R. i. M.

Kiedy spotkali się po raz pierwszy i spojrzeli na siebie, wybuchnęli śmiechem. Osobno, ale razem.

Byli podobni do siebie jak dwie krople wody. Jeden co prawda był łysy, a drugi nie, drugi był z kolei wysoki, a pierwszy trochę kurdupel, jeden napakowany, drugi wręcz przeciwnie, mięśnie wyrobione codzienną pracą, ale ciężko ich było rozpoznać. Obaj w tym samym momencie wpadli na ten sam pomysł i zaczęli się rozbierać. Nie, nie rzucili się ku sobie, by oddać się miłosnym uściskom, jedynie wymienili się ubraniami w sali widzeń aresztu w …, małym mieście niegdyś, jeszcze za Gierka, wojewódzkim. Jeden nie miał nic pod togą, drugi pod więziennym drelichem nie nosił bielizny.

Obu dopadł kryzys inżyniera Karwowskiego, obaj chcieli odmienić swój los. Rzucili się ku przygodzie codzienności jak na piękną Różę. Jeden wrócił pod celę, drugi ruszył do domu, do żony i kota. Jeden grillował na działce, drugi grzał czaj za pomocą żarówki i nie dawał się złapać na numer z folią od papierosów. Pierwszy szybko został bossem całego więzienia, drugi otarł się o Sąd Najwyższy, ale Bruksela zablokowała, jednak tuż po wyborach temat miał wrócić. Jeden wysypiał się w trumnie, drugi na pryczy. Wymienili się nawet kontami na Twitterze. Obaj byli szczęśliwsi niż przedtem.

Obaj kochali – oczywiście platonicznie – Petera Steela i jego chropawy głos jakby z krypty pełnej gotek. I Gotów, którzy przed wiekami nawiedzili te ziemie, rozsiewając śmierć, pożogę oraz geny, które tak nagle ujawniły się w ich postaciach tak bardzo bliźniaczo, że każdy ich mylił. I obaj na swój sposób roili o przyszłości i ponownym spotkaniu pośród kości wrogów, a i te sny mieli wspólne. Bo było pewne, że wkrótce się spotkają. Jak nie na wolności, to pod celą. Któremuś się w końcu musiała powinąć noga. Musiał dać się jeden złapać albo drugi wypuścić. I wtedy piekło zapłonie, a jeden czterdziestolatek z nudów wykończy drugiego. Nie osobiście, oczywiście. Zapłaci zabójcy garścią batoników. I potem pójdzie na skargę do Dziekana.

Reklamy

Rudy i ulga

– Kochanie śpisz? Bo ja już zrobiłem francuskie tosty i gorącą czekoladę na śniadanie.

Ulka mruknęła coś do siebie i obróciła się w drugą stronę na wielkim małżeńskim, choć na razie nie uświęconym, łożu z Ikei. Rudzielec w samych gaciach cofnął się do kuchni i już po chwili dało się usłyszeć szczęk wyciąganych z szafek talerzyków oraz sztućców.

To była miłość od pierwszego tweetnięcia.

I doskonały przykład tego jak nowa technologia zaciera geograficzne oraz towarzyskie granice. W dawnych czasach kochankowie zostaliby rozdzielen. Ulkę by wydano za mąż za kogoś z jej klasy, możliwe że za starego wujka Stanisława, który już pochował dwie małżonki, a właśnie uśmiercał trzecią, posiadał jednakże całą kamienicę na własność. I jeszcze pół drugiej. Rudy najpewniej poszedłby do klasztoru. Po uprzednim obiciu przez braci i kuzynów dziewczyny. Kijem, bo szkoda takiego płazować szabelką po pradziadziu, co to z Marszałkiem do Legionów szedł albo choćby pięści marnować na bałamuta.

