Randka z kebabem

– W cieście, średni, ale trochę więcej ostrego. – Mężczyzna był nieprzyzwoicie miły dla sprzedawczyni i nawet zostawił złotówkę reszty. – Mogę skorzystać z łazienki?

Skrupulatnie umył ręce pod kranem. Ciepłej wody nie było, mydło w płynie wydzielało niepokojący zapach. Przyjrzał się paznokciom. Czyste. No, powiedzmy, że czyste. Spojrzał w lustro. Uśmiechnął się i skrzywił. – Nie pokazuj lewej strony, nie masz tam zęba! – Aż wykrzyknął zły sam na siebie, ale zaraz zawstydził się wybuchu i niespokojnie rozejrzał po pomieszczeniu. Nikogo innego nie było. W pisuarze szemrała woda.

Przez rynek niósł kebaba niby trofeum. Trzymał przed sobą jak bukiet kwiatów. No właśnie, jakieś trybiki musiały zaskoczyć w jego mózgu, ostatnie dwie szare komórki pokojarzyć fakty, bo skierował swe kroki ku ulicznym kwiaciarkom, a długa zaczeska tańczyła w porywach huraganowego wiatru.

– Chryzantemy. Ze trzy. –  Kwiaciarka coś powiedziała, nie dało się usłyszeć w hałasie przejeżdżającego tramwaju. – Nie, nie trzeba przybierać. To na randkę! – Szczęśliwie handlarka też uznała, że się przesłyszała, bo inaczej ta historia zakończyłaby się już wtedy, przyjazdem karetki i krótkim pobytem w pewnym słynnym w całym województwie ośrodku zdrowia. Nie tylko fizycznego.

Dwie godziny później mężczyzna ciągle siedział samotnie na ławce. Zapadała ciemność, a miasto było już prawie całkowicie wyludnione. Wieczorami jedna z większych polskich aglomeracji sprawiała przygnębiające wrażenie. Chryzantemy traciły płatki, a mężczyzna wgryzł się w, teraz już kompletnie zimnego, polsko-tureckiego kebaba. Przemielił zębami żylaste mięso. Kawałek wołowiny upadł na chodnik.

Jak torpeda przyskoczył do niego mały biały piesek i zaczął obwąchiwać. Mężczyzna się rozczulił:

– Jedz przyjacielu, jedz. Po co ma się marnować? Nie dla siebie kupiłem, oj nie. Ale dziewczyny już takie są. – Piesek wpatrywał się w mówiącego swymi mądrymi oczami, a czarny nosek pobłyskiwał w świetle latarni jak hebanowy guziczek.

– Puciul. Do nogi! – Rozległo się w wieczornym powietrzu wołanie, uroczym, choć lekko spanikowanym, obiektywny narrator musi to przyznać, głosem. Piesek znowu spojrzał mądrze mężczyźnie w oczy i ten przez moment miał wrażenie, że czworonóg z rezygnacją wzruszył łapkami. – Idź, rozumiem. No, ale Ty przynajmniej masz swoją Panią – Szepnął mężczyzna i obserwował jak piesek biegnie ku swemu własnemu człowiekowi i razem znikają w mroku.

Mężczyzna też postanowił wrócić do domu. Kolejny samotny wieczór, ale przecież był przyzwyczajony. Miał do nadrobienia kilka odcinków Kołcza Majka, to zrobi sobie yerbę i znowu zaśnie długo po północy.

 

Znowu serio

Moja babcia, jak już było ze mną bardzo źle, dzwoniła do mnie ze słowami wsparcia i przy okazji opowiadała też o swoich lękach, wspominała różne wydarzenia, psioczyła na śp. dziadka, śpiewała piosenki o Rydzu-Śmigłym. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, choć jak teraz myślę o tym, to bardziej nie chcieliśmy wiedzieć i widzieć, że były to początki demencji. Babcia dzwoniła z miasteczka, dobre sobie, z miasta w Westfalii. 50 000 tysięcy mieszkańców to już potężne miasto, no nie? Takie w sam raz do wykorzystania unijnych dotacji.

Były to naprawdę mroczne czasy i dla mnie, więc sporo rzeczy zapomniałem. Babci niekoniecznie można było ufać, wiek i upływ czasu robiły swoje, pamięć ma pewne ograniczenia, ale babcine wspominanie miało też drugą stronę – mówiła o sprawach o których się nie mówi. Głośno. Świadczyły o tym miny moich ciotek w reakcji na niektóre, czasem naprawdę zabawne, odpowiedzi babci. Oczywiście i ja teraz wielu rzeczy z tego nie pamiętam, to były mroczne czasy, ale kilka zapamiętałem. Najmocniej chyba takie zdanie mojej babci:

– Przed ślubem sąsiadki mówiły, bym nie żeniła się z dziadkiem, bo pojadę do Palestyny.

