzająca, wyciąga więc krzyż żelazny. Czo to? pyta, a ja nie wiem, co odpowiedzieć, bo może to prawdziwa pamiątka, a może – jak chce część familii – jedynie zakup dokonany na targu w Świętochłowicach na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to fater sprzedawał wybiedzone gołymbie niewydarzonym gorolom, bo rychtig Hanys by na ani nie spojrzoł, tak cherlawe i biedne były. Dziwne to były czasy, pamiątką po nich banknoty stutysięczne, wyższych nominałów żal było nie wydać.

Ostrożnie podsuwam malcom zdjęcia babci. Pierwsze z 38 roku, w mundurze Rydza-Śmigłego i z flagą biało-czerwoną, tu biało-szarą, powiewającą nad dziewczętami z pokolenia Kolumbów. I ledwie pięć lat późniejsze, ta sama babcia jeszcze bardziej uśmiechnięta, za nią lufę szczerzy działo przeciwlotnicze. Było więc życie w III Rzeszy! Znowu nie wiym co godać bajtlom, na szczęście Emilka pokazuje paluszkiem jedną z fotek, „Ola” twierdzącym tonem pada z jej usteczek, a ja patrzę i wreszcie widzę jak bardzo moja kuzynka jest podobna do omy. Zdjęć jest więcej. Wujek Antek, bokserski mistrz Śląska, kieremu dopiero na narodowej kadrze Poloki wybiły pięściarstwo z głowy, pręży muskuły na plaży z trzema siostrzenicami. Wiele lat później zapije się w ośrodku opieki na śmierć, w pokoju załatwionym przez najmłodszą z panienek. A to ciocia Fridka, co to jej starsza siostra podebrała szaca i ta do końca życia nie znalazła nowego lipsta.

Książeczka małżeńska dziadków. Z germańskim orłem, zaciśniętymi szponami i dziećmi wpisywanymi aż do 58 roku, w komplecie przez polskich urzędników. Zegarek po ojcu, za 25 lat pracy w PRL, nakręcony, nadal tyka, jednak wskazówki gdzieś się potraciły. Staremu nie przysługiwał mundur/nie chciało mu się go szyć, ale okucie laski górniczej leży w woreczku z przedwojennymi groszami z archaicznie piastowskimi orzełkami. Obok legitymacja ZMS (mamy) i przypinki Solidarności (obojga), tej pierwszej, nie kierejś z późniejszych. Jaś się strasznie wierci i nudzi, może to i dobrze, bo teraz musiałbym wyciągnąć „Pana Tadeusza” drukowanego w 1898 roku w Krakowie i aparat fotograficzny przemycony w 89 w paczce, za książkami, do Rajchu, do Polski odzyskany zurik po śmierci dziadków, a co gorsza dokument z Czeladzi albo z Będzina, z połowy XIX wieku, donoszący dumnie, że pani […], tak się składa że matriarchini całej rozgałęzionej wokół Piekar familii, jest stuprocentową chrześcijanką.

Emilki też już nie ma obok mnie. Oba dwa maluchy,  frelka i synek, zgodnie opychają się oszukanymi makówkami, na owocach i bezach, a nie na bułce i orzechach. Miseczki wycierają makronami, a ja zbieram te wszystkie cenne rupiecie, ostrożnie wsadzam do pudełek i bikst. Zanoszę do przedpokoju i elegancko chowam do pawlacza. Do następnego roku.

Na naszym oddziale jest lepiej, a może być tylko lepiej

Wasz ulubiony pacjent zapisuje te zapiski na własnym ciele, nie chcecie nawet wiedzieć czym, ponieważ okresowo znajduje się w izolatce, do której trafił na własne życzenie, tyle się bowiem nie dzieje na naszym oddziale, że nawet tak dzielny kronikarz jak wasz uniżony sługa, potrzebuje chwili spokoju, by pozbierać myśli i móc dalej tworzyć dzieła tak wiekopomne jak ta kronika. Opowiem więc wszystko po kolei.