Fotogeniczny był ten Rudy, zwłaszcza w fantazyjnej koszulce, takiej bardzo rewolucyjnej i undergrandowej, na ten przykład w tej z logo Batiushki. Modne oprawki okularów dodawały jego twarzy inteligenckiej sympatyczności, jednak tu, w Krakowie, liczyła się jedynie stara klasa średnia, a chłopak był, jakby to powiedzieć?, z Szombierek. Miejsca, gdzie nawet Tesco upadało. Czarne półksiężyce paznokci, smar wżarty w wielkie robotnicze dłonie, wyraźnie wskazywały z jakiej nędzy Rudy się wyrwał. Ze świata niedymiących już kominów, hałd porytych biedaszybami, jeżami znikającymi tuż obok fińskich domków, co miały stać jedynie do 1960 roku, no może 1970, a nadal były największą architektoniczną chlubą dzielnicy.

Kiedy Rudy o tym wszystkim myślał, chciało mu się płakać, przede wszystkim czuł ogromną ulgę, że zaszedł tak daleko, on zwykły inżynier w brutalnym i niewybaczającym najmniejszego potknięcia świecie absolwentów kierunków humanistycznych. No właśnie, czas obudzić Ulkę. Rozmyślił się, upiekł na szybko kilka gofrów i polał syropem klonowym. Zaniesie śniadanie do łóżka, choćby poduszki miały latać po całym mieszkaniu. I tak, nigdy jej nie opuści. Nigdy tam nie wróci.

Niech ten Krystian nawet nie dzwoni.

Piękny wiek literackiej prawdy o ludziach w kilku słowach

– Nie ma szczęśliwych państw, ale każde nieszczęśliwe jest nieszczęśliwe na swój własny sposób – Mruknął stary hrabia H. wyglądając przez okno pociągu na pola kukurydzy, obecnie puste i jak cała kraina zmrożone burą jesienno-zimową aurą, do towarzyski podróży, księżnej A.

– Co mówiłeś Haroldzie? – Księżna spojrzała na mężczyznę z zaskakującą czułością w oczach. Miała do tego huncwota zaskakującą słabość. Źródło tejże słabości znajdowało się w przeszłości. H. poznała na swej pierwszej dyskotece. Już wtedy wydawał się jej bardzo stary, jednak pozostawał wtedy dość przystojnym mężczyzną, przynajmniej dopóki nie dopadał go kolejny atak podagry. Bokobrody, starodawna laska w dłoni, setka czystej wlana do piwa. Dziewczyny chichotały w toalecie z biednego mężczyzny, wtedy ledwie pięćdziesięcioletniego, próbującego je poderwać na drinki z parasolką i wciągały następną kreskę z umywalki.

Potem zniknął. Mówiono coś nieprzyjemnego, o długach i rozbojach w biały dzień, a może o romansie z kierowcą, księżna już nie pamiętała. Nie udało się załatwić listu żelaznego u prezydenta i hrabia dwadzieścia lat spędził na emigracji, w Londynie, gdzie żył z udzielania językowych korepetycji i , głównie, zbierania makulatury. Teraz, po przedawnieniu zarzutów, kiedy wracał do ojczyzny, by zapisać się do pomocy społecznej i umrzeć w godności, z jego elegancji nie pozostało już nic. Krótka szczecina na policzkach kontrastowała z pożyczką na ciemieniu, a nos, wielokrotnie złamany, upodobniał go do typowego tutejszego prowincjusza, którym H., jak się okazywało chyba jednak był. Plotki o tytule wygranym w szkata dopiero przez rodzonego fatra H. mogły być prawdziwe.

Była to jednak jej jedyna życiowa słabość. Każdy ma swoje febliki.