Ślub odbył się w 44 roku. W Piekarach Śląskich. I na ścianie w pokoju obok naprawdę wisi prezent ślubny, zegar zrabowany przez brata panny młodej z bunkra w Kurlandii albo pod Leningradem. Niemiecki zegar. Znaczy się z dość sławnej wytwórni zegarów ściennych spod Legnicy. Brat wojnę przeżył, z sowieckiego obozu wrócił szybko, ożenił się z prawdziwą Niemką z Bytomia i zrobił pomniejszą karierę w peerelowskim szkolnictwie zawodowym. Mnie, dziesięciolatkowi, pokazywał albumową książkę ze zdjęciem jak leży za cekaemem. Niemiecką książkę, oczywiście.

Moi dziadkowie z obu stron przeżyli wojnę w okolicy Piekar na niemieckiej liście narodowościowej. Nie mam pewności, ale przypuszczam, że niektórzy z nich może nawet na dwójce, jeśli nie w linii prostej, to na bocznych konarach rozgałęzionej familii. Dzieci wtedy rzeczywiście miewano sporo, przynajmniej w aspirującym i nie zawsze z sukcesami, drobnomieszczaństwie od strony mamy. Z tych rozgałęzień, tak się składa, że po jednym od strony mamy i taty, kuzyni i wujkowie wylądowali w Auszwicu. Jak mawiał trochę złośliwie mój ojciec, za zabawę w Polskę. Obraźliwe? No tak. Ale to podobno nie była „prawdziwa konspiracja”, ale jakieś spotkania na bazie przedwojennego Sokoła. Nie wiem jak to teraz zweryfikować, a wtedy nie miałem odwagi, no dobra, nie interesowało mnie to. Wujek ojca nie przeżył, kuzyn od strony mamy wrócił do domu. Dzięki czeskiemu kapo, który się potem ożenił z jego siostrą.

Ale nie o tym. Rodzina od strony dziadka naprawdę miała „opinię” w okolicach kalwarii, jak ujęła to jedna z dalekich ciotek w reportażu Polityki sprzed 20 lat, „żydowskiej”. I któregoś z licznych kuzynów, „po denuncjacji sąsiadów” (prawda czy nie?), naprawdę poddano eugenicznym badaniom w czasie wojny. Próbuję sobie to wyobrazić i nie potrafię. Co się wtedy robi? Zbiera kasę na łapówkę? Szuka dojść do wszystkich tych pomniejszych firerów, z którymi, niektórymi z nich, nie oszukujmy się, piło się piwo przed wojną albo i później? Leci do proboszcza? Pali dokumenty?

Skończyło się dobrze, w końcu to piszę. Dziadek nie trafił do Wermachtu, ale był w organizacji Todta. I trochę trwało, zanim wrócił z tej samej Westfalii, gdzie potem zmarł – ale przedtem pożył kilka lat dłużej niż miałby na to szansę, nie oszukujmy się, w transformowanej Polsce – do domu. Tam czekała kilkumiesięczna córka, czyli moja mama. Niecały rok później urodziła się moja najstarsza ciotka (autentyk, nie zmyślam!), aktualnie z mężem spod Lwowa emeryci w Zagłębiu Ruhry i oglądacze TVPInfo („bo nie mamy innych kanałów polskich, a to zawsze jakieś wiadomości i miewają rację”).

Może skończyło się źle? Nie siedziałbym, nie pisałbym tego, nie obserwowałbym kolejnej wojenki polsko-polskiej  – bo to jednak są przede wszystkim wojenki polsko-polsko – a do kanonicznej listy polskich ofiar wojny drugiej światowej, tak się składa, że zatwierdzonej przez Jakuba Bermana, tak tego samego, no więc do listy 6 milionów 28 tysięcy zabitych można by dołożyć 60 osób.

Przecież pisałem, że wtedy rodziny były duże.

Jeże życie

Tak naprawdę nie jestem prawdziwym jeżykiem. W tym momencie to nawet w ogóle nie jestem jeżykiem, co najwyżej jeżykiem możliwym, potencjalnym. Już starożytni całe tomy rozważań poświęcili problemowi istnienia jeżyka abstrakcyjnego i realnego, kwestiom tego czy słowo jest już ciałem, które jedynie czeka na obleczenie, czy czystą ideą, do której dopiero trzeba te ciało wynaleźć. Jakoś tak. Jeśli coś pomyliłem, to przepraszam, nigdy nie były zbyt dobry z filozofii. Zresztą jestem dość młodym bytem, liczę sobie dopiero miesiąc i nie należy ode mnie wymagać zbyt wiele. Ludzkie noworodki w tym wieku dopiero zaczynają cokolwiek widzieć, o myśleniu nie mówmy w tym miejscu nic, bo byłoby to cokolwiek kompromitujące dla tych bezkolczastych ssaków niby najwyższego rzędu naczelnych. Naczelników chyba.

