Pozwól, piękna

– Ilu trzeba Polaków, by nad Wisłą zapanował ład i porządek? – Zapytał profesor i zaraz sam sobie odpowiedział:

– Żadnego. Wystarczy jeden Niemiec i kilku Rosjan. – I typowy żydowski intelektualista ze Wschodniego Wybrzeża zaśmiał się z całego gardła, choć jego pradziadek swego czasu wydostał się z Ellis Island tylko dlatego, że nauczył się czytać na odcinkach „Ogniem i mieczem” w krakowskim „Czasie”.

Jakubowi czasem żal było starego. W latach 90. otarł się o ekonomicznego Nobla, jego wzór odsetek z lokat gwarantowanych obligacjami zakładów pogrzebowych w Campton był wybrany narzędziem finansowym roku 1993 i przez dekadę napędzał Wall Street. Aż przyszedł rok 2008… Krążyły plotki, że Schaefer nie powędrował do kicia tylko dlatego, że dogadał się z federalnymi i ujawnił kilka sztuczek. Komunizujące dzieciaki z kampusu spoglądały na niego z pogardą. Zaraz po krachu ich rodzice musieli zwolnić meksykańskich ogrodników, co drastycznie zmniejszyło i tak minimalne transfery z bogatego Zachodu na biedne Południe.

Ta Ameryka strasznie go rozczarowała. Jak był mały wszyscy w familii mówili, że USA to taki lepszy Rajch i z podziwem oglądali zdjęcia znad Niagary kanadyjskiej odnogi rodziny, ale na bogów!, gdzie temu dziwnemu, pojebanemu krajowi do Europy? I to nie do jakiejś Szwajcarii, a choćby i do malutkiego Radzionkowa.

Jakub westchnął i odniósł tacę do kuchni. Ominął go maraton bostoński, choć specjalnie sfałszował najlepsze życiowe wyniki, takie to jest stypendium. Uczył tłuków większych nawet niż na politechnice gliwickiej, nie rozumieli najprostszej zasady, że pieniądz w dzisiejszym świecie to głównie mit. I dlatego trzeba go zgromadzić jak najwięcej. Fizycznie, w złocie, najlepiej w ziemi. Tacy ufni w kawałek plastyku, białe zęby i  US Navy.

I tak go lubili. Lubiły.

– Prawdziwy z pana europejski dżentelmen – Szczebiotały hoże, odkarmione na zmutowanej kukurydzy, rudowłose piękności ze Środkowego Zachodu. Wtedy przypominał sobie, by nigdy nie zamykać gabinetu i wyprowadzał  – „Pozwól, piękna” po polsku, w angielskim to już by było molestowanie – na korytarz. Poprawiał fular i chował binokle do kieszonki koszuli.

Jedyną intelektualną ulgą w tym wariackim kraju były poranne treningi męskiej reprezentacji pływackiej uniwerku. Szczupłe nóżki, potężne bary. Jakubowi, znanemu estecie i koneserowi męskiej urody, nie przeszkadzały nawet, skurczone do rozmiarów antycznych, mikro kutachy tych młodych chłopaków. Ani smród chloru i wstrętna kawa z automatu.

Tęsknił.

Nawet za Kamilem.

 

Mikrość

Wpatrywała się we mnie z uśmiechem, a jej wielkie błękitne – większe cholera nawet od moich – aż skrzyły się radością.

Czułem się trochę niezręcznie.

Oczywiście moja wybitnie męska uroda przyciąga, przyciągała i przyciągać będzie uwagę w środkach komunikacji miejskiej, tramwajach oraz autobusach Związku Transportu Metropolitalnego, jednakże z reguły – po przyłapaniu – taka osoba ucieka wzrokiem i udaje, że mnie absolutnie nie dostrzega.

Co z kolei sprawia mi ból wymieszany z poczuciem ulgi.

A ta nic, co łapiemy kontakt wzrokowy, to się uśmiecha.

Mrugam okiem. Najpierw lewym, potem prawym. Słońce odbija się od okularów.

Śmieje się.

W końcu jej odrobinę starszy brat się zorientował.

To się zaraz skończy awanturą.

Chłopiec zwrócił uwagę mamie na zachowanie siostrzyczki. Ta się ku swej młodszej latorośli pochyliła z przyganą.

Mała w ogóle się nie przejęła.

Majtała stopami w skarpetkach ze słonikami, jadła bułkę naprzemiennie z parówką i gaworzyła na cały pojazd.