****

Kamil, uroczy młodzieniec tuż po trzydziestce, o twarzy wciąż nie przytępionej cynizmem, z nadzieją spoglądał w najbliższą przyszłość. Od czasu, kiedy go wyrzucono z miasta R.Śl. – absolutnie niewinnie padł ofiarą absurdalnego szczucia i tak zakończyła się jego kariera śląskiego seminarzysty – i wrócił w rodzinne strony, kilkakrotnie uśmiechnęło się do niego szczęście. A to znalazł darmowy kupon do Papa Tortilla na ulicy, to zaprosiła go na obiad polonistka z dawnego liceum. Zjadł szybko, więcej czasu zajęła mu rozmowa o przyszłych planach i podbojach. Belferka zaprowadziła go, jak za dawnych czasów, do alkowy, więc szybko wybrał najnowsze tłumaczenia z francuskiego – miała nowego Balzaka oraz ostatniego Zolę z Ridear’s Digest – i się pożegnał. Zbiegł po drewnianych schodach mieszczańskiej kamienicy wesoło podgwizdując Marsyliankę. „Nie jest źle” – Myślał – „ale gdyby tak mieć 100 000, choćby i złotych, to by człowiek sobie pożył, a nie wycierał bruk” – akurat ta ulica nie była odnawiana od czasów poprzedniego reżimu – „w rocznych czerwonych new balancach i nie musiałby się dokształcać, kursu robić, żyłby sobie i pisał. No ale klika trzyma co lepsze miejsca. Policzymy się, oj policzymy” – To mogła być nie jego myśl nawet, pewnie kiedyś przeczytał, już nie był pewien.

„Teraz na piwo”.

****

Tak naprawdę Marta nie była już taka młoda. Choć wszyscy dawali jej co najwyżej czternaście lat, wkrótce miała skończyć osiemnastą wiosnę życia i jej rodzina coraz bardziej się martwiła. Córki spoglądały z niepokojem, gryzły i nie dawały się głaskać pod włos. Marta była ładna i całkiem mądra, przeszła cały proces wychowawczy z wyróżnieniem i czasem nawet stypendiami, a jednak powzięła straszliwe podejrzenie – przynależne tylko temu wiekowi – iż wszyscy ją nienawidzą. Ech, te porywy serca  młodych dzierlatek i rozhisteryzowanych poetów ruszających na front w dwudziestym roku życia. Idioci, prawdziwa sława przychodzi u schyłku życia, razem z orderami, obligacjami i miejscem w senacie. I nikt nie ma siły nienawidzić drugiego człowieka, tak bardzo ludzie, jako rasa, są zadufani i zakochani w sobie. Trzeba jednakowoż ten wiek okrutny przejść, przeżyć, dobić do czterdziestki z honorem. Jak ospę albo i Odrę, kiedy się wraca do kraju samochodem z Zachodu.

****

Jagowski był to weteran szeregu wojen i pasjonat pojedynków –  do których to nigdy nie stawał, w odróżnieniu od przeciwnika, samotnie, więc wychodził z nich bez zranienia najmniejszego – o którym opowiadano, że z Rewolucji 89 wyszedł bez szwanku, a nawet się dorobił tytułu bohatera, no i ze sprzedaży desek do robienia barykad. Kilka lat później na demonstrację pod Sejmem też dziwnym się trafem spóźnił i jedynie udzielał nisko oprocentowanych pożyczek ciąganym po sądach i sadach. Zachachmęcił coś na Wschodzie, nie zatarł śladów albo co, i obecnie znajdował się rezerwie służbowej, z emeryturą nie do ruszenia. Wyjechał w górki, hodował nielegalnie bordery i pił miejscowe wynalazki z wójtem, który tylko myślał, że wybór zawdzięcza samemu sobie. Na konto, Jagowskiego, nie wójta, spływały tantiemy i odszkodowania, za nielegalne wykorzystanie jego postaci w jednym takim filmie. No i za patent jeden, dokładnie za nową technikę palenia od góry, który to wynalazek wdrażali z kolegami zimą 90. roku. Czasem nawet później.

****

W tym miejscu teoretycznie powinno się rzucić okiem na niejakiego BR, ale jest to postać absolutnie nieciekawa, epizodyczna, takowa jaką zaludnione są powieści dziewiętnastowieczne, zresztą rzeczony typek pewnie obecnie odsypia wczorajsze szaleństwa, na przeróżnych mieszankach nieorganicznych ugotowany nie rozróżnia fikcji od snu i wydaje mu się, że jest pomniejszym bogiem w uniwersum Wielkiej Prerii, a tak naprawdę leży w barłogu w piwnicy wynajmowanej na spółkę, w trzydziestym trzecim roku życia – Jezu niedługo miał umrzeć, z tuzinem podobnych sobie nieszczęśników, a w jego pokoju nie ma nawet kaloryfera, bo już dawno wyniósł za spirytus i tylko koza dymi, bo jakaś litościwa ręka dorzuciła o świcie kilka butelek po piwie, i znowu trzeba będzie pójść na zarobek do Mecenasa, od kiedy skończył on czterdziestkę marudny stał się okropnie i nie ma zmiłuj, licytacje komornicze to nie są proste sprawy – jak więc widzicie moi czytelnicy, cała anarchia nie mieści się już w uliczniku, bo obecnie jest on typem literackim absolutnie nieheroicznym, tylko heroinowym i to tylko, gdy nie braknie pieniędzy na działkę.