Trochę się martwię, że jak już się narodzę, co może trochę potrwać, bo jakoś nie widzę wielkich chęci prokreacji w najbliższej okolicy, to pojadę do Polski. „Jak będziesz niegrzeczny, to pojedziesz do babci” tak to także u nas straszą nieodrosłe byty starsi koledzy i koleżanki, o wychowawczyniach nie wspominając. Jeżu, a Nasz Panie, to wszystko są bardzo miłe koleżanki, ale jak im podpadniesz, to nie ma zmiłuj. Z cudownymi uśmiechami wywołują do tablicy i zadają pytania na które ni chuchu nie odpowiesz. Widziałem prawie dorosłe jeżozwierze, które płakały w kącie i bały się iść w świat z takim świadectwem.

Chciałbym, gdy już się pojawię na świecie, by mnie ktoś pokochał jak Puciul swego Bałwanka. Swoją drogą biedny pies, ale mu się trafił własny człowiek do życia. Co to nawet nie wie, kiedy zmieniać opony, a kiedy nie. Ech. Nie żeby Puciul się skarżył, no nie?

Ale z tym, z tą miłością, będzie ciężko. Asia w ogóle nie zaczyna swojej roboty. Ani nie oliwi szydełka, ani nawet nie kupiła odpowiedniej włóczki. Resztkami co najwyżej spróbuje. Taboret też stoi na miejscu, zamiast stać do góry nogami, obwinięty sznurami kolorowej wełny.

Bo ja jestem potencjalnym jeżykiem szydełkowym. Ale jakoś tego nie widzę.

Jeszcze mnie wyśle Adasiowi.

To gorzej niż Polska.

Ten gizd nawet po ślunsku godać niy umie.

KASETA

Wiązałem mocno. Na całe dziesięć dziurek. Aż dziw że mi nigdy nogi nie amputowali po zdjęciu glana. Ależ gardziłem tymi, którzy kupowali wysokie martensy, niektórzy nawet czternastki, i zawiązywali najwyżej do siódmej albo w ogóle łazili po mieście jakby wyszli z chałupy w kapciach i szlafroku, sznurówki powiewały nad, wtedy nadal najcześciej asfaltowym, chodnikiem, jęzor też zwisał jakoś smętnie. Oczywiście moje hadeki to były najgorsze glany w historii Kochłowic albo nawet świata. Po miesiącu chodzenia zrobiła się w nich gigantyczna dziura powyżej stalkapy, żadna czarna jak w habicie ksiądz pasta nie pomagała, nawet podpalana i starannie wcierana. Że co, że powinien był wymienić na paragon? Pewnie powinienem. Ale kto o tym myśli w wieku nastu lat? Dziura, kolejny idealny powód, by użalać się nad swoim ciężkim losem niezrozumianego pechowca. Bo za geniusza się jednak nie uważałem. Wtedy jeszcze nie.

Wcześniej miałem adidasy z targu, ale przynajmniej całe czarne; na ledwie kilka lat starsze zdjęcia na których polskie metaluchy poganiają w dżinsowych katanach i białych tenisówkach patrzyliśmy jak na szkielety dinozaurów, nawet jeśli niektórzy z nich strasznie nam wtedy imponowali. Z takimiż czarnymi dżinsami i szarym kangurkiem mogłem być już metalem pełną gębą. Na swoim trzyblokowym osiedlu. Wyjazd do Katowic to była inna sprawa. Skomplikowana.

Czasem jechałem jednym autobusem z tymi samymi starszymi o rok dresami, którzy jeszcze w podstawówce mieli na mnie oko ze względu na – przyznaję że koszmarnie – zapuszczane włosy. Wtedy nawet jeszcze nie słuchałem metalu! Teraz kompletnie nie zwracali na mnie uwagi, na kanarów niewiele większą. W oczach mieli tylko jeden cel. Jechali na dworzec. Po kompot. Pierwszy umarł zdaje się najtwardszy z nich, etatowy drugoroczniak napakowany sterydami już w czasach, gdy nikt nie słyszał o kartach lojalnościowych na siłownię. Kilku z tego wyszło, nie tak dawno dwaj, bracia, układali kostki bauma, restrukturyzowali Polskę znaczy się, na osiedlowym chodniku. Nawet fachowo. I po znajomości.

