Mroczne Dni w Pandamonium zTortem Niebyłym w Tle

– Bardzo się cieszę, że udało się tutaj wszystkich państwa zgromadzić. – Hercules Poirot  stał w pośrodku apartamentu, z wielkich okien wpadały do środka promienie lutowego słońca. – Muszę przyznać, iż była to jedna z najtrudniejszych spraw w mojej karierze. Od początku nic się nie zgadzało i – Poirot zawiesił głos – wszyscy z państwa kłamali na potęgę. I pan, panie Kubo – Słynny detektyw zwrócił się do mężczyzny w więziennym pasiaku i całkiem okablowanego – i pani, pani Asiu – Dziewczyna na kanapie wyraźnie się zarumieniła – a nawet Ta z Niebieskimi –  To z kolei dziewczynisko przewróciło błękitnymi oczętami i szepnęła coś na uszko przecudownemu białemu pieskowi trzymanemu na kształtnych kolanach, który wyszczerzył drobne zębiska – o panach Rapierze oraz Dukacie nie wspominając. – Poirot na wpół żartobliwie pogroził palcem obu skonfundowanym młodzieńcom. Prawdę mówił tylko pan Adas, choć przesłuchanie jego, z wiadomych państwu przyczyn, było zadaniem szczególnie nieprzyjemnym, wymagającym specyficznych umiejętności i sprzętu wspinaczkowego. Rozsypane kakao na kafelkach w  kuchni – Belg znowu podniósł głos – skorupki po orzechach włoskich w śmieciach, a nawet ślady czekolady na powabnych usteczkach – Poirot ukłonił się obu paniom – miały na celu zmylenie mnie, największego detektywa wszystkich czasów. A prawda, pisana przez duże Pe, była zawsze jedna: żaden tort nigdy nie istniał i  był tortem jedynie potencjalnym!

****

Obiektywny narrator siedział na swoim drzewie i, najpewniej z tego głodu, siedział w  końcu na mrozie już prawie trzy tygodnie, a ile można żyć na deszczówce i przemarzniętych orzechach, zwidywały mu się przeróżne rzeczy, w blasku świtu widział mianowicie oświetlone na różowo pandy wielkie, które są zwierzakami niezwykle uroczymi z wyglądu, ach te ciapki, ale z charakteru i na skutek bambusowej diety wrednymi podobno straszliwie, i te pandy, każda z osobistym pędem w buziuchnie przepięknej, wypatrywały czegoś z Zachodu, siedząc na drzewach najwyżej jak się da i porozumiewały się jakoś tak po pandziemu, a obiektywny narrator o dziwo wszystko rozumiał, i mówiły, te pandy ostrzegały się wzajemnie: O idą, nie dajmy się, walczmy, Ninje PółPolki są do pokonania, a wojowniczki bezszmerowo zeskakiwały z latających fortepianów i spoglądały na pandy wielkie, te nieszczęsne stawały się pandami małymi, tak bardzo dygotały, a Ninje, jak to ninje, malowały usta krwiście czerwonymi szminkami i krzyczały: Złazić z tego drzewa natychmiast!

****

– Panie, a co oni tam nieśli? – Grzecznie i już wiedząc, spytał siwowłosego ratownika medycznego staruszek w eleganckim, naprawdę, to nie jest chwyt retoryczny, płaszczu, na co ten – dotychczas rozprawiający z dużo młodszym kolegą o sposobach na kaca i ze swadą diagnozujący tkwiących w kolejce pacjentów – poważnie skinął głowę. Obiektywny narrator może nie zlazł z drzewa, ale na pewno wyparował z moich myśli. Panie, czekające na ławeczce obok, przeżegnały się i po krótkiej rozmowie o przyzwoitości i moralności – muszę przyznać, że i mnie przeszedł zimny prąd po plecach – zaczęły się dzielić zdjęciami swoich wnuków wgranymi w pamięć niezbyt nowych modeli komórek. Najsympatyczniejsza, najbardziej żywiołowa z nich rozpoczęła i zakończyła licytację:

– Pięć tygodni tu ma. Pięć miesiecy.

– Ładny chłopczyk. Już pięć miesięcy?