****

Adam, przez wszystkich nazywany nie wiadomo to czemu Adasiem, przemieszczał się wzdłuż torów, maszerował z jednego końca peronu na drugi, w ręce trzymając plik kartek białych jak pierwszy śnieg w Laponii albo dym z pobliskiej kopalni – jedynie w dzień był on taki jasny, nocą rzygało kolorami tęczy aż miło – i z twórczej niemocy planował się rzucić się pod najbliższy pociąg. Nie wiedział, biedaczek, że ostatnie połączenie towarowe zlikwidowano tuż po wejściu Polski do Unii, pasażerskie nawet wcześniej.

Zanzibar

Michałowi mogło się lekko przysnąć, bo kiedy się obudził, piekły go plecy. Książka była ciekawa, ale napisana niedzisiejszym językiem i nie ukrywajmy językowo dość trudna, nawet dla niegdysiejszego nieformalnego tekściarza Myslowitz. Tom wziął z półki pasierba, leżała pośród innych serii fantasy i albo naprawdę posunął się w latach nadmiernie albo te współczesne sf było absolutnie nie dla niego. Mnóstwo przemocy, krwi, złota i seksu. Nazywała się Biblia i była tylko pierwszą częścią długiego cyklu.

W Polsce była tak okropna zima, że musiał zostawić grzanie w swym kasztelu i cały czas martwił się, że 13 stopni to za dużo, przyjdzie taki rachunek, że go zlicytują! Oby pasierb zaczął w końcu ogarniać breslauerskie tramwaje, bo inaczej naśle na niego Mel. Ta przewróci kilka razy oczętami i będzie po chłopaku. Nowe nieszczęście gotowe, ale teraz się już będzie tylko odprężał.

Dokąd sięgał posmarował się mleczkiem po ramionach i niżej. Czysty piasek, lazurowy ocean i cisi murzyńscy Arabowie w oddali, naprawiający swe tysiącletnie łodzie. O tej porze roku piękniej nawet niż we Splicie. Zamknął książkę. Było coś o wojnie laserowej pod murami Jerycha, z tego co rozumiał z treści: jednej z baz kosmicznych któregoś z dzikich narodów tamtejszego gwiezdnego pogranicza. Odpoczynek to odpoczynek.

Ruszył wiec do baru po coś mocniejszego. Niby islamska wyspa, a mieli tu szeroki wybór alkoholi. Nawet żubrówkę dostrzegł za plecami barmana, ale kiedy chciał zamówić ten trunek młodzian szybko przeszedł na polski i odradził. „Fałszywa, produkowana na kontynencie, z trawy słoniowej, pan weźmie wyborową”. Polak na urlopie pija, co tylko zna.

Z tym barmanem to była ciekawa historia, jak się okazało. Ojciec w latach 80. studiował medycynę na Uniwersytecie Śląskim, znaczy się dziennikarstwo, bo ta legendarna środkowoeuropejska uczelnia akurat nie miała takiego wydziału,  ale na Zanzibarze wszyscy myśleli, że medycynę i teraz leczył dynastię panującą na europejski sposób. Czyli za kopertę dawał zwolnienie lekarskie. Matka była rychtig Niemką z Łagiewnik, więc barman trochę zaciągał z lwowska, tak ogólnie jadąc czystą ślunską gwarą z Giszowca.