Czy bałem się tych wyjazdów? Nie wiem. Szedłem z ciężko wyłudzonymi metodą na wnuczkami markami tak jakbym absolutnie miał jakiś ważny cel do zrealizowania. Może nie gaszenie pożaru, ale przynajmniej ściągnięcie kotka z drzewa. Wiele lat później pewien olsztyński kotek zemści się przeokrutnie za te wymysły, sikając do butów, niestety nie glanów. Ale to zupełnie inna historia. Sklep muzyczny, ten sklep muzyczny, znajdował się w bramie. Czasem stali tam różni kolesie, wszelkich subkultur zasadniczo. Nie ogarniałem, czy wszyscy też przyszli po KASETĘ, czy mieli jakieś interesy do zrobienia. Raz czy drugi chłopcy, bardziej dresowi niż licealni – ach ten sznyt licealisty końca lat 90., krwiożerczy miks Kazika z kolesiem z teledysku kokodżambo – oferowali tanie dresy adidasa, więc może o to chodziło? Kiosk tytoniowy obok był ich celem? Albo któryś z kantorów?

Teraz ten sklep jest w bramie, ale innej. Nie ma prawie kaset, nie bardzo wiem z czego żyje i bardzo dawno w nim nie byłem. Wiem tylko, że istnieje, bo czasem kupuję coś w antykwariacie – niezbyt tanim, ale też niedrogim i dobrze zaopatrzonym – tuż obok. Chyba istnieje, bo w antykwariacie też dawno nie byłem. Ale wtedy, przed laty, w starej lokalizacji, było to miejsce cudowne. I miało całą ściankę KASET z metalami, KASET LICENCYJNYCH, najpierw za parę złotych, a później już koło 20, tu inflacja zapieprzała bardziej niż przy planie Balcerowicza, i zawsze można sobie coś wybrać. I się wybierało.

Z reguły straszny szajs.

Perwersyjny gołymbiarz

Za oknem termometr pokazuje -10 stopni, w telewizji ostrzegają przed wichurami sięgającymi 80 km na godzinę. W taką pogodę lepiej nie wychodzić, no chyba że w ostateczności – do lekarza, na wybory albo po wódkę. Mimo to na pobliskim polu stoi młody mężczyzna, oczy mu łzawią, kropelki potu spływają po wyrazistej twarzy i zamarzają w kącikach ust. Ubrany w ciepłą sportową kurtkę wymachuje wielką żółto-niebieską flagą. Zlatują się do niego ptaki. Wygląda jak strach na wróble, obsiadają go jednak gołębie. Gruchają okrutnie, a kawałki ptasiego gówna wkręcają się w brodę. Mężczyzna klnie okrutnie.

***

Wiktor od małego nienawidził gołębi. Wywoływały w nim reakcję wręcz fizyczną, zwierzęcą, nieludzką. Nie był to lęk, bo kto by się bał tych latających szczurów, raczej  rodzaj pierwotnego atawizmu. Jakaś cześć jego mózgu, może ta gadzia, dostarczała enzymy do krwi i w kontakcie z gołębiem natychmiast okrywała jego ciało gęsią skórką. Wcale nie śmieszyła go ta ptasia gra słów. W okresie dorastania niechęć ta się tylko pogłębiła, jego bunt był powiem skierowany przeciw rodzinie i innym tożsamościowym obowiązkom członka najbardziej umęczonego narodu na Ziemi.

Jego dziadek albowiem był słynnym radzionkowskim hodowcą gołębi. Na ścianach kuchni, opalanej wielkim kaflowym piecem, wsiały dziesiątki dyplomów i laurów dla najlepszego hodowcy roku i regionu.  Z sufitu zwieszały się, na specjalnych hakach, truchła spreparowanych gołębich czempionów.  Jeden z pokoi był zamieniony na inkubator dla piskląt. Odkąd tylko Wiktor pamiętał, cały świat dziadka sprowadzał się do tych pieruńskich gołymbi.