Zaczęło się od tego, że Rysiek z oddziału normalsów, może pamiętacie – ten którego kiedyś byłem spindoktorem, przegrał wybory na przewodniczącego samorządu normalsów. Może dlatego, że tym razem mu nie pomagałem. Za każdym razem, kiedy przychodził do mojego pokoju udawałem, że śpię, aż w końcu się poddał. Ten jego oddział jest koedukacyjny i od tego zaczęła się cała jego tragedia, bo go podstępne babska podeszły dwójnasób i obaliły jego władzę. I teraz Rysiek chodzi po całym ośrodku, oficjalnie wspiera nowe władze samorządu, ale w prywatnych rozmowach odgraża się, że chuj z kasą na dodatkowe kompoty, skończyło się babciom sranie!

Wkrótce potem dopadła nas od dawna spodziewana rekonstrukcja władz naszego ośrodka. Oczywiście wszyscy nasze władze kochamy, w komplecie, każden jeden, robią wielką wspaniałą robotę dla naszego ośrodka, mimo kłód rzucanych nam przez konkurencyjne, zacofane, gniewne i pozbawione wartości, obce ośrodki, jednak nawet wśród nas narodziła się Nowa Nadzieja, w końcu niedługo Święta, na kolejną dobrą zmianę. No i zastąpiono naszą kochaną dyrektor zarządzającą, wszyscy ją uwielbialiśmy, prawie tak jak legendarnego Naczelnika (może w następnej notce opowiem więcej o tej ciekawej postaci, niektórzy twierdzą, że nieistniejącej, wymyślonej przez najcięższe przypadki z oddziału niewymawialnego, bo przecież tak nowoczesny ośrodek jak nasz nie musiałby chować swego prawdziwego kierownictwa, przed nami, pacjentami, by było normalnie; nie tu, nie w naszym ośrodku), ale przyszedł równie młody zdolny człowiek w jej miejsce i już chodzą pogłoski, że nasz basen zostanie podnajęty zewnętrznej spółce, wyleje się wodę, postawi maszyny do szycia i będziemy, w ramach terapii grupowej, innowacyjnie produkować figurki naszych władz na eksport, ku chwale naszej i waszej.

Ponadto mamy wielką aferę o ordynację naszego ośrodka. Było tak: poprzednie, złe, antypolskie i zdradzieckie władze, pod wodzą Ordynatora (pamiętacie i tęsknicie za tym grubaskiem? To źle, został wymazany z kart i tylko czekamy aż w TVP Info zobaczymy paski z jego nazwiskiem i adekwatnym komentarzem) podstępnie sfałszowały poprzednie osiem wyborów, na szczęście w kolejnych wspólny duch naszego ośrodka poruszył bryłę i teraz będziemy mieć jasne i przejrzyste zasady głosowania. Nie tylko kamery rejestrujące oddanie każdego głosu do przezroczystych urn, nie tylko dwie komisje ku chwale ośrodka zliczające wyniki, ale dodatkowo nowe karty do głosowania, uniemożliwiające fałszowanie głosów poprzez jedną prostą zasadę – teraz każdy może mazać po nich ile wlezie, a komisja i tak zliczy po swojemu. Jakie tu projekty graficzne niektórzy obmyślają!

My się oczywiście na tym zbytnio nie wyznajemy, poza tym jesteśmy reliktami starej ery, kiedy to bezmyślnie i bezrefleksyjnie korzystaliśmy z własnego uprzywilejowania, nie patrząc na potrzeby innych pensjonariuszy, więc powinniśmy siedzieć cicho, ale z szafy wyszedł Miś i łazi rozeźlony po całym ośrodku. Ostatni rok się nie wychylał za bardzo, jak już to tylko w kwestiach pracowniczych w naszym ośrodku, nic o wolności i seksie (oczywiście jesteśmy bardzo zadowoleni z ograniczenia kontaktów cielesnych między pacjentami, nie jesteśmy wystarczająco wykształceni, by się sprzeciwiać nauce Biblii i dwóch tysięcy lat tradycji teologicznej), znowu mnie fraza poniosła – Miś łazi, że go teraz ordynacją rozwalą i choćby się zesrał (tak, fekalne skojarzenia to klasyk w naszym ośrodku), do samorządu, o zarządzie nie wspominając, się nie dostanie. Głupi jest, bo z tymi swoimi trzema głosami i tak się by nie dostał. A głosowaliśmy na niego ja, jeden biznesmen, co akurat przebywał w naszym ośrodku, by go prokuratura nie dupła, no i jeden z młodych lekarzy (bo drugi, dla równowagi, dał głos Pacjentom oczywiście Obesranym).