Ze zmrożoną butelką Michau wracał na kocyk przywieziony z Ojczyzny – Polak nie będzie płacił za leżaczek, jeśli może za darmo poleżeć na piasku – kiedy dostrzegł dziwną grupę wokół jednej z łodzi. Tłum tuziemców, wyraźnie podekscytowany wskazywał na coś palcami i wznosił modły do Allacha. Nagle z tego rejwachu wyrwał się malutki biały piesek i jakby znając dobrze Michała, zaczął lizać go po twarzy. Kiedy uwolnił się od zwierzaka, przed nim stał grupka… rodaków. Jakoś od razu to wiedział. Spaleni słońcem, obwieszeni kotwicznymi złotymi łańcuchami, z kałachami w ręku, a jeden, najsmutniejszy, z naplompanym jednorożcem na barkach. Najbardziej pyskata z tych osobników, to też wiedział skądś od razu, odezwała się pierwsza:

– Część Michau. To my. Przywieźliśmy stroopwafle.

W oddali płonął perski tankowiec. Choć dzielni irańscy żołnierze piechoty morskiej ostrzeliwali się, nie wyglądało, by długo miał się utrzymać na powierzchni.  Dziennikarze CNN rozstawiali sprzęt. W Waszyngtonie była jeszcze noc.

ORP „Tratwa Grozy 2” dopłynął do celu.

Zaczynała się Apokalipsa. Coś kiedyś o niej czytał. W jakiejś książce fantasy. Dlatego nie lubił tego gatunku zbyt bardzo. Zawsze się sprawdzał.

Ginter

O moim starym nie wiem zbyt wiele. Dziś najmocniej pamiętam jak siadywał nieledwie skulony przed akwarium i wpatrywał się w gupiki. Z tym akwarium była oczywiście afera, bo tak je chciałem, że jak rodzicom udało się wywalczyć w 88 roku nowy gramofon, wtedy absolutny szczyt polskiej techniki, to po rozpakowaniu tego wykwintnego sprzętu jeszcze nie hifi, obrażony udałem się do innego pokoju. Na końcu to fater dbał o te rybki, czyścił dno, dokupywał sumy oraz ślimaki, przynosił kamyki.

Rzecz w tym, że byłem bardzo późnym dzieckiem jak na ówczesne standardy. Urodziłem się po dwumiesięcznej ciąży i byłem tak malutki, że do domu przyniesiono mnie w kieszeni kożucha. Śnieg leżał w zaspach, na ulicach stały czołgi. Kuzynka, później krzestna, wracająca do swojego domu z izby porodowej niemal nie wylądowała na dołku za działalność antypaństwową. Czy Jaruzelski mógł wprowadzić stan wojenny, by utrudnić mi podbój świata? Absolutnie nie ignorowałbym tej możliwości.

Dodatkowo ojciec się ciężko rozchorował akurat w pierwszym roku transformacji i poszedł z wagą bardzo w dół. Zawsze był szczupły, jak patrzę na teraz na jego zdjęcia, ale po operacji nigdy nie podskoczył wyżej niż 55-57 kilogramów przy ustawowym metrze siedemdziesiąt w dowodzie. Jak jeszcze się uczesał na lata pięćdziesiąte, to mogłem bez problemu uchodzić za jego wnuka i rzeczywiście, kilkakrotnie ludzie tak o nas myśleli.  Ja wtedy milczałem, zbuntowany nastolatek, i dziś mi z tego powodu bardzo wstyd.

Wszystkie te wstępy mają służyć oznajmieniu, że za bardzo nie wiem, co staruszek robił w życiu przed pójściem na grubę, a górnikiem został – w odróżnieniu od brata, to zresztą też tajemnicza rodzinna historia, było tak dziwnie, że jeden brat zazdrościł drugiemu talentów… i życia – bardzo późno, tuż przed czterdziestką. Co robił przedtem nie wiem, znam głównie opowieści i legendy,  pozostało kilka dokumentów, zwariowane slajdy przedślubne i zaskakująco ciepłe wspomnienia o pokolenie starszych kuzynów. Familijna rzeczywistość jest niefajna. Z reguły.