A każde wakacje, aż do osiemnastego roku życia, kiedy się Wiktor w końcu zbuntował i pojechał na Mazury, spędzał z rodzicami właśnie u tego dziadka i całe dwa miesiące ciężko harowali. Nakarm gołębie. Wyczyść gołębnik. Zawieź ptaki do Poznania, bo muszą się wylatać! Od smrodu odchodów Wiktorowi robiło się niedobrze, co gorsza – mimo iż dzień w dzień szorował się do krwi, śmierdział ptaszyskami aż do października i inne dzieci w szkole się z niego śmiały. Nieprzespane noce, bo na godzinach miały wrócić gołębie z Kopenhagi. I żeby jeszcze stary coś z tego miał, jakieś pieniądze albo co. Nic. Nihil. Każdą złotówkę, każdą markę dokładał swym pupilom. Nad każdym padłym w wędrówce ptakiem płakał przez tydzień. Rozpaczał bardziej niż nad własnymi krewniakami, których pogrzeby opuszczał przed stypą, i księdza jeszcze poganiał, bo „musi sprawdzić czy mają wodę”.

Wiktor miał więc od małego konkretnie przejebane. Nawet na tych Mazurach, jak jedna z dziewczyn mu się w namiocie całkiem dobrowolnie rozebrała, znieruchomiał, proszę nie mylić ze stwardnieniem, i nie był w stanie zrobić ani jednego ruchu. Tak bardzo młodzieńcze, poruszane głębokim oddechem. pulsujące rozkosznym ciepłem piersi przypominały mu gołębie.

***

Dlaczego teraz stoi Wiktor, znowu proszę nie mylić ze stwardnieniem, no chyba że w bałwana, w zamieci i gorączkowo przelicza gołębie przed wpakowaniem do klatek?

Staremu dziadydze się zmarło. Nosił wory z ziarnem dla ptaków po stromych schodach i przepuklina nie wytrzymała. Dziadka operowano, podleczono i odesłano do domu, ale z kategorycznym zakazem noszenia ciężarów. Musiał więc zmniejszyć stadko do ledwie kilkunastu sztuk i tak mu się ckniło, takich żal ogromny na niego spadł, że z tej tęsknoty usechł jak niepodlewany fikus albo kaktus na pustyni. Przykro się wtedy zrobiło rodzinie, ale tylko na chwilę. Wszyscy już mieli dość tych dziadkowych fanaberii.

To jednak stary statecznie triumfował, zemścił się zza grobu. Zapisał dom Wiktorowi w spadku, „swemu ukochanemu wnusiowi” jak złośliwie stało w testamencie, „na gołębim  rosole odkarmionemu”, ale pod warunkiem, „taki był malutki”, że ten odbuduje hodowlę. Inaczej dom idzie cele charytatywne, Na aukcję. WOŚP. Próbowała cała familia zapis obalić, oszczędności szły na wybitnych prawników, interweniowano u posłów, wszystko na nic. Albo Wiktor gołębie będzie hodował albo fora ze dwora. Może sobie mieszkanie wynajmować albo niech się ożeni i kredyt weźmie, ale dom – przepadnie.

Do biura jeździ więc Wiktor otoczony znajomym, przez lata szczęśliwie nieobecnym, ptasim smrodem. Nie nadąża ze strzepywaniem piór z garnituru. Znowu czuje lęk przed koleżankami i wieczory spędza głównie w gejowskich klubach. Jak już nakarmi gołębie. Ale nie dał się całkiem złamać starcowi i planuje okrutną zemstę. Obgadał to już z kilkoma znajomymi Turkami. Są wstępnie zainteresowani.

„Prawdziwy Ślunski Kebab” to powinna być chwytliwa nazwa.

Stefan Alfons Miętoch „Trolejbus”

Kiedy byłem małym bajtlem, tak małym iż nawet nie marzyłem jeszcze o pisarskiej sławie i jakże zasłużonych, a wstrzymywanych przez Warszawę, laurach literackich, razem z rodzicami i młodszym bratem udałem się na letni wypoczynek do górniczego ośrodka na morzem. Będąc światowcem wychowanym w słynnym na cały świat zagłębiu węglowym nie ekscytowałem się ani samym morzem (w byle gliniance można pływać równie przyjemnie), ani plażami (w byle biedaszybie można znaleźć lepszy piasek), ani nawet wodolotami (byle przejażdżka ikarusem z Halemby do Katowic w zimowy wieczór to wyprawa bardziej ekscytująca), jednak moją dziecięcą uwagę przykuło najdziwniejsze z dziw. Nazywało się toto trolejbus i było, nie uwierzycie, było antyludzkim skrzyżowaniem autobusu z tramwajem. Stałem z otwartą buziuchną i wpatrywałem się tyleż oczarowany, co przerażony. Jakiż to zdegenerowany umysł geniusza wymyślił to szaleństwo?! Aż fater musiał mnie szturchnąć dyskretnie, bo stałem jak jakiś wiejski przygłup i tylko ślina kapała na asfalt.