No i ten doktor, pierwszy nie drugi, bo drugi nadal siedzi we wrażym ośrodku i jak wnosimy po pocztówkach – też się radykalizuje, ten doktor miał kilka momentów kryzysowych w mijającym roku, ale teraz wrócił wzmocniony i w trakcie terapii symetrycznej słyszymy głównie: 500+ dziffko, i nic nie rozumiecie, bo nic się nie dzieje. Co gorsza obiektywnie uwziął się szczególnie na mnie, bo poważyłem się sobie wykopać małą jamkę pod ławką w parku, na wypadek, gdyby nasz piękny ośrodek, poświęcony i z dotacji, miałby rychtig zacząć się fajerować. Czy to takie niemożliwe? Ot, jedno z zaledwie dziesięciu kontrolowanych wypaleń, bo to bardzo zdrowe i przywraca nas do korzeni taka koza w pomieszczeniu, a dym pod sufitem to nic złego, nasi przodkowie tak żyli i umierali w wieku 72 lat, zanim nastała nowoczesność, no więc jak taki ogień wyrwie się spod kontroli, to co wtedy zrobi nasz kochany doktor? Pierwszy przyleci do mojej jamy, i to nawet bez kocyka. No, dostanie jeden z moich.

Nie mam w ogóle serca mu uświadamiać, że też jest przecież pacjentem i to takim po prostu wymarzonym dla nowych władz, które oczywiście wszyscy wspieramy,  po prostu od dawna żyje w swoim świecie, w którym jest jedynym sprawiedliwym i krytycznym czytelnikiem wszystkich tygodników oddziałowych naszego ośrodka. Rodzina i znajomi się jednak bardzo martwią… Ech, to naprawdę smutna historia, tak smutna, że nie umiem o tym pisać bez łez, poza tym piszę już po pięcie, kończy mi się ciało i nawet nie dam rady napisać o salowej Marcie, że jest…

W poszukiwaniu zdradzonego sensu

Topię pierniczka w kawie z mlekiem. Jest jeszcze zbyt świeży, czekolada natychmiast rozpływa się we wrzątku, powinno się go zjeść najwcześniej za dwa tygodnie, najlepiej już po świętach, ale i tak korzenny zapach dzieciństwa niemal natychmiast przenosi mnie myślami  do ostatniej szczęśliwej jesieni mej odległej młodości. W parku unosił się silny zapach kasztanów, pierwsze liście spadały z drzew, wyścielając chodniki istną feerią barw. Ogrodnicy mówili po polsku, a ich nastoletnie córki spoglądały na mnie z mieszanką zachwytu i skromności, i nie ośmielając się całować w rękę, anielskimi głosami wyszeptywały dzień dobry i spuszczały wzrok ku ostatkom trawiastego dywanu u stóp. Bladolicy młodzian o delikatnej urodzie efeba, równie grzeczny i wspaniały jak dziewczęta, przyskakuje do mnie z pytaniem o markę mego płaszcza, oczywiście makintosz, a także cylindra, tego już nie pamiętam i wymieniamy się wizytówkami, choć z bliska nie wydaje się już taki młody, zmarszczki w kącikach oczu i twarz liźnięta smutkiem sugerują dyskretne zmęczenie, może nawet tragiczny wpływ czarnobylskiego pyłu nie tylko na przemęczoną fizyczność mężczyzny, ale i na pewne rozchwianie psychiki dostrzegalne w smutnych oczach.