– A nie, urodził się w piątym miesiącu. Był taki jak moja ręka. 68 deko.

Rozmówczynie mądrze pokiwały głową.

– Przyjmowała ta Żydówka, wie pani?

– A tak. – Rozpromieniła się najmłodsza, najpewniej córka drugiej ze starszych pań. – 70 lat ma, nadal na oddziale. Naszego też ona.

Mama szturcha mnie w bok.

– 70 lat. A to była taka piękna dziewczyna. Rzeczywiście ciemna, ale piękna.

Szczęka opada w dół.

– To ona mnie…?

– Nie, ale badała i w ogóle załatwiała, ten oddział nazywano szwedzkim, bo sprzęt ściągano z zagranicy.

– 680 gram?

Aż wyszedłem się przewietrzyć. Jednako dobrze, że się bardziej nie pospieszyłem. Osiemdziesiąty drugi to nie taki zły rocznik. Chyba. Ile anegdotek na stanie!

Wojennym.

Reklamy

Stefan Alfons Miętoch „Tramwaj”

Kontynuując cykl błyskotliwych notek z podróży w czasie i przestrzeni, roboczo nazwany przeze mnie ” Komunikacja publiczna”, muszę wyznać, iż czasem zdarza mi się korzystać, tak, nawet mnie, ślunskiemu inteligentowi w drugim pokoleniu, żyjącemu na adekwatnej stopie majątkowej, mianowicie zdarza mi się korzystać ze śląskiej komunikacji publicznej, ze szczególnym uwzględnieniem tramwajowej Dziewiątki i bardzo sobie chwalę obecne przedłużenie czasu ważności biletów, bo jako uczciwy obywatel nigdy nie zapominam skasować biletu, no i trochę z lęku przed kanarami, szczególnie od czasu gdy […], teraz mogę to zrobić na jednym bilecie, dojechać, nie muszę się wykosztowywać na dwa, i dlatego też, kiedy mercedes mój jest w naprawie albo muszę objechać kilka autohauzów w poszukiwaniu nowszego modelu, korzystam z komunikacji miejskiej KZK GOP – to zabawne, ale ich budynek mieści się tuż przy autostradzie – ze szczególnym uwzględnieniem słynnej na cały region, przącej naprzód po tramwajowych szlakach Wielkiego Ślunska i nieodmiennie dzielnej Dziewiątki.

Podróż taka jest wielce kształcąca nie tylko dla pisarza, którym cały czas niezmiennie pozostaję, ale i dla człowieka w ogólności, pozwala choć na moment zanurzyć się w prawdziwym życiu i iluż to ciekawych ludzi można zaobserwować, szczególnie na trzyprzystankowym odcinku Wirek Plaza-Chebzie Pętla i poczuć, takoż i węchem, wspólną więź ze współobywatelami, którym powiodło się w życiu jednakże trochę mniej, a jakie dialogi się słyszy i zapamiętuje do przyszłej narracji, ileż to wniosków ostatecznych da się wyciągnąć spoglądając choćby na buty, bo to nasze obuwie najwięcej mówi o nas samych, o człowieka kondycji społecznej i, przede wszystkim, moralnej, i o ile kurtką, zwłaszcza w zimie, obserwatora czasem może i oszukasz, to butami absolutnie – nie.

Ja osobiście o moje buty dbam tak jak o mercedesa i nigdy nie noszę sandałów ani nawet mokasynów, jedynie solidne buty sznurowane, choć muszę przyznać, iż po zakupie zawsze proszę miłą panią ekspedientkę, by mi je zawiązała na stopie, mocno, na podwójną pętlę i jak ściągam – buty z nogi, nie sznurówki – to oczywiście nadal związane, bo w kluczowym i cokolwiek traumatycznym wieku przedszkolnym nie udało mi się do perfekcji opanować trudnej sztuki wiązania z jedną pętelką, a z dwóch pętelek zawsze się rozwiązują, tak więc butów używam dopóki się nie rozwiążą, wkładam i ściągam z pewną taką ostrożnością, ale i tak kiedyś zawsze się rozsupłują i wtedy kupuję nowe buty, a stare, choć nadal jak nowe, tak o nie dbam, wrzucam do pojemnika na odzież używaną, niech idą – cóż za gra słów – gdzieś w Polskę.