Z dzieciństwa jakoś najbardziej pamiętam więc ojcowe kombinowanie i jeżdżenie po znajomkach. Tak po znajomości kupiliśmy komodorka, od razu z kasetowym zestawem 50, bo miła pani powiedziała, że to najlepiej schodzi. Miałem potem inne kasety, i te pierwsze gry naprawdę były najlepsze! Wgrywały się zawsze. Oczywiście faceta z którego pośrednictwa korzystaliśmy, nigdy więcej na oczy nie widziałem. Albo ciągłe wyprawy naprawcze naszego malucha, po różnych martial industrialach, bieda fabrykach nie pociętych jeszcze na złom przez dobrą dekadę. W których coś się jeszcze działo, ale nie działało już prawie nic.

Nie lubiłem tych znajomków ojca. To byli głównie mężczyźni po przejściach, spoglądający na nas, na mnie i mojego trochę młodszego brata, z niepokojem. Wtedy ich się bałem, a oni – najpewniej –  za bardzo nie wiedzieli, co z bajtlami snującymi się wokół naprawczego kanału zrobić. Jak będą się szwendać wokół, to jeszcze coś upadnie. Odejdą dalej, to jeszcze ktoś przyuważy i znudzony szef oderwie się na chwilę od roboty w gmaszysku obok i przyleci ze zjebką albo działkę. Po piwo albo co gorsza banknot z Konopnicką. A, Curie!

Ale dwóch z tych facetów jakoś lubiłem, choć dziś kompletnie nie pamiętam ich twarzy, a miejsc w których się spotykaliśmy nienawidziłem. W przypadku Kazika chodziło o mieszkanie w robotniczej koło huty – nie przepadałem, bo było strasznie zagracone, jeden pokój był wręcz zamurowany akwariami i terrariami. Ojciec kiedyś wrócił z popijawy i przyniósł w słoiku ledwie wyklute szczurki. Mama powiedział, że albo ona albo one i wybór był jednak dosć jasny. Tyle dobrego, że mieli wideo i zawsze u nich oglądaliśmy Scoobie Doo. Dopiero po latach dowiedziałem się, że żona Kazika była już wtedy ciężko chora i to dlatego rzadko wychodziła ze swojego pokoju, a jak już to w szlafroku. Przynajmniej tak to pamiętam.

Z Ginterem – jakie imię mógł mieć w papierach to już tylko Urząd Skarbowy dziś może wiedzieć – było tak, że jego lubili wszyscy. Nawet dziś po latach zdarza mi się usłyszeć, że był bardzo w porządku. Jego spotykaliśmy niemal zawsze w piwnicach, w trzewiach budynków, pośród gołych rur i ledwie pochowanych kabli. W następnych latach ci wszyscy członkowie „brygad” remontowych potracili swoją robotę albo dostali trochę lepsze robocze ciuchy i dotrwali do wcześniejszej emerytury, ale wtedy… tak, to wszystko robiło mega wrażenie na świeżym nastolatku. Ginter przynajmniej raz u nas nocował, mama przygotowała tapczan, ale on wziął koc, jakiś podnóżek i poszedł spać na balkon, bo jak powiedział – było przecież lato. To chyba naprawdę pamiętam, a nie usłyszałem.

Kilka lat później zabito go po alkoholu, chyba w którejś ze spokojnych mordowni na Batorym albo Załężu.

Piwo

Moim pierwszym piwem był van pur. Z puszki. Kosztował na pewno poniżej dwóch złotych, kupiony został w kultowym sklepie Maksym, nadal istniejącym i nadal wyspecjalizowanym w alkoholu. Jako fani albo muzyki tanecznej albo Kultu nie kojarzyliśmy wtedy tej nazwy z piosenki ulubionego zespołu polskich piłkarzy tamtego pokolenia. Byłem już wtedy mocno stary, miałem z piętnaście lat, snobowałem się na słuchanie Miłości równolegle z metaluchami i te piwo kupił za mnie na bank ktoś inny. Wypiliśmy je na polach za sklepem. Pobliskim skrótem szły starsze dziewuchy z liceum, w komplecie z cygaretami w ustach. Przewodnicząca samorządu uczniowskiego patrzyła na nas, nowych licealistów, ze zdziwieniem, ale nie tak wielkim jak nasze, kiedy kilka miesięcy później zobaczyliśmy ją serwującą na wuefie.