Rozstajemy się w zgodzie, a ja kontynuuję cotygodniowy sobotni spacer i rozmyślam nad teraźniejszością, jak jest cudowna i jak pięknie nic się nie dzieje. Wieczorem wpadnie rodzinny adwokat, sprawy kamieniczki po dziadku zmierzają w odpowiednim kierunku, niedługo powinienem ją odzyskać, byleby tylko PiS nie stworzył rządu po wyborach. Ale to przecież niemożliwe, nawet jak mojej Platformie zabraknie trochę głosów, to nadal możliwa będzie koalicja z Millerem i Palikotem. Oglądałem moją własność i wiem już jak umebluję kamieniczkę, zamiast nadal się tłoczyć samotnie w trzech pokojach, w końcu znajdę przestrzeń do realizacji moich wszechstronnych artystycznych zainteresowań, i nie tylko artystycznych, ale i życiowych ambicji. Kończę mój spacer kilkoma wymachami ramion, to bardzo modne obecnie i równie zdrowe dla dżentelmena w każdym wieku jak wodne masaże w alpejskich spa. W domu zjem trzydaniowy obiad, przygotowany przez gosposię, po wizycie mecenasa obejrzę sobie jakiś film Herzoga na vhsie i dopiero wtedy pójdę spać, by od następnego poranka cieszyć się życiem znów.

Chyba przysnęło mi się w fotelu, bo kawa zimna jak zwłoki Scotta na biegunie południowym, pierniczek absurdalnie zmienił formę i obecnie przypomina konsystencją śledzia w śmietanie, którym to potwornym daniem karmiono mnie w przedszkolu, co jest prawdziwą zbrodnią komunistyczną, nie te banalne świstki, co to znajdowane są hurtowo w IPNie przez niezależnych badaczy. Jakich niezależnych jak chodzą na pasku tych, którzy mi moją kamieniczkę po dziadku odebrali i obecnie po sądach ciągają, bo papiery rzekomo sfałszowane, a przecież sam pieczątkę przystawiałem z orłem III Rzeszy w miejscu wskazanych przez specjalistów, więc jak mogą być nie w porządku? Przez te okropne dwa lata zestarzałem się straszliwie, aż psy wyją, kiedy tylko mijam na klatce schodowej sąsiadów, tak zmienić się musiałem ze zmartwienia ja i mój zapach, i jak opozycja nie zwycięży w 2019 roku, to chyba będę musiał wyemigrować. Pierniczka łowię łyżeczką, posrebrzaną, po siostrze babci, och jaki okropny bój musiałem o nią stoczyć – przyjeżdżam kiedyś do kochanej cioci, a tam już inna gałąź rodziny jak sępy wisi nad uroczą staruszką i serwis z końca XIX wieku chce pakować do walizki. Jakże wtedy zakrzyknąłem potężnie i wygnałem darmozjadów aż za Piekary; nie było może aż tak daleko, bo cioteczka mieszkała kilka domów od granicy z Szarlejem, jednak dzielność mą bezinteresowną okazałem; w podzięce ofiarowała właśnie mi ten serwis, który natychmiast oczywiście spakowałem, nie czekając aż resztki pogromionej familii zechcą powrócić i znowu namieszać ciotuni w głowie.

I smutno mi się robi na myśl, że teraz będę musiał ten zabytkowy serwis, dwanaście talerzy głębokich, dwanaście płaskich, deserowe i pełny komplet sztućców wywieźć do Niemiec, jeśli nic się nie zmieni i dalej będzie trwać, to co trwa. Kultura polska poniesie nieodwracalną stratę, ale to przecież nie moja wina, że głowy symetryzmu są jak łby hydry i kiedy odetniesz jedną, natychmiast rosną trzy kolejne i wmawiają milionom moich – jeszcze tylko przez chwilę, obawiam się – rodaków, że w Polsce nie dzieje się aktualnie żadna ludzka tragedia, co jest bzdurą. Przecież ogrodnicy już nie witają jak dawniej, bo zastąpieni zostali przez Ukraińców, gdzież podziewają się dziś ich córki, nie ośmielam się spekulować, szczególnie że w dalekiej Warszawie co rusz wybuchają afery towarzyskie i obyczajowe, a droga do Lublińca wyremontowana przez poprzednią władzę, została otwarta przez uzurpatorską obecną i każdy kto tylko zachce, może nią pojechać w siną dal.