Przez takie to rozmyślania bardzo późno dostrzegam w Dziewiątce konkurencję, mężczyznę w moim wieku, acz znacznie przystojniejszego i sympatyczniejszego, sznurówki elegancko zawiązane, nieobciążonego zapewne spuścizną odwiecznej chwały Gurnego Ślunska, który też aż uszami strzyże na rozmówki naszych wspólnych, jego i mnie, współpasażerów, a co usłyszy to od razu klika w telefon i wstukuje, wysiadamy o dziwo na tym samym przystanku i on widząc mnie podchodzącego aż blednie – czyżby rozpoznał? – i słyszę jak mówi, on mówi do mnie tak: – nie pierdolnij mnie, proszę, nie pierdolnij, na co odskakuję jak oparzony, bo jaki to ja muszę mieć teraz zdziwiony wyraz twarzy, że aż tak głęboko na mnie spogląda, jakbym był bohaterem rosyjskiej powieści albo może radzieckiej, czy wyglądam na chachora albo Ondraszka?, chcę tylko porozmawiać i słyszę dźwięk ptaszka z twittera i już rozumiem, że wygrał kolejnego flejma, i wtedy odwracam się i odchodzę uspokojony, a muzyka ze słuchawek wpierdala się we mnie i buszuje we mnie, siejąc spustoszenie, piosenka (to) Der Oberschlesien.

Czy elektryczni Polacy śnią o wyrozumiałych konkudentkach?

Wszystkim moim piździelcom

– No już już. Na scenę. Biegusiem – Podstarzały konferansjer o wąsach przystrzyżonych co do milimetra nad zaskakująco grubą wargą, która nadawała mu wygląd nosorożca, choć ogólnie był wątłym mężczyzną o cokolwiek zniewieściałych ruchach, poganiał dwoje ostatnich występujących, młodą dziewczynę o nadmiernej ilości tapety na twarzy i pięciocentymetrowych tipsach oraz bladziutkiego chłopaka w podrabianym dresie. – Ruchy ruchy.

Blady, pomniejszy bóg, nigdy by nie przypuszczał, że to właśnie ten numer będzie ukoronowaniem całego show, gwoździem programu wywołującym każdorazowo euforię na widowni. Młodszym dzieciom ojcowie zasłaniali oczy, matrony mdlały, a ich dorastające córki wrzucały na arenę najintymniejsze części garderoby.  No cóż, może się nie znał za bardzo na sztuce, ale naprawdę nie uważał, by robienie i sprzedaż kebaba w milczącej obecności palącego w słowiańskim przykucu młodzieńca, było aż taką ekstrawagancją. A tu waliły tłumy. Co prawda ze swoich czasów pamiętał całą kwestię bardziej banalnie. Kup, zjedz, spierdalaj. Absolutnie nie kojarzył, by wtedy konsumpcja, nawet najostrzejszego, kebaba kończyła się spaleniem budki, co wiernie odtwarzano na scenie każdego wieczora.

Miał fajrant na dziś. Swoje dwa występy odbębnił, mieli pozostać na miejscu przez jeszcze przynajmniej tydzień, więc nie trzeba było zbierać całego żelastwa i ładować do wozów. Siedział razem z Billym The Dzieciakiem i popijali Harnasia. Piwo było okropne, rozwodnione i zajeżdżało żubrem z probówki, ale jako pracownikom sprzedawano im je za połowę ceny. Do ogłupienia dobre i to, pomyślał Blady, który, nie ma co ukrywać, był wyraźnie pod kreską.

I tylko dlatego przyjął tę robotę. Cały hajs wydał na dziffki i koksy – tak mówił znajomym, o renomę trzeba dbać! kasa poszła na dofinansowanie kilku domów rozkosznej starości i lekarstwa dla sierotek z Neptuna – a jego słynny Kosmiczny Kombajn nie przeszedł przeglądu i stał uziemiony w garażu. Nawet kolekcjonerskie pierwsze wydania Kalibra, Paktofoniki i Kamila Pivota znacznie straciły na wartości, kiedy te złodziejskie chujki z Marsa wypuściły wypasione reedycje. Z bonusami i hologramem Magika. Tadziem jak żywym.