Nasza knajpa znajdowała się w prywatnym domu i złote lata miała dawno za sobą. Właściciel jeszcze próbował ją ratować ogródkiem, jakimiś fontannami i  żwirkiem dla kotów, ale wnętrze przypominało te z „07 zgłoś się” i to raczej z pierwszych odcinków. Lane piwo, niby belgijskie, kosztowało 2,80 i oprócz nas siedzieli w tym lokalu głównie emerytowani hajerzy oraz inne ludzkie spadki z wielkich budów socjalizmu. Aż dziw, ze nigdy nie spotkałem tam mojego starego, bo z właścicielem, obaj z włosami przylizanymi wodą – ach ta elegancja późnych lat 50., czasów ich młodości – kiwali do siebie głowami, kiedy w niedzielę szliśmy na mszę.

Centralną atrakcją był oczywiście bilard, z kijami tak krzywymi i tak długimi, że trzeba było uważać, by nie wybić dziury w ścianie. Gwiazdą z kolei był niejaki Paaaaolo, jak się sam przedstawiał, gość w kapeluszu, wtedy pewnie trochę po pięćdziesiątce, jak twierdził eks piłkarz miejscowej drużyny i, przede wszystkim, dzielnicowy pedałek, którym kilkuletnie dzieci straszyły siebie nawzajem. A trochę starsze dzieciaki opowiadały o kasie jaką można było dostać za… Tu zniżano głos i na twarzy przynajmniej niektórych młodzieńców pojawiał się wyraz obrzydzenia. Stare konie byliśmy, oczywiście we własnym mniemaniu, a jakoś nie potrafiliśmy zrozumieć jak to możliwe, że miejscowy zakapior, pożal się Boże o rok czy dwa starszy od nas, ma już sprawę za wyniesienie z mieszkania naszego Newmana wszystkiego, co się dało. „Z telewizorem?” – dziwiliśmy się straszliwie.

Kobiet nie bywało tu w ogóle. Oczywiście poza panią nalewającą, prywatnie najpewniej żoną właściciela. No dobra, raz czy drugi wpadały z nami koleżanki z klasy, nawet te o dziwo ładniejsze, ale łamały nam serca siadając po jakimś czasie na kolanach przystojniaków z wyższej klasy, których jakiś zły duch przypędzał akurat wtedy w to miejsce. Zimą miewali na sobie prawdziwe męskie płaszcze zamiast zwyczajnej kurtki na sobie, co było nie tyle skandalem niewyobrażalnym, co najwyższą z podłości. I choć żel spływał im z włosów na wełniane kołnierze, nic sobie z tego nie robili. Uciekaliśmy więc, opuszczeni i wściekli.

Wygnani, kończyliśmy pijarskie rajzy w wielu smutnych miejscach: w różnych lasach, na opuszczonych peronach, w poniewierce i w zaspach. Pośród nas zdarzali się naziści. Śmierdzieliśmy dymem z ognisk w autobusach, a nasi rodzice wierzyli nam na słowo, nie wiadomo czemu nie ufając żutej przez nas gumie. Balcerowicz wprowadzał kolejne reformy w ostrzej kontrze wobec Buzka, Tony Blair podążał trzecią drogą.

Żyło się.

Antek

Antek umarł jak to w Radzionkowie przystoi każdemu mężczyźnie. Na alkohol.

Był najmłodszym bratem mojej babci. Było ich sześcioro, trzy dziewczynki i trzech chłopców. Było jeszcze jedno dziecko, chyba dziewczynka, która umarła w niemowlęctwie. Moja babcia, jako najstarsza, pamiętała ją jako jedyna z rodzeństwa i chyba jej mama, a moja praprababcia, bardzo przeżyła śmierć malucha, choć i tak rodziła kolejne dzieciaki z dwuletnią regularnością. Prababcię pamiętam jak przez mgłę, ale pamiętam, choć już była bardzo słaba. W albumach są zdjęcia, jeszcze czarno białe, z pogrzebu, na których w dziecięcej koszulce typu Bundeswehra idę w pierwszym rzędzie i uśmiecham się jak głupi. Do zdjęć przecież trzeba się uśmiechać.

Naprawdę mieszkali w takim typowym śląskim domu tuż obok torów którejś z odnóg trakcji węglowej i wydaje mi się dziś, że naprawdę pamiętam hałas przejeżdżających pociągów, choć trzęsące się szklanki chyba „pamiętam” z innych źródeł. Dom był niewielki, najpewniej dwupiętrowy, ze spadzistym dachem. Wchodziło się po drewnianych schodach, dla kilkulatka strasznie rozchybotanych, a mieszkanie składało się z jednej izby i kuchni. Do haźlika rzeczywiście trzeba było iść na plac. I dziś już nie pamiętam, czy gołębie wujek hodował na strychu, czy w jednej z przybudówek.

Na ścianie kuchni, też takiej typowo śląskiej, pomalowanej na biało, z licznymi przeszklonymi szrankami, wisiały dyplomy z zawodów gołębiarskich. I to finalnie te gołębie wujka wykończyły. Kilka lat później. W izbie było ciężko od mebli, ja pamiętam trzy wersalki/łóżka, solidny stół, starą maszynę singera. Pewnie na szafkach, co ja piszę – w potężnych dębowych (albo innych, ale na pewno solidnych) szafach – było pełno śląskich skarbów. Rozeszły się.

Moja babcia bardziej ceniła w naszej rodzinie chłopów i może dlatego chwaliła tego swojego brata. Miał być tak bystry, że zadania robił w  pociągu, siedząc na łączniku między wagonami. Ale równie dobre zdanie miała o moim starym i co prawda wszyscy kuzyni do dziś opowiadają jak dobry był z matematyki, ale ja pamiętam, że kiedy w nauczaniu początkowym uczył mnie równań metodą wag, to prawie skończyłem w szkole specjalnej. Nie wiem więc czy Antek był taki bystry. Na pewno był bokserem. Podobno mistrzem Śląska. Pojechał nawet na kadrę Polski, w apogeum jej sukcesów, ale tam podopieczni Papy Stamma wybili mu ponoć boks z głowy. To z kolei opowiadał mi mój ojciec, jedynie wżeniony w familię, ale między nimi było w sumie tylko 5 lat różnicy.

Każda śląska rodzina jest pełna takich anegdotek powojennych, ale kilkunastoletni Antek podobno opowiadał w szkole na przerwach, że ZSRR to najcieplejszy kraj świata. Bo jego ojciec wrócił stamtąd jesienią, boso. Pradziadek rychtig zmarł ostatniego roku wojny, tydzień przed Bożym Narodzeniem. Na tyfus. I to mogło być największe nieszczęście w życiu Antka, bo może i wcześniej był szykowany do pozostania przy rodzicach, ale po tej śmierci jego los się wypełnił. Nie wiem, ile pił przedtem, o takich rzeczach się w porządnych śląskich rodzinach nie mówi nawet po latach, ale po śmierci prababki, już w wolnej Polsce zresztą, była o rok starsza od stulecia, się rozpił totalnie. I wciągając worek z ziarnem do gołębnika, coś sobie połamał albo ciężko uszkodził. Po operacji pozostał w domu opieki.

Podobno jadłem rosołki z tych gołębi, jako że byłem dzieckiem malutkim i często chorującym. Tak samo mnie i brata ratował w niemowlęctwie inny ujek, bioterapeuta, który właśnie w ten sposób szlifował swój dar w mrocznych dniach stanu wojennego, a po ustawie Wilczka poszedł w alternatywna medycynę na całego, likwidując stopniowo lisia fermę z tradycjami. Ale i tak najdziwniejsza historia wydarzyła mi się w środku podstawówki, kiedy z babcią, od kilku lat w Rajchu,  pojechaliśmy odwiedzić Antka w tej jego izbie. Nikogo nie było, w drodze powrotnej taksiarz rąbnął nas na kasę, wzbudzając we mnie poczucie winy,  że nie wiem jak wrócić do domu. Wróciliśmy, z kolei Antek dopiero co odjechał do siebie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek, wcześniej czy później, u nas był.