Zawsze przypominam sobie tę, notabene elegancko opisaną powyżej, scenę kiedy muszą wziąć udział w dyskusji o Śląsku, Ślązakach, naszej przyszłości i jeszcze istotniejsze – przeszłości. Bo też jedni widzą w Ślązaku autobus, a inni tramwaj. A smutna prawda jest taka, że jesteśmy trolejbusem! Czas to w końcu powiedzieć głośno: Gurny Ślunsk jest krojcokiem, taki był prawie zawsze, taki jest i taki bydzie w przyszłości! Tu nie będzie żadnej rewolucji, powstania, rewolty i wolności. Tylko chytre czekanie na okazję i chowanie zegarków, podmiana portretów przed przemarszem kolejnej partii. Albo armii. Bo też czas i to ogłosić publicznie:  Za wszelką cenę musimy utrzymać narodową substancję w czasach postmodernistycznego dyktatu konserwatywnych wartości!

W tym miejscu opowiem pewną historię. Przez lata była to familijna tajemnica, przekazywana uroczyście w dniu osiemnastych urodzin kolejnego członka rodu. Mój pradziadek Achim wziął udział w kierymś powstaniu. Było tak. Polozł do szynku napić się biru z kamratami i spotkoł tam Lojzka od Szołtysków (Scholtysków) z jakimś Polokiem. Od słowa do słowa tak się zgadali, że będzie haja i może by opa, stary frontowiec spod Verdun, też przylozł? Popili chopy i rozeszli się do familoków. Trzy dni później zaczęło się. Dziadek wsiodł do bany, ale że mocno strachliwy był, jak to każdy rychtig czysty Ślązok, to dla kurażu sobie łyknął wiśniówki swego fatra pod 70% podchodzącej i go siekło. Swój przystanek przejechał, ale dwa dalej też się zbierał jakiś oddział. Starzyka tak zamroczyło, że zanim się rozpoznoł, że to landwera, już szoł na Anaberg bronić Świętej Góry. Zresztą z Paulkiem Nowokiem w drużynie. Ale strzelał ino w powietrze, na polską ewangelię swej matuli przyrzekoł, jak już wrócił do dom.

Spotkała go kara boska za tą nieszczęsną pomyłkę. Bo jednego syna wzięli z dwójki do Wermachtu już w 41 i zamarzł nad Donem, a drugiego tuż po wojnie komuniści zrobili sekretarzem. Opa siedzioł na ławce przed familokiem, tego samego w którym się rodził, haźlika i króle pilnował, i na kajzera Wilhelma pospołu z Gomułką mamrotał straszne bezeceństwa, choć od dawna rządzili już Kohl z Jaruzelskim, a diaspora śląska rosła w siłę w kopalniach Westfalii i fabrykach Nadrenii.

Dlaczego o tym wszystkim piszę, choć najwygodniej byłoby milczeć? Zbierać hołdy obu stron, co roku kupować nowe samochody, urządzać sesje fotograficzne nowym garniturom, czytać wnikliwe recenzje Krzysztofa Masłonia i ogólnie wieść światowe życie? Bo to mój hajmat, „bo tukej jest jak jest”, co głosi stara ludowa piosenka. No i przede wszystkim, może czasem najlepiej byłoby pomilczeć, ale jak mawiała pewna uznana klasyczka, której nazwiska akurat nie mogę sobie przypomnieć:

Owszem, tylko jakimi słowami milczeć trza?

Opowieść o prawdziwym człowieku

Pierwszy raz umówiliśmy się na dworcu. Dopiero wiele sesji później dotarło do mnie, że dojeżdżał z przedmieść, a nie bardzo miał pieniądze, by kupić sobie choćby kawę w jednej z modnych i straszliwie drogich knajpek w galeriach wokół. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, siedział więc na ławeczce przy bocznym wyjściu, a patrol sokistów zataczał wokół niego coraz mniejsze koła. Można powiedzieć, że uratowałem go w ostatniej chwili przed opresyjnym Państwem. Przywitaliśmy się mocnym, męskim uściskiem dłoni. Jego drapała bardziej niż papier ścierny. Już wtedy poczułem olbrzymie podniecenie.

Był idealny. Ciemny szatyn z tlenioną grzywką, w prawym uchu krzyż lotaryński. Bardziej czarne niż białe zęby, jednej górnej trójki już nie miał, choć taki młody. Druga trzymała się na słowo honoru. Ostrożnie filowałem na niego spod kaszkietu. Kiedy łapał moje spojrzenie, czerwienił się jak sztubak i natychmiast odwracał głowę. Rozkoszne podejrzenie rozgościło się w moim umyśle. Czyżbym był jego pierwszym? Czyżbym miał farta i na mój anons odpowiedziała, za przeproszeniem, dziewica? Tak odpłynąłem, że prawie rozbiłem wylizingowanego suva. Kierowca przede mną wyskoczył z samochodu gotów do czynów niegodnych cywilizowanego człowieka, dostrzegł jednak mojego pasażera i zaczął się wycofywać, mrucząc coś pod nosem. Pewnie adwokat, bo garnitur miał za jakiś tysiączek. Elegancik.

– Bij, smagaj mocniej! Niech powietrze wokół zapłonie. – Mój głos niósł się między ścianami kawalerki, wynajętej specjalnie do tego celu – Niech nie powstrzymuje cię otrzymane wychowanie i wrodzona dobroć człowieka z ludu. – Szeptałem, gdy jego ręka się wahała, a słowa obelgi zastygały na ustach. –  Bluźnij! Tak, bluźnij, wykrzycz swój gniew. – Ośmielałem się, w tym straszliwie pięknym zapomnieniu, przechodzić samemu na mowę potoczną. – Rżnij. Rżnij. Rżnij. Całe życie to ciebie w dupę pociskano, to się zrewanżuj. Niech twój gniew ruszy ruszy ruszy… – Brakowało mi tchu.

Mieszkanie było oczywiście fachowo wyciszone przez developera. Sąsiadów na schodach spotykałem rzadko. Prawie wszystkich znałem już zresztą wcześniej. Spotykaliśmy się w tych samych redakcjach przecież od lat. Niektórzy wchodzili na górę z krzyżem na plecach, inni brali rentę na oko. Kilku, ci najbardziej przebiegli jak teraz o tym pomyślę, już kilka lat wcześniej się oflagowało, skandując „Solidarność, Solidarność!”.  Urządzali tajne zebrania w lokalu nade mną. Nie oceniałem niczyich wyborów, nie śmiałbym. Sytuacja w branży zrobiła się trudna. Każdy orze jak może, a przysłowia mądrością i ucieczką ludu.

No właśnie. ten mój to był rzeczywiście prawdziwek. Pierwszy raz. Wstydził się i nie był pewny swych możliwości. Od dziecka nieśmiały. „Ale zawodówkę skończył” – Uniósł się na łokciu i gniewnie wydmuchiwał dym. W jego oczach czaiła się odwieczna duma, nie zniszczona przez stulecia złych rządów i dekady niemoralnych kompromisów, kiedy w przerwach leżeliśmy obok siebie na kanapie i paliliśmy. Ja kamele, on białoruskie slimy z przemytu. Nawet wtedy przepraszał – „Na lepsze mnie nie stać” i sięgał ręką po moje. Delikatnie je zabierałem. Uwierzcie, dałbym mu te kamele, wagonami całymi bym kupował, gdyby nie to, że wtedy by stracił część autentyczności, jego wiarygodność by się rozpadła. I tak musiałem redagować jego opinie, bo czasem, ale naprawdę tylko czasem, w jakichś ośmiu przypadkach na dziesięć, nie zgadzały się z moimi teoriami.

– Nic to, pisać trzeba. – Nasze, jak to mawiał, cygarety były już tylko kupkami popiołu, moja w popielniczce, jego na dywanie. Sam mu kazałem, musiałem zagrozić rozstaniem, oczywiście twarde wychowanie nie pozwalało mu choćby na takie malutkie i jakże powszechne w moim świecie świństewka. Ukrainka posprząta. – Dwa artykuły na ten tydzień mamy do skończenia, potem weźmiemy się za książkę.

Wybudzałem maka ze stanu uśpienia. On wkładał grube robocze rękawice, poprawiał waciak, zaczynał mnie obrażać werbalnie i walił niepranymi onucami po pysku. Działało cudownie. Kolejne rozdziały „Niedostrzeżonej rewolucji. Rok 2015 a społeczne aspiracje ludu w świetle myśli politycznej ostatniego polskiego romantycznego buntownika, czyli Jarosław Kaczyński i jego klasowa dobroć” pisały się same. Strój roboczy wpisałem sobie w koszty uzyskania przychodu. Z naszych burz mózgu tylko co drugie spotkanie, tak mi doradzono, by fiskus się nie przyczepił.

No i jak być inteligentem w tym kraju?!

Oberst

W osławionej Wojnie Poszetki Y Togi męstwem wykazywali się nie jeno tylko głównodowodzący obu armii, ale i pomniejsi herosowie. Było ich tak wielu, iż ich imion dziś nie pamiętają najtężsi kronikarze, zatarły się na tablicach pamiątkowych, jednak jeden z nich zyskał pośmiertną sławę na wieki. Bartoszcze, oberst I Podjazdowego Pułku Prawnego Ułanów Rybnickich, był atamanem szczególnie zajadłym, w kodeksach wszelakich wyuczonym i przebiegłym jak to ino polski Ślązak być potrafi.

Na tatarską modłę poruszali się bartoszczycy nagimi golfami. Ich zwinne małe autka pojawiały się znienacka. Ostrzeliwali wroga cenami transferowymi i nakazami, garnitury i togi rwali, jeńcami dla wykupu się nie obciążali i wracali na Ślunsk ze zdobycznymi Poszetkami oraz Długopisami, aż frelki stażystowskie wiwatowały w wejściach do kancelaryj. Dumnie pysznili się zdobywcy szarymi swemi dresami, a nad kolumną powiewał sztandar z Matko Piekarsko i haftem ozdobnym: „Jezdeśmy tukej tolerancyjne. Nie chcesz być Hanysem, to wydupcej. Ja?”.

Były to więc oddziały lekkie, dzielne w boju otwartym, sprawdzały się i w oblężeniu. Z biurkowych okopów posyłały pozwy i knuły kontrpozwy, przede wszystkim wiodły jednak dwa nagie kodeksy z zachodniej pomocy. Przeszmuglowane w paczkach słanych przez familię i urząd kanclerski, na miejscu złożone według wskazań Insktrukcyji w języku szwedzkim, stanowiły najtęższy w Tem Kraju zbiór praw rzymskich i stanowionych. Przed pierwszem bojem młodzi adepci Prawa lali własną krew z dziąseł, ziarnami kawy Woseby poranionemi, na nie i przyrzekali do śmierci, „noszej lub ichniego państwa”, Praw owych bronić.

Sam watażka mężem był postury szacownej, bynajmniej nie łysy, gruby albo rudy. Wąsa zakręcał albo i nie zakręcał, zależnie od humoru i prowadził swe oddziały kondotierskim iście zmysłem. Bo też plotki się po całej historycznej Kraynie Polskiej niosły, że na dwie strony zawsze gotów jest pracować, że zgodnie z odwiecznym sposobem swych starzyków ani Radcowie go nie hańbią ani Doradcy nie szromoczą, a ino po równemu gnębią i ducha pomniejszego między Cieszynem a Opolem zabijają, ślunskiego ducha wielkiej wolności i wiecznej miłości. I nadejdzie taki to Dziyń, w kierym kraina owa na pełną Niepodległość się wybije, z kasztanki z fiutem Dziadka ściągną i rzeczonego Bartoszcze odleją po nowemu, w stroju lipnickim najpewniej.

Nie dziw więc, że na miejsce Bitwy Ostatecznej się spóźnili ślunscy ułankowie, a nie bardzo po dziś wiadomym, czy wesprzeć mieli Bractwo Togi czy Hordę Poszetki. Kalumnią szkaradną jest jednak twierdzenie, iż pospołu z mazowieckiem chłopstwem mieli truposzki na polu bitwy z laptopów, wiecznych piór i kluczyków do opli obdzierać. Brali ino punkty szkoleniowe, hurtem jak leci, z każdego kursu możliwego do zrobienia, takiż to chytry jest naród. I dowódcom obu Frakcyj hołd oddali pośmiertny, choć Oni takoż byli ze sobą splecieni, że poznać się nie dało, gdzie kończy się Piekarz, a poczyna Mlaksis. Wspólnie ich plastykowym, tyle to przeróżnych obudów spod pługa latami wyłaziło, kurhanem przysypano. Punkty więc Hanyskowie pozbierali i chyżo wrócili na Ślunsk, tym razem bez fanfar witani. I awanse wielkie poszły po prokuratoriach i sądownictwach całej Wielkiej Polski, a Bartoszcze chytrze tylko wąsa podkręcał albo i nie pokręcał. Nie wiadomo.

Ale i jego w końcu Prawodawstwo dopadło, kiedy to Pisarczyka pewnego skromnego o potwarz oder szczucie pozwał, łącznie z wykorzystaniem wizerunku ponadto i pewien swej mocy w katowickiej prokuratorri do sądu się stawił. Tam go minister  dobry Y najmiłościwiej nam panujący Zbyszko szczęśliwie paragrafami pogonił. Do anzla. Co yno zwiększyło legendę Bartoszcze w pewnych kręgach i przyniosło słynnemu hersztowi chorobę popromienną od uranu tajemnie na Szombierkach wydobywanego przez nieewidencjonowanych więźniów.