– No i piździelcu rozumiesz jaki byłem wtedy zajebisty i wszystkie jadły mi z ręki, więc piździelcu rozumiesz, że nigdy nie myślałem, że skończę w takim miejscu, taki był ze mnie słynny na dzielni bałamut – Blady naprawdę lubił Dzieciaczka, i wybaczał mu wiele, nawet fascynację Myslowitz, na który zespół to moda po wielu stuleciach wróciła w całej galaktyce, zresztą nie miał sumienia mu wyjaśniać jakim, no, piździelcem był zawsze Rojek na Offie, rojek komarów gryzł każdego w tych Katowicach każdego lata, potrafił być jednak Dziecie męczący ze swoim muzycznymi fascynacjami i uchem absolutnym. Nie lubił wyjaśniać jak tu trafił, ale wybuch tamtej planetoidy to nie była jego inżynierska wina, zarzekał się zawsze po drugim piwie. – Alias, cicho. Konkudentka dzwoni. – Dziecie natychmiast wytrzeźwiał i stanął na baczność przed telefonem.

Alias. Takiego używał tu aliasu. Szukał więc roboty i jeden znajomek skierował go do jednej korporacji. Harold Corporation. Miał cichą nadzieję, że to sam stary mu wybaczył i w końcu go przyjmie, ale w biurze był tylko jakiś przemądrzały wyskrobek w okolicach trzydziestki, w garniturze wartym ze dwie planety w układzie neosolarnym i w butach z zagrożonego wyginięciem wyjca z mgławicy uranalnej. Złamas z niesmakiem spojrzał na jego luźny ubiór chłopaka z plaży i objaśnił zadanie.

To on? A może tamten? Naprawdę lubił Dziecia i wolałby go… nie uszkadzać. Już prędzej Adasia, przemądrzałego piździelca, coś udzieliło mu się to całe piździelenie, o daleko posuniętym łysieniu plackowatym, mordzie niedojrzałej śliwki i zapachu niemytego kibla, ciągle skrobiącego jakieś głupoty w pamiętniku, który nosił zawsze przy sobie. [W tym miejscu obiektywny narrator musi zaprotestować. Wygląd Adasia nie był absolutnie jego winą, a i mył się on codziennie, i to perfumowanych mydłem, jednak trudne warunki pracy pozostawiały ten przemożny cyberzwierzęcy fetor.] Mieli dwa wspólne numery. W jednym jako polscy bohaterowie narodowi obciążali się ku uciesze publiki teczkowymi kwitami,  obrzucali stekiem obelg, kalumnii i donosów, w drugim odtwarzali realia życia na popegierowskiej wsi na Wielkiej Prerii wczesną wiosną i Adaś, ten przemądrzały piździelec, wisiał do góry nogami, a Alias, dokładniej to przecież Blady z wirtuozerią, wyuczoną przed wiekami, go oskórowywał, przy milczącym współudziale komicznie przerażonego Dzieciaka. Publika wyła. Fragmenty skóry można było potem kupić w sklepie z pamiątkami ze specjalnym certyfikatem potwierdzającym autentyczność.

–  Znajdź ich. Znajdź te faken androidy, które uciekły nam z hodowli i ukryły się w Polskim Cyrku Kosmicznym. – Powiedział wtedy ten fajnokosmita z 34 piętra i rzucił na stół zaliczkę. – Więcej dostaniesz jak przyniesiesz ich procesory, niuchaczu. Tylko… mają wgrany polski program, uważaj. Oni są zdrowo pierdolnięci.

Blady skrzywił się, ale nic nie powiedział. „Gdyby ten biedny chłystek z dyplomem Harvardu mógł cokolwiek wiedzieć o Polakach” – pomyślał i tylko naciągnął czapkę z Biggim głębiej na czoło.