Podtopienie

– Oszalała z tej męki – Wyszeptał do siebie braciszek Johann i wykonał znak krzyża.

Było piękne lipcowe popołudnie, niedziela. Na rynku miłego średniowiecznego miasta H., którą to mieścinę w cyklu rozkosznych widoczków sto lat później sportretował sam mistrz Hieronymus Bosch (a nieudolni krytycy nazwali piekłem), pachołkowie już uszykowali stos w ramach jednego z trzech dorocznych wielkich paleń zwyczajnych heretyków oraz zatwardziałych kacerzy. Rybacy z czeladzią od tygodnia pogłębiali kanał, by spławianie czarownicy wypadło szczególnie efektownie.

Mistrz katowski sprawdzał swoje ostrza i choć skryty pod kapturem, to i tak wszyscy wiedzieli, że to Pierre Francuz, rzeźnik miejski i rakarz. Postać cokolwiek podejrzana i powszechnie szanowana.

Palenie poszło nadspodziewanie dobrze i tylko ochotnicza straż pożarna grodziszcza, ówcześnie zwana strażą ogniową, zawiesiła nosy na kwintę, bo żadna stodoła ani spichlerz się nie spaliły. Matki karciły dzieci, ojcowie rodzin wyciągali niemowlęta ku górze, by te pierwszy raz w życiu mogły poznać zapach pieczonego mięsa. Hrabiowie na trybunie honorowej wyraźnie się nudzili, księżna Z. ziewała tak okrutnie, aż jej podwiązki spadły, co szczęśliwie przyuważył tylko giermek J., jej młody kochanek i bratanek zarazem, bo nawet wychudły starzec o twarzy św. Pawła z fresku, autorstwa jakiegoś trzeciorzędnego pacykarza, w miejscowej kaplicy – czego nikt nie odważył się zauważać od kiedy proboszcz popadł w kataryzm – swą mękę zniósł z godnością i słabo złorzeczył Panu Bogu.

I wtedy z więzienia wyprowadzono Jeżannę Długowłosą, którą niestety cyrulik-barbarzyńca pozbawił najpiękniejszej ozdoby. I tak męska część widowni westchnęła, a żeńska zaczęła rozmyślać o wykonaniu retorsji na swych niezbyt rozsądnych, już na pewno chutliwych ponad miarę, małżonkach.

Jeżanna szła spokojnie i z wielką elegancją, jakby w ogóle nie obawiając się topienia z zanurzaniem. Przy wiązaniu wora jeszcze dowcipkowała z pomocnikiem kata, jąkającym się młodzianem o pryszczatej twarzy. Chciała nawet biedakowi zapisać swoją ropuchę, żeby go uleczyła z trądziku, ale chłopak tylko się cały spłonił jak żelazna dziewica zbyt długo podpiekana w piecu.

Mistrz z pomocnikiem rozhuśtali worek z dziewczyną, chlup!, zanurkował w toń kanału. Publika westchnęła z ekscytacji, która stopniowo się ulatniała, tak jak i powietrze z wora. Bąbelki robiły się coraz mniejsze, aż w końcu zanikły. Święto się kończyło, rynsztoki znowu zaczęły odczuwalnie śmierdzieć i ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, z przykrością myśląc o poniedziałkowym powrocie do pracy i codziennych obowiązków, cokolwiek wtedy miejska klasa niższa robiła w poniedziałki poza zwyczajowym obijaniem się.

I wtedy Jeżanna Zwycięska wychynęła z kanału i odleciała na Wschód, triumfalnie chichocząc nad otępiałym tłumem. Tak rodziła się nowożytność, tak to było.

Co do losów dalszych Jeżanny zbyt wiele pewnego nie wiadomo. Pierwsza, cokolwiek baśniowa wersja podaje, że osiadła w bajkowym kraju Polska. Druga, której kronikarz daje większą wiarę, skupia się na podróży do Kitaju, założeniu słynnego klasztoru nindż i pierwszej wojnie z podstępnie napadniętymi niewinnymi  pandziakami.

Łowca

Goniłem fokę. Na Biegunie Południowym. Oczami wyobraźni widziałem już te wszystkie śniegowce i półbuty, które z niej zrobię i sprzedam na cotygodniowym targu na Wirku. Pierwszy tysiąc, jak to mówią, trzeba wyszarpać. Przyrodzie albo urzędowi skarbowemu. Ta foka, niby taka nieruchliwa, ciągle mi się wymykała. Co gorsza, słyszałem głosy. Wszystkich koleżanek, twierdzących że to najlepsza z fok i jak ją skrzywdzę, to mogę pakować walizki do Bangladeszu. Więc ta foka gnała przede mną i przed moim harpunem z kości wieloryba – skąd wiedziałem, że to był wieloryb? – i kiedy kiedy kiedy…. już ją miałem nadziać, wysmyknęła się do Oceanu, uśmiechając się okrutnie i z leksza lubieżnie. Stałem samotnie na krze lodowej, a moje białe futro dygotało ze złości, z każdą chwilą robiąc się bardziej szarawe. Dryfowałem ku Archangielsku, a łódź podwodna „Kursk” oddawała mi honory. Ruskie zeźrą i przerobią na dywan.

I wtedy się obudziłem. Te popołudniowe drzemki kiedyś mnie wykończą, powiem Wam.

Człowiek się budzi jeszcze bardziej zmęczony niż zasnął, strużka śliny wije się na książkę o dawnych Mongołach – nie mam tu żadnej teorii na temat krwiożerczości federacji mongolskiej, wydaje mi się dziwna, jeśli człowiek jest najlepszym towarem w historii, no ale może po prostu nie lubili wielkich miast, ceniąc sobie jurty nad rzeczkami i sielankę –  i czuje się człowiek jeszcze tłustszy niż rano.

Wyszedłem.

Nie, nie z Ćwitra, ale tak naprawdę.

Z domu.

Wyszedłem.

Zaczynam to moje człapanie i po pierwszym kilometrze cuś z tyłu nie daje mi spokoju. Obracam się, prawie rozjeżdża mnie srebrna służbówka, a za mną podąża, no… taki szwendałek. Kij sobie wyciął z leszczyny, buty czerwone i lekkie, sportowe, kapelusik elegancki z piórkiem i kompas z przodu zielonkawej koszuli z wieloma kieszeniami.  Organki. Normalnie jakiś Włóczykij.

Dalej śnię, przestraszyłem się nie na żarty. Nienażarty też, dieta cud obiecywali, wystarczy nie jeść miesiąc i schudniesz, a ile w piniondzu oszczędzisz, przy tych cenach warzyw i owoców zwłaszcza. I teraz mam majaki z tego głodu prześmiesznego, bo nie takiego prawdziwego, tylko głodu wynikającego z nadmiaru.

Bredzę intelektualnie, a Polacy zaczynają sezon srania na wydmach.

To najdziwniejsza jednak rzecz jaką widziałem podczas biegactwa na hałdach, a widziałem między innymi skina-derwisza, tak naćpanego, że wirował w słońcu i tylko szelki tak śmiesznie odbijały się na białej koszulce.

Biegłem więc co raz to szybciej, ale dystans między nami, między mną a mym spokojnym prześladowcą, ciągle się zmniejszał, takim to wytrawnym piechurem on był. I kiedy mnie  w końcu zawołał, tuż za mostem na Radoszowach, użył mego imienia:

– Adaś!

I aż wszystkie ptaki zaczęły szwargotać, sarny i lisy uciekały w popłochu, wielki siwy dzik spoglądał na mnie z tradycyjną pogardą. A jakbym nie nazywał się Adaś? – Przemknęło mi przez głowę. To imię zniszczyło mi życie. Adaś to albo tamto. Gdybym był takim Marcinem, to dziś miałbym własną kancelarię przecież, jak oni wszyscy. Jest tyle pięknych imiona na świecie, a wszyscy mówią mi Adaś i myślą, że wszystko wiedzą. Ech…

– Adaś! Przede mną nie uciekniesz – Zawołał ten Szwendałek jak go już w myślach nazywałem i próbując ostatniego fortelu, rzuciłem się pod tira zagubionego na tej trasie, bo most jest za niski i chuja, nie przejedzie dalej. Nic to nie dało, tylko sie smarem pobrudziłem.

– Przecież mnie wymyślasz, lebiego – Zakrzyknął Szwendałek. – Im szybciej przede mną uciekasz, tym szybciej cię dogonię, ośle jerychoński!

Poddałem się. No i ten Szwendałek nachyla się ku mnie, z ust czuję zapach tych wstrętnych olęderskich cukierków z rybakiem – foczym łowcą? – na opakowaniu i pyta się mnie tak:

– Dlaczego wczoraj napisałeś, że ja napisałem, że ty napisałeś, że ja napiszę, że teraz piszesz, że ja napiszę, że ty napiszesz, że napisałem, że napiszesz?

Wariat. No po prostu wariat.

I wtedy się obudziłem.

Baťko

Nichto ne lubit Łukašenkovoho Koli jak môj baťko. Vsia naša chatka obklejona Bat’kovymi snimkami, blaška. Ne byvaje nediêli, kob kohoś z našych ne klikali do miêściovoho ABW. A sktukačê vse peršy nam zdrastvujutsia, jak pobačymsia v horodi.

Koli była małaja, pomniu, jak baťko odiahav mene v mundir. Tiažko podychav nam moimi kosičkami jak sołoma, vpichav jich pud oficierskuju šapku i kazav mniê po-pôlśku (po-svojomu hovoryv šče hôrš od mene), što jak podrostu, to voźmu vłasť ne tôlko v Minśku, ale šče i v Moskvie. Na Kremliê budem hlediêti zory, moja mała księżniczko! Koli voročalisia z sadika, staviv mene na karuzelu, kob salutovała ja kuliêhom i kuliežankom, kotory mašyrovali kruhom placiuvki. Až do toho, jak kotoraś mati vyłupit oko z telefona i jak ne załomoče staroho raz sumkoju v łob!

– Tak! Ono polačka može potreskati biłorusa! Tyšču liêt nevoli, Hospodi pomiłuj – odbrechivav Łapinśkoji, koli vže vertalisia do chaty i vže spokôjno ze meblom môh ponarykati.

Abo takoje: čytaju na sajti Naše Pudlaše kropka Peel: ‘Jak štorok z sažałki vytiahnuli mužyka v kombinezoni soviêćkich hokeistuv čempionata mira 1976’. I naveť ne nažmu na linka, ono znaju: treba bude za baťka štraf zanesti. I opiať dati hokejny kanki, kob počystili i poładili.

Jak vže trichu pudrosła, kožnu subotu-nediêlu łazili do galerii. Ja v siêtum mundiry, choč vže vyrosša z joho była i nohi było vidno. Musiła požymati ruki vsiech kruhom, jak staryk kazav, što ja – budučy Baťko. Tre skazati, što tohdy žyłosia nam bajki, bo i kidali lude v moju šapku paru złoty, to ne tôlko kartochli i kartochli na obiêd byli. Sało taksamo podjidali!

V himnazii korotki čas byv u mene uchažor. Baťko sovsiem tohdy zduriêv. Pryvodžu chłopcia peršy raz v chatu, a baťko vže spud łoba łypaje, blinčyki z ikroju daje na talerci i ono divitsia, jak toj koštuje. I kryčyt jak Sava v cerkwi:

Jak medvieď, ciêłoju łapoju perechrystivsia do jedła, katolik pohany! I poženuv biêdnoho Adaśku. Siêty tak pereniavsia, až perepołochavsia, i se familija v joho nastojašco ruśka (bohom-pravduju bôlš jak naša), to siêty HiperLachom zrobivia i naveť posłom na pôlśki Sojm stav.

Abo tak: jedem na daču. Ode, de koliś diêdy žyli. A vsiu vesnu taki došč išov, što ładoju našoju bližej jak na kilometr ne pudjedeš. Staryk ze ščasta čuť ne posravsia: Kamyš, dryhva! I raz počynaje dumati de zbuduje chatku: nastojaščuju, pudlaśku, našu! So strechoju i połapom. Kob žadion Lach ne našov nas na dryhvie budemo svobodno, jak do krevśkoji zdrady 1386 žyti. I baťko chrestitsia dva raz: normalno, druhi po staroviêrśku, na vsiaki słučaj.

Uzimku dla mene z mamoju to byv spokuj. A jak baťko utiêšyvsia, jak učyteliê zastrajkovali! (‘ne budeš dočeńka maturu łatinkoju pisati, chutčej ja zdochnu!’). Ale perš za vsio zaliêz na jakiś sajt, de kožny druhi nepolak, i vozbudžony taki sniêdavšy rozskazuje: – Jak vy nepolaki, se vsie vy po-pôlśki pišete i štodeń obsobačujete PiS za siête, što navyroblali! Peršu nediêlu ja probuvała jomu tołkovati. Ale jak vytołkuješ takomu, siêty ono pošmichajtsia: – Tak to je v Pôlščy! Nichto ne choče byti polakom, a vsie za ikonoju jak skarb trymajut papiery z pôlśkoho miatieža, toho, što za cara Aleksandra lachi ustroili.

Abo za Bismarkovym obrazom ‘Pana Tadevuša’ z 1890 roku, jak siêty baťkovy znakomy z interneta. Siêty, što z im stray podiêlili Pôlšču miêždu Biłoruś i Gurny Šlunśk. [voročaja očami] O, siêty to musit durniejšy mojoho staryka, jak taki to šlunzak, a v Dortmundi ne sidit!

Ot vžež [:)]

O to, to!

Nedavno vony i posvarylisia (čy za Płoćk, čy Połoćk, ja ne poniała dokładno). To baťko po chati krutitsia, fajku kukuruznuju kuryt (tak, tak, vy uhadali – kukuruza ž sama v śviêti korenno biłoruśkie žež ziele) i pomstu obdumvaje na siêtym. – Z teperošnioho žadnoji nimećkoji chimii v chati! – ot, taku strašnuju karu tomu vydumav. Mati teper vsie pliny perelivaje v butylki pośli araratuv i ahdamuv.

Baťko ne p’je z 91 roku. Ponimaje. Spadok po Sojuzovi. Koli Biłoruś na Kamčati kunčałasia.

Mój stary jest…

Mój stary jest wielkim fanem Koli Łukaszenki. Całe mieszkanie oblepione zdjęciami Batki, najgorzej. Nie ma tygodnia, by jedno z nas nie było wzywane do miejscowej delegatury ABW.  Tajniacy zawsze pierwsi mówią dzień dobry, kiedy się spotykamy na mieście.

Kiedy byłam mała, pamiętam, tato ubierał mnie w mundur, ciężko wzdychając nad moimi słomianymi warkoczykami, chował je pod oficerską czapką i mówił do mnie, po polsku, bo po naszemu mówi jeszcze gorzej niż ja, że jak dorosnę będę rządzić nie tylko Mińskiem, ale i Moskwą. Z Kremla będziemy patrzeć w gwiazdy, moja mała kniazini! Kiedy wracaliśmy z przedszkola zawsze musiałam stać na karuzeli i salutować moim kolegom i koleżankom, którzy defilowali wkoło placu zabaw, aż któraś matka w końcu podnosiła wzrok znad telefonu i jak starego nie rąbnie w łeb torebką!

– Tak to tylko Polka tak może stłuc Białorusina, tysiąc lat niewoli, Panie Bohu pomiłuj – wygrażał pani Łapińskiej, kiedy już wróciliśmy do domu i mógł bezpiecznie ponarzekać zza meblościanki.

Albo to. Czytam na portalu Nasze Podlasie Kropka Peel „Jak co roku wyłowiono mężczyznę w stroju radzieckiego hokeisty z mistrzostw świata 76 w pobliskim stawie”, to nawet nie chce mi się klikać, tylko wiem, że znowu trzeba będzie zapłacić za starego grzywnę. No i dać hokejówki do wyczyszczenia i naprawy.

Jak już trochę podrosłam, chodziliśmy po galeriach handlowych w okolicy, co weekend po innej, to w tym mundurze – choć już wyrośnięta byłam i łydki wystawały – musiałam ściskać dłonie wszystkim wokół, a stary mówił, że jestem przyszłym Batką. Przyznać muszę, że nieźle wtedy żyliśmy, bo co niektórzy wrzucali mi kilka złotych do wojskowej czapki i nie tylko kartoszka i kartoszka ciągle na obiad, ale i słonina czasem.

W gimnazjum miałam przez moment chłopaka, to stary już do reszty zwariował. No, przyprowadzam pierwszy raz do domu, a ojczulek już na niego złowrogo łypie, bliny z kawiorem podsuwa chytrze na talerz i patrzy tylko jak chłopak je.  I  krzyczy triumfalnie:

– Czterema, czterema palcami się nie przeżegnał przed jedzeniem, katolik jeden!!! – I wygnał biednego Adama. Ten to się tak tym przejął i w małą trałemkę popadł, że choć nazwisko rusińskie jak należy – bardziej niż nasze tak po prawdzie – Wszech Polakiem został i nawet posłem na sejm, polski, jest.

Albo jedziemy raz na działkę, po dziadkach, całą wiosnę padało, podjechać ładą bliżej niż na kilometr się nie da. Stary zachwycony. – Szuwary, szuwary – I już zaczyna planować, