Pakt

Tak naprawdę to chyba nie wierzyłem, że to naprawdę był on.

Rzeczywiście musiałem się wybrać za miasto, pomaszerować na rozstaj dróg, Mijały mnie ciężarówki z węglem, służbowe kie przedstawicieli handlowych i konie. Serio. W pobliżu była szkółka jeździecka i nastoletnie panny spoglądały na mnie z wyższością. Kuliłem się w atawistycznym odruchu, bo w rękach miały nahajki i wyglądały na rozmiłowane w tego typu przygodach. Panny narodzone już w dwutysięcznych, co  wiedzą o życiu? Polska i je zgnoi, pocieszałem się w duchu.

Stał pod ogłoszeniem „Tani pracownicy” i pilniczkiem czyścił równo przycięte paznokietki. Wcale nie wyglądał jak go sobie wyobrażałem, nie miał ogona ani krzesał iskier kopytami. Zmęczony czterdziestolatek w tanim garniturze i rozpiętym płaszczu z sieciówki. Wory pod oczami, przerzedzona czupryna, dwa zęby na pograniczu czerni – pewnie pracownicze ubezpieczenie nie obejmowało dentysty.

Nie musiałem niczego podpisywać własną krwią, a strasznie się tego bałem. Nienawidzę igieł i pewnie dlatego wiodę tak nudne życie, bez żadnych stymulantów, i dlatego musiałem przespacerować się na to skrzyżowanie. Strasznie pizgało jesienią, w sumie był już październik. Cyrografu też nie było, musiałem jedynie podpisać cały stos dokumentów, w tym najnowszą dyrektywę o RODO. Przybił pieczątkę, oddał kopię i już mogłem iść. Jak osioł nie potrafiłem odejść, tylko przez następne pięć minut próbowałem smoltokować, wiecie, by dać do zrozumienia, że to były moje warunki i dobrze się czuję z naszą umową. Chyba nawet ziewnął, kiedy odszedłem z posmakiem towarzyskiej przegranej w ustach.

Nie chcę zanudzać czytelników, więc nie napiszę na co się umówiłem. Zdradzę tylko, że umarłem w otoczeniu wianuszka dzieci (skóra ze skóry, tak podobne do mnie łachudry) oraz wnuków (na szczęście w komplecie adoptowanych) jako najsłynniejszy pisarz wschodniej Europy, kontynuator i godny spadkobierca talentów Faulknera, Borgesa, Lobo Antunesa, Twardocha. Moi tzw. spadkobiercy nie otrzymali ani grosza, w sekretarzyku znaleźli jedynie rachunek za suknię dla M. oraz dwa stare bilety lotnicze do Sztokholmu. Resztę kasy… nie będę zresztą mówić, nigdy nie wiadomo, kto w tym momencie czyta…

No więc absolutnie nie wierzyłem, że to był prawdziwy diabeł i umierałem spokojny o moje przyszłe bytowanie. Przynajmniej nikt mi nie będzie zawracał dupy jak za życia. W końcu sobie odpocznę.

Jakże piekielnie się myliłem! Kiedy już farorz porzykoł, prezydent przyznał Orła Białego, a grabarze, w siekącym śniegu, zasypali dół, obudziłem się. Na pewno nie było to żadne z moich dotychczasowych mieszkań. Smutna klitka prekariatu. Poszedłem się wysikać, chwilę musiałem szukać łazienki, i nawet sobie nie wyobrażacie jaka to była przyjemność. Silny strumień rozbijał kostkę na dnie aż tworzyła się piana. Dopiero wtedy spojrzałem w lustro. To była znajoma twarz, ale nie moja. Spojrzałem w komórkę. I zrozumiałem.

Znowu byłem w 2015. Nazywam się teraz Marcin Górski. I moim zadaniem jest stworzenie prawdziwej lewicy w Polsce.

Spłoszone moim krzykiem gołębie unosiły się z dachów wszystkich warszawskich bloków.

Reklamy

Zjednoczenie lewicy

– To może Janek?

– Nie może, uczy się.

– Może jak ładnie poprosimy, to przyjdzie?

– Doktorat pisze, czasu nie ma, mówię!

– A gdzie, o ojca? Czy u Baśki?

– Nawet nie wiem. Adrian, kim on jest z zawodu?

Pytanie zawisło w stęchłym powietrzu. Czterdziesty drugi dzień narady zjednoczeniowej przebiegał spokojnie. Do konsensusu było nadal daleko, ale mężczyźni – odkąd dobry tydzień wcześniej zaprzestano dostaw jedzenia do sali – nie mieli już siły na bójki ani choćby na spory doktrynalne. Ogrzewanie wyłączono nawet wcześniej i teraz każdy z piątki mężczyzn w pomieszczeniu półleżał na ławie owinięty w partyjny sztandar, z wielką dominacją czerwieni i kolorów pokrewnych zresztą. Ot, przypadek.

Wokół okrągłego stołu Adrian, Włodek, Robert, Piotrek i Rafał. Najtęższe mózgi lewicy w Polsce. Obiecali swym wszystkim wyborcom, łącznie ich liczba wahała się od dziesięciu do dwunastu w skali całej Polski, i nie chodziło tu o procenty, a o dokładną liczbę gotowych zagłosować na lewicę w kraju, że nie opuszczą sali, dopóki się nie dogadają.

I tak mijał czterdziesty drugi dzień. Może nawet czterdziesty trzeci. Z głodu nie potrafili uzgodnić nawet tego. A nikt w Polsce nie zrobił dla lewicy tyle dobrego, co oni. No, przynajmniej ostatnio.Poza Wojtkiem, który outsaidersko siedział oparty o ścianę w kącie, tuż pod zakratowanym oknem. Dziennikarz, popularyzator nauki, ojciec trzech synów, związkowiec, socjalista. Nikt już nie pamiętał, kto go przyprowadził i w jakim celu, no ale jak już tu był, to przynajmniej kozy pilnował. Jak się tylko dogadają, miał zapalić, chemik z wykształcenia, rocznik Wyborczej, tak by z komina uleciała w niebo tęcza. Choćby i wbrew linii naczelnego – Wojtek nie miał się co martwić o pracę, był w końcu na etacie. I wiedział jak działają media.

Ludzie pracy, a kibla nie było przepchać komu. Stąd i woń nieprzyjemna unosiła się nad negocjacjami. Dawno zapomniany fetor chłopięcego namiotu na koloniach kręcił nosami mężczyzn tylko przez pierwsze trzy dni, potem przywykli. Dla sprawy wszystko, nawet więcej. Nie są prawicą, w końcu się dogadają. Kiedyś. Na pewno zdążą. Przed wyborami. Tymi albo następnymi. Pryncypia.

– No to może jednak Janek?

– Matka go nie puści, no mówiłem przecież!

– Proszpana może Janek na dwór, zapytajmy!

– Głosujemy wniosek?

– Głosujmy!

– Trzy do trzech.

– Znowu nierozstrzygnięte.

– Polska nie może być dłużej katolicka.

– Nosz kurwa, mam kredyt do spłacenia!

– Ile mamy tu siedzieć?

– Mogłem pracować w gazetce Tesco!

– A idź pan w chuj…

– Towarzyszu, proszę kolegi, panów tośmy pogonili w 45.

Na placu czekało trzech ostatnich boroczków wpatrujących się z nadzieją w komin, tupiących nogami i popijających kawę z proletariackiej podróbki Starbaksa.

Kamil, Rurza i ja.

Stefan Alfons Miętoch „Wybory”

To dopiero kilka lat później miała być także moja szkoła i dopiero wtedy zrozumiałem, że masywne drzwi wejściowe są otwierane tylko na wybory, a zwykle dzieciaki muszą wchodzić tylnymi,  od strony boiska. To mógł być ten pierwszy raz, kiedy zrozumiałem, co oznacza wielopokoleniowa okupacja, co robi nie tylko z człowiekiem, ale i jego duszą. Gmach szkolny był imponujący, z czerwonej cegły, zbudowany przez mądre władze w czasach, gdy Polska była co najwyżej marzeniem Piłsudskiego albo błyskiem w oku Dmowskiego. No, tego ostatniego, to może niekoniecznie.

Czasem pytają mnie w licznych wywiadach, dlaczegóż tak nienawidzę Polski, co jest oczywistą nieprawdą. Zwyczajnie kocham Śląsk miłością ślepą, acz niepozbawioną lodowatej dozy sprawiedliwego osądu. Polska, polskość są tu sprawą wtórną, narzuconą. No cóż, my tukej som tolerancyjne. Każdy może zostać Ślązakiem, najpóźniej w trzecim pokoleniu, ale jak nie chce, to ma prosty wybór. Za Brynicę!

Ale nie do Piekar. Yno w druga strona niech rajzują.

Stałym członkiem komisji był sąsiad z parteru, który nie pozwalał nam, bajtlom, grać na trawniku pod oknami i tylko dlatego, zapewniam, nie wyrósł wśród nas żaden dumny reprezentant wielkich piłkarsko Niemiec. Wtedy wydawał się nam bardzo stary, a pewnie nie miał nawet pięćdziesiątki.  Utrzymał się w różnych gremiach gdzieś do 91, może 93, nie pamiętam dokładnie, potem i jego zesłano na wcześniejszą emeryturę, a potężny niegdyś okręg przemysłowy, stalowy spichlerz odrodzonej Rzeczypospolitej, dogorywał. Na pobliskich hałdach odkopywano przedwojenne biedaszyby, szanowany, przekazywany z pokolenia na pokolenie, zawód hasiomaszketnika nie wytrzymał presji wolnego rynku –  wszystko było teraz takie tanie i plastykowe, że nie opłacało się niczego naprawiać.

Och. Jakże szczęśliwie nie mogłem wtedy głosować, bo jako młodzian niezmiernie inteligentny, acz nieszczęśliwy i obdarzony tuszą równie wielką jak moje porażki, z pewnością poparłbym […] jak wszyscy młodzi mężczyźni w pewnym wieku. Kiedy już otrzymałem dowód osobisty, z orzełkiem niekoniecznie tym na którym najbardziej by mi zależało, działał już […], podobno krojcok, ale dobry chłopak i od tego czasu zawsze głosuję na […], czego i wam wszystkim życzę. Bo […] może nie być, ale Śląsk jest wieczny jak i moje powieści oraz utwory pomniejsze. Dlatego czytajcie i nieście dalej godka mojo (ale tylko w jedynym dobrym dialekcie piekarskim).

Człowiek z trumną

Pamiętam doskonale. Było to latem 2001, a może 2002 roku, kiedy to zdruzgotany wynikami kolejnego licealnego świadectwa i by uniknąć bliskiego kontaktu z ojcowym pasem, postanowiłem w tę pędy spakować plecak i tegoroczne, znaczy się – tamtoroczne, wakacje spędzić nad dumnym polskim morzem.

Wysiadłem na dworcu autobusowym w Szczecinie i ze zdumieniem odkryłem trzy rzeczy. Że Szczecin absolutnie nie leży nad morzem. Że po Odrze pływają kanonierki Kriegsmarine. Że, co może najdziwniejsze, miejscowy dworzec PKS oprócz tradycyjnej dla takich miejsc ludzkiej menażerii oferuje przyjezdnym również osobniki absolutnie wyjątkowe. No więc obok kierowników za 50 groszy oraz dresów podążających butaprenowym szlakiem można tu było spotkać choćby byłą walutową prostytutkę, której zawód Okrągły Stół uczynił znacznie mniej opłacalnym, a wiek i skala bezrobocia wśród pierwszych wkraczających w dorosłość roczników wyżu stanu wojennego dopełniły zniszczenia. Teraz wspólnie z byłym sekretarzem gminnym partii wzywała do nawrócenia się i zejścia z drogi grzechu, koniecznie jednak w ramach jednego z kościołów, a nie na własną rękę. Pozbawieni kończyn i prawa do zasiłku marynarze próbowali opylić turystom figurki morsów wydrążonych w „prawdziwym polskim węglu”, choć przecież ja, w końcu wnuk, prawnuk i nawet syn górników od razu rozpoznawałem węgiel zagraniczny słabej jakości, bodaj australijski. Marian Jurczyk z plakatów zapewniał o swej niewinności i wróżył  miastu, a przede wszystkim sobie, wielką przyszłość.