O psie, który płynął pontonem

Mroczna tajemnica Atlantyku

Na wodach terytorialnych Republiki Zielonego Przylądka [afrykańskiego państwa leżącego na kilkunastu atlantyckich wyspach  – przyp. ads] odnaleziono tajemniczy ponton z szokująca zawartością.

HMS „Lafirynda”, statek straży przybrzeżnej, natrafił na niewielką jednostkę podczas rutynowego patrolu. Czterometrowy ponton, dodatkowo wzmocniony pasem plastikowych butelek,  skrywał ludzkie szczątki i dwie beczki kremu do opalania. Pośród sterty obgryzionych kości warował mały biały piesek nieznanej rasy.

Czy kiedykolwiek zostanie wyjaśnione jaka tragedia kryje się za tą tragedią?

Nowe doniesienia w sprawie atlantyckiej tragedii

Znalezione ciała należały do rasy kaukaskiej, a piesek, jedyny żywy rozbitek znaleziony na pontonie, wabił się Puciul – Donoszą śledczy z miasta Praia, stolicy Wysp Zielonego Przylądka.

Rodrigo de Sosa, szef sił policyjnych Zielonego Przylądka poinformował o wynikach wstępnej sekcji zwłok znalezionych na dryfującym po Atlantyku pontonie. Należały one najprawdopodobniej do Europejczyków, jednego mężczyzny i dwóch kobiet, Bliższe szczegóły zostaną podane w przyszłym tygodniu.

Na obróżce uratowanego czworonoga znajdował się napis PUCIUL. Trwają badania lingwistyczne mające na celu ustalenie języka z jakiego pochodzi ta nazwa.

Pamiętacie Puciula, bohaterskiego pieska odnalezionego na Atlantyku? Wydobrzał i ma piękny uśmiech w ekskluzywnej sesji z Bałwankiem! [DUŻO ZDJĘĆ]

Niespodziewany zwrot w sprawie Puciula i Pontonu Grozy. Pasażerowie byli POLAKAMI?

…skontaktowaliśmy się z małżeństwem R., młodym małżeństwem z Poznania spędzającym urlop w pobliskiej Ghanie. O sprawie Puciula nic bliżej nie wiedzą, ponieważ dziś jeszcze nie wchodzili na Facebooka, ale potwierdzają, iż da się na całym kontynencie wyczuć atmosferę niechęci do Polaków jako rzekomych sprawców tragedii Puciula, a rano służąca spóźniła się z podaniem śniadania o trzy minuty. Jest dowód nie tylko niechęci do Polaków, ale i „słynnej murzyńskiej niedbałości oraz lenistwa” – co potwierdza pan R. i dodaje, iż „absolutnie nie jest rasistą, bo niektóre Mulatki są przecież absolutnie przepiękne”.

Marsz w obronie honoru Puciula przeszedł dziś Alejami Jerozolimskimi

„Włóż szorty i sprowadź Puciula z powrotem”  – Z tego typu transparentami i pod hasłem „Puciul. Polski bohater” protestowano wczoraj pod Pałacem Prezydenckim, wzywając prezydenta do szybkiej reakcji na kryzys polsko-zielądkowy.

Adalbert Ślimaczyński rzecznik prasowy organizatora marszu, Polskiej Partii Prawdziwie Narodowej wezwał władze polskie do jak najszybszej repatriacji „psa bohatera i szczątków poległych pod prażącym słońcem równika Polaków”. Zarzucił ministerstwu spraw zagranicznych niekompetencję i bezradność, a premierowi bezczynność.

Policja liczbę demonstrantów szacuje na 15 000, ratusz na blisko ćwierć miliona. Albo na odwrót.

Kryzys Przylądkowy zawyży cenę broni sprzedawanej Polsce  przez Stany Zjednoczone? Nasza rozmowa z EKSPERTEM.

Kolejny niespodziewany zwrot w Historii Puciula? Ponton płynął pod flagą… piracką?

Międzynarodowa komisja powołana do zbadania katastrofy pontonowej wiąże atlantycką tragedię z licznymi zniknięciami statków na trasie od Rotterdamu do wybrzeży zachodniej Afryki. – Nieoficjalnie informują źródła zbliżone do komisji, co nieoficjalnie udało nam się potwierdzić w dwóch osobnych źródłach.

Polscy badacze uczestniczących w pracach komisji od wczoraj nie udzielają wywiadów.

Według wstępnych ustaleń rejs pontonu trwał przynajmniej pół roku i na jego trasie zniknęło w tym czasie przynajmniej osiem jednostek pływających, w tym dwa jachty, jeden statek wycieczkowy i przynajmniej dwa supertankowce.

(…)

Modus operandi załogi pirackiego pontonu nie został jeszcze potwierdzony, ale najprawdopodobniej wykorzystywano Puciula do odwrócenia uwagi statku abordażowanego, łupiono, a następnie topiono  ze wszystkimi ludźmi na pokładzie.

Pretoria-Warszawa, wspólna sprawa

Tzw. Afera Puciula po raz kolejny pokazuje, że Polska na całym świecie może liczyć tylko na siebie. Z całego świata, cywilizowanego, i nie bójmy się użyć tego stwierdzenia, cywilizowanego mniej, wyrazy wparcia dla bohaterskiej, choć uwikłanej w bolesną historię, załogi polskiego pontonu, wyrazy sympatii i próba zrozumienia, płyną jedynie z Republiki Południowej Afryki, a dokładnie od burskiej, prześladowanej i białej mniejszości, tego państwa. Co jak co, ale oni od pokoleń wiedzą, ile wysiłku wymaga samo przetrwanie pod prażącym słońcem tego straconego kontynentu, o jakimkolwiek wsparciu kulturowym – i kulturalnym – nie wspominając.

W tym czasie w Polsce, zwłaszcza w pewnych dobrze znanych kręgach z okolic ulicy Czerskiej, trwa kampania nagonki na płynących pontonem Polki i Polaków jako przedstawicieli całego narodu, a przecież byli oni jedynie kryminalnymi wyjątkami od heroicznej reguły. A i to, powtórzmy, trzeba jeszcze dopiero ustalić. Tragedia licznych statków, niepotwierdzona dotychczas w sposób jednoznaczny i przekonujący przez obiektywnych badaczy, nie jest absolutnie kwestią zerojedynkową, nawet jeśli mieliby dokonać jej płynący rzeczonym, choć też głęboko symbolicznym,  pontonem. Postawmy się na ich miejscu, wycieńczonych i spragnionych, natykających się na statek wycieczkowy, pełen bogatych, sytych i bawiących się turystów z Zachodu, a tuż obok , na pontonie, trwa wyniszczająca walka o przetrwanie. Zresztą ich, znaczy się turystów, zatopienie nie jest naprawdę niczym szczególnym w dziejach, od pierwszego neandertalczyka który wsiadł na kłodę obaloną piorunem i przepłynął zatokę, na dnie morza spoczęły miliony jednostek morskich, a każdego toną ich dziesiątki, często z całymi załogami.

Dlatego należy mieć nadzieję, że rząd, jeśli to nadal nasz rząd, absolutnie się nie ugnie przed głosami wzywającymi do uśpienia Puciula! Inaczej już zawsze będziemy musieli usypiać nasze psy na żądanie każdego innego państwa. Nawet Madagaskaru. Wyspy, która do dziś nie odpokutowała za tragedie drugiej wojny światowej, a dziś odważa się stawiać żądania nam, Polakom. Milionom Polaków.

Orzechy, tort i ja

Siedzę na drzewie.

Na dole biegają dwa wielkie wilczury i wyją do księżyca, no i do mnie, a ja mogę mieć tylko nadzieję, że ich właściciel wyjechał albo zapił wczoraj i się bestie zmęczą, a ja wykonam szybki sprint do furtki i odgryzą mi może tylko kawałek łydki, a nie zeżrą w całości, no i ufność posiadam niewielką, że są regularnie karmione, wyglądają w tym świetle lunatycznym nawet dość schludnie, a ich właściciel zapił się góralskim bimbrem albo jugolską śliwowicą, a nie polską wódką sklepową, bo wtedy mam naprawdę scrawed up, znaczy się, przejebane.

Jak się znalazłem w tej sytuacji?

Ano jestem słynnym pisarzem i niespotykanie spokojnym człowiekiem, który jednakże czasem ulega koszmarnym literacko-towarzyskim naciskom i potem musi za to ciężko odpokutowywać. Co rusz, wiedziony własnym intelektem i ciekawością świata, ładuję się w przeróżne awantury, które finalnie kończą się z reguły właśnie na jakimś drzewie, mniejszym albo większym. Czasem z nich dyndam na sznurze, czasem tylko siedzę i czekam na ratunek.

O dziwo nie podpadłem tym razem poszetkarzom ani nawet togarzom, nawet to nie słynny samozwańczy władca Wielkiej Prerii wpędził mnie na to akurat drzewo. Choć dla metaluchów i kopalnianych gnomów jest on zaiste okrutny, to tym razem nie ma absolutnie nic wspólnego z tą historią, choć pewnie zaraz zgłosi się po atencję i będzie biednego pisarczyka, znaczy się oczywiście mnie, wyśmiewał. Wróg przestraszny mnie na ten to biologiczny wykwit natury, mam nadzieję, że zdrowy, bo coś nie ufam najbliższej gałęzi, a jednak nie chciałbym spaść na ziemię…

Chyba mi się przysnęło, ale jakże dobry to był sen. Śniło mi się mianowicie, że przyleciał SuperPuciul i powiewając fantazyjnie peleryną, szczekaniem odegnał te dwa potwory spod drzewa i mogłem dostojnie odejść do domu, a on, znaczy się SuperPuciul, mrugnął do mnie okiem, wyszczekał przeprosiny za swego własnego człowieka i odleciał ratować świat gdzie indziej. Bo to, no w połowie, tenże to człowiek wpędził mnie to drzewo, orzech mianowicie włoski. Druga połowa jest równie urocza w szantażowaniu i teraz siedzę na tym drzewie, czy muszę przypominać, że to orzech włoski?, i czekam aż się te pieseczki na dole zmęczą albo zaczną coś uprawiać. W ostateczności może być seks.

By nie ulec zmęczeniu i zasnąć ponownie, inkantuję przepis magiczny pod nosem. Weź osiem jajek i oddziel żółtka od białek. Miksuj osobno z cukrem pudrem, proszkiem do pieczenia i wymieszaj ręcznie, tak by powietrze cały czas dochodziło, sukcesywnie dosypując 300 gram orzechów. Wlej do natłuszczonej i posypanej tartą bułką tortownicy, piecz do skutku i już masz spód torta. Orzechowego.

Właśnie o te orzechy poszło.

Już już brałem się do pieczenia tego tortu, tak bardzo mnie sterroryzowano na pewnym portalu społecznościowym, że nie tylko obiektywny narrator nie nadążał z opisywaniem stanów mojego lęku i niepokoju wewnętrznego, ale nawet ja sam nie dawałem rady, że jednak postanowiłem go ukręcić, znaczy się ten tort, a nie sprawę, choć ją w sumie też (język polski ma tyle ograniczeń, bo pomyślałem to w jednej sekundzie, a opisanie zajmuje mi znacznie więcej czasu [jeśli czas w ogóle istnieje jako taki, a nie jest tylko abstraktem znudzonego boga albo podrzędnego filozofa]), a potem przełożyć kremem czekoladowym (dwie kostki masła, cukier puder, cztery jajka i na koniec ile wlezie łyżek kakao [miksować do uzyskania jednolitej, jedwabistej powierzchni]) i wtedy się okazało, że w domu nie mam żadnych orzechów.

No przecież nie będę kupować, jeszcze nie zwariowałem! Nawet szantażowany nie dam pięciu dych za cholerny kilogram cholernych orzechów. Na raub pójdę, ot co! No i poszedłem. No i okazało się, że zimą na drzewach nie ma w ogóle żadnych orzechów ani innych owoców, a niby mamy globalne ocieplenie, szach mat lewaki, to wszystko jakieś olbrzymie nieporozumienie, to jeszcze tego zdziczałego sadu pilnują dwa wielkie psy.

Choć w sumie mogą to być bordery, a nie wilczury, jak tam/tak im się bliżej przyglądam.