W galerii miejscowych niebieskich ptaków, wyrzutków społecznych i ofiar Leszka Balcerowicza wyróżniał się jednak on. Niewiele starszy ode mnie, napakowany, z resztkami czupryny, ciągnący za sobą pokaźnych rozmiarów trumnę. To pewnie z taszczenia tego niespotykanego ponad ziemią elementu wyposażenia urosły mu takie mięśnie – pomyślałem –  i natychmiast zacząłem się zastanawiać, ile może ważyć takie pudło. Trumna wyglądała na dębową, była czarna i wytwornie polakierowana, a ornamenty dodatkowo wzmocniono miedzianymi, sądząc po roztaczanym blasku, okuciami. Młodzieniec pokręcił się trochę po dworcu, wysępił jedną czy dwie fajki, z dresikami zrzucił się na woreczek kleju i mimo sprzeciwu współpasażerów wtaszczył siebie i swój niecodzienny bagaż do jednego z ikarusów.

Wiedziony wrodzoną mi ciekawością, wynikającą najpewniej z niezwykle żywego intelektu oraz umiłowania ludzi, rozpytałem o chłopaka na peronach. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, jednak pełną historię opowiedziała mi dopiero pani sprzedająca zapiekanki z przyczepy kempingowej, tęga matrona o niepełnym uzębieniu. Notabene kolejny relikt lat 80. na rzeczonym dworcu, „byle do emerytury dociągnąć”, szepnęła mi w zaufaniu, kiedy zamówiłem trzecią już zapiekankę, koniecznie z wielką ilością keczapu, pani Alu.

Spostrzeżony przeze mnie młody mężczyzna, którego urody nie mam odwagi ani kompetencji w tym miejscu oceniać, ale przypominał z grubsza skacowanego Klausa Kinskiego chałturzącego we włoskich westernach, pochodził ze starożytnego rodu o wielkich zasługach dla Szczecina. Przeminęli liczni władcy tegoż miasta, armie maszerowały jego ulicami cyklicznie, a ród R. godnie wypełniał swe przeznaczenie, każdorazowo przekazując fach pierworodnemu synowi w każdym pokoleniu. Pełnili funkcję tak niezbędną dla funkcjonowania Szczecina, ba, do funkcjonowanie każdego grodu uważającego się za miasto, że dziadka człowieka z trumną nie powołano do Wermachtu nawet wtedy, kiedy służyli w nim dawni powstańcy śląscy i Mongołowie, a już po wojnie i odbiciu Szczecina z rąk czeskich, został on poproszony o pozostanie na miejscu i dostał z miejsca najwyższą możliwą pensję.

Jeśli ktoś się nie domyślił jeszcze, dziadek młodziana był kanalarzem, a ród R., tak dokładnie to spolonizowany już ród R., pełnił swą cichą miejską funkcję i w następnym pokoleniu.

O co chodzi z tą trumną, zapytają mnie co uważniejsi czytelnicy. W tym miejscu oddam pola i głos pani Ali, bo tak się składa, że dokładnie zanotowałem jej słowa:

No i jak Gomułkę zamienił Gierek, to stary Hans stwierdził, że najwyższa pora pójść na emeryturę i zaczął rychtować sobie trumnę. U stolarza Wokulskiego, a fachman był to nie lada, zamówił sobie najdroższy model i jeszcze go kazał cudami wiankami udekorować, tak by, jak mówił we „Mgle Titanica”, taka tu kiedyś mordownia pijacka, była, o tam za rogiem, Bismarckowi dorównać, bo jak był mały to jeszcze oglądał zdjęcia z pogrzebu niemieckiego premiera. No i zaciągnął trumnę do domu, i od tej pory w niej spał, łózko oddając najstarszemu synowi. Syn ten też kanalarz, a ożenił się z taką jedną spode mojej wsi, a ja pod Stanisławowem rodzona i jak nasza Pogoń gra z Polonią bytomską nigdy nie wiem komu kibicować i kiedy go w 1995 pogonili na wcześniejszą emeryturę, to też sobie  sprawił trumnę. Choć już nie tak elegancką, a zwyczajną.

– No ale przecież ten jest jeszcze młody, gdzież mu tam do emerytury – Zdołałem wtrącić pytanie, kiedy pani Ala podawała mi piątą zapiekankę, tym razem z sosem barbieqiu.

Bo to wielka afera była, kłótnia na całą dzielnicę. Młody prawnikiem zostać postanowił i nawet kupił w tym celu maturę, na co przodkowie – w komplecie absolwenci szkół realnych i zawodowych – czy to żywi czy umarli, poczęli włosy rwać z głowy, choć ich zbyt wielu nie mieli, szybko się łysiało w tej familii, może od podziemnych wyziewów, i w trumnach się przewracali z boku na bok. Wykląć smarkacza chcieli, wydziedziczyć albo i w lochu na najniższym poziomie kanałów, przez nikogo już nie odwiedzanych, zamknąć, aż w końcu zgodzili się na kompromis. Póki się młody do Sądu Najwyższego nie dostanie, wszędzie za sobą ma taszczyć dziadkową trumną.

–  Znaczy się odkopaną?! – Naprawdę mnie to zszokowało, Polska w 2001 lub 2002 roku to pewnie i był dziki kraj, ale nie aż tak! Groby przestaliśmy, jeśli dobrze pamiętam, rozkopywać gdzieś koło 1995.

A gdzież by tam, stary ma się dobrze, wszystkich nas przeżyje. Mnie, Szymborską, a nawet pana, choć pan jeszcze dzieciuch. Większej mu się zachciało, bo go rwa kulszowa czasem rwie. To się zamienił z wnukiem. Średni R. też tylko łypie, by synowi podebrać, w atłasie się lepiej sypia, ale młody się dzielnie broni i podobno, nigdy nie sypia. Ale to może dlatego,  że kuje po nocach i na amfetaminie jedzie. Sejfy kuje i witryny sklepowe tłucze, by mieć na łapówki dla profesorów. – Zakończyła swą opowieść pani Ala wręczając mi jedenastą zapiekankę, a kropla amerykańskiego sosu spadła na szeroko rozwarty dział kulturalny „Gazety Wyborczej”. Któryś z ich pierwszorzędnych autorów, zdaje się wo, dobitnie opiewał najnowszą część „Władcy pierścieni” jako marksistowski manifest na miarę nowego wieku  w tekście niesponsorowanym. Obok, choć już za wielkim chińskim murem dzielącym działy marketingu i dziennikarski, prężył się Legolas z łukiem.

Tak oto pamiętam tamte mroczne czasy. Nie chciałem dłużej tkwić w tym dziwnym mieści i pojechałem autostopem do Ustki, po drodze … To jednak zupełnie inna historia, a której lepiej nie pisać, no i się jeszcze nie przedawniła. Liceum w końcu nie ukończyłem i wiodę żywot szczęśliwy oraz spokojny z rzadka jedynie przerywany wspomnieniem tej prawdziwej jedynej  człowieczej zagadki w moim życiu.

Co też może porabiać dzisiaj główny bohater mej opowieści?

Dygresje w dyskursie

Piłka nożna jest albowiem sportem dla zwyczajnych ludzi, może w nią grać każdy, od metra siedemdziesięciu w kapeluszu po dwa i więcej, choć ci ostatni wybierają bardziej wymagające sporty, takie jak siatkówka albo waterpolo, i każden jeden o IQ od 40 do 100 kopnie celnie pęcherz w wentyl, natomiast wspomniana wyżej siatkówka to sport wybrańców, wszechstronnych gigantów o doktoratach z fizyki, chemii, a nawet politologii i kiedy zaczyna się mecz w naszej hali sportowej tuż przy basenie, otwartej ponownie, po dekadzie użytkowania, dopiero przez dyrektora ośrodka tej wiosny na skutek zaniechań poprzedniej ekipy, nie łapię się do składu naszego oddziału nawet po dyskwalifikacji 20 zawodników przede mną, za to mój blady współlokator, współziomek, współrodak gra zawsze, stoi  po naszej stronie jak słupnik, wgapiony w wielki naścienny piktogram po drugiej stronie siatki, mural tak jest bogaty w znaczenia ze zachwyci każdego, przedstawia albowiem taką jakby armatkę, z dwoma kulkami symbolizującymi koła na dole i lufą długą, aczkolwiek pękniętą z częstego użytku u czubka i strzelająca urywanym strumieniem pocisków jak polskie haubice, zdradzone przez Francuzów i Brytyjczyków, w 39 roku, po wystrzeleniu tysiąca nabojów rozdarte niczym biała kobieta po spotkaniu gangu ciapatych wczesnym wieczorem na Murckach, przeciwnicy trafiają w tego mojego bladego pokojowca, a jego ręce automatycznie układają się do odbioru i piłka wysokim łukiem leci do naszego rozgrywającego i blady młodzian na ułamek sekundy wraca do rzeczywistości, błysk zrozumienia na moment pojawia się na nadal jeszcze przystojnym obliczu, zostaje wyrwany z rojeń o Wielkiej Prerii i pomniejszym bogu, by po chwilce ponownie pogrążyć się w stuporze spowodowanym nadużywaniem środków chemicznych wymieszanych ze sporyszem i benzyną lotniczą, a ja zaklasnąłbym chełpliwie, ale się boję, o czym napiszę za chwilę, kiedy już ta potwornie długa dygresja zostanie zakończona, opatrzona kropką czarną jak sadza z komina w piecu napalonym nie od góry, a za użyciem butelek PET i resztek płynu do mycia naczyń, bo denaturatu jednak szkoda na takie fanaberie – dobry denaturat nie jest zły, żartowaliśmy tak w pierwszej klasie liceum z miejscowych lumpów kupujących nam wino, a dziś połowy nie stać nawet i na to, tak ugrzęźli w spłacie kredytów bankowych i na średnim szczeblu kariery w korpo, a reszta ma wszystkiego dosyć – wstają o szóstej rano, zawożą dzieci do babci, bo przedszkole nie działa od 1993 roku, i jadą na osiem godzin pracy, od ósmej do ósmej, oni, niegdyś dumni wyborcy Janusza Korwina-Mikkego, skarlali przez samo życie i skarbówkę – Blady, bo chyba można go nazywać,  w tym właśnie momencie odbiera kolejną zagrywkę, za daleko jednak wybiegam w przyszłość i może to tylko mucha siadła na białym arkuszu, a może to odpowiedni moment by dać kropkę, kropę nie tak może wielką jak wielka jest Polska, bo Ona wielka jest duchowo, mentalnie oraz faktycznie, choć umieszczona między dwoma zaprzysięgłymi wrogami i zamieszkana w większości przez Polaków absolutnie nie ma lekko, zwłaszcza w miesiącu kwietniu.

Na naszym oddziale gramy symetrycznie

Było to tak, że po upalnym lecie nadeszła mroźna jesień, tak zupełnie niespodziewanie, jednego dnia było 22 stopnie, a następnego już tylko 20 i na cały ośrodek spadł marazm i pensjonariusze włóczyli się z podwójnym smutkiem po słabo oświetlonych korytarzach i bluźnić się ośmielali przeciw bogom, a co gorsza kierownictwu ośrodka, dlatego też, jak co roku o tej porze kończymy sezon piłkarski i zaczynamy siatkarski i jako wszechstronnie nieutalentowany sportowo oraz intelektualnie  ląduję w kwadracie rezerwowych i nigdy nie jestem wpuszczany na boisko/parkiet/pod siatkę (niepotrzebne skreślić), choć w piłeczkę czasem pięć końcowych minut pokopię, a raz mi się nawet udało strzelić brameczkę, bo mecz, jak się okazało był ułożony i potrzebowaliśmy jeszcze jednej bramki samobójczej, by wszystko się w protokole zgadzało.

Piłka nożna jest bowiem sportem dla zwyczajnych ludzi, może w nią grać każdy, od metra siedemdziesięciu w kapeluszu po dwa metry i o IQ od 40 do 100 każdy kopnie pęcherz, za to siatkówka to sport wybrańców, wszechstronnych gigantów o doktoratach z fizyki, chemii, a nawet politologii, dlatego nie łapię się absolutnie do składu i kiedy w naszej hali sportowej tuż przy basenie, otwartej ponownie, po dekadzie użytkowania, dopiero przez dyrektora ośrodka tej wiosny na skutek zaniechań poprzedniej ekipy, nie łapię się do składu naszego oddziału nawet po dyskwalifikacji 20 zawodników przede mną.

Bo te mecze rozgrywamy o różnych porach, najczęściej późną nocą i zawodnicy z naszego oddziału nie zawsze zdążą na czas, a do tego natychmiast są wyrzucani z boiska przez sędziego, jednego z naszych młodych doktorów, który jest arbitrem meczów naszych ze oddziałem drugim i nie możemy się boisku pojawiać w koszulkach tęczowych, z napisami zaczynającymi się od literki k a nawet wzywających do pedałowania, bo natychmiast mamy czerwone kartki i tym samym na placu boju pozostaje tylko Robercik, taki jeden oddziałowy pedałek, co ostatnio zyskał poklask na drugim oddziale, bo zabiera głosy, znaczy się prycze, innym z  naszego oddziału i tym łatwiej może wygrać ten drugi oddział, który i tak by wygrał, bo wiarygodność i bryły ruszenie.

Oczywiście wcale nie o to chodzi sędziemu na stołku sędziowskim, on zawsze sędziuje nie tylko obiektywnie, a wręcz symetrycznie, bo siatkówka to sport najbardziej symetryczny ze wszystkich, tu siatka, tam oni, a tu my i po prostu taka jest dysproporcja umiejętności czysto sportowych, nasza i ich, ze wszystko widać, jak pięknie spada piłka po naszej stronie i ich koszulki z orłami wyklętymi zawodników z pola i swastyką ich libero, i kiedy nas już leją 18:1 sędzia kończy seta, by nam oszczędzić hańby i wpuszczamy następnych i znowu nie wolno klaskać po każdym punkcie, a po drugiej stronie grają ludzie tacy ja my!

Ten sędzia to nawet młody, elokwentny, po kursach, za młodu się nawet podobno bił z fasz…, ludźmi z drugiej strony siatki, ale pokończył studia i teraz rozpoznaje osobno atakującego, przyjmującego i rozgrywającego, zamiast ich nadal nazywać jednym mianem, naziol, pardon siatkarzami i teraz uważa, sam z siebie, absolutnie nie jest przekupiony, że trzeba zrobić wszystko byśmy my, po drugiej stronie siatki nigdy już nie wygrali, bo wtedy oni nie wygrają już nigdy, jacy oni zapytacie?, no oni z drugiej strony siatki.

Z tego kibicowania tak mi się pogorszyło, ze jutro idę na elektrowstrząsy. Jeśli tylko nos się zmieści mój w nowej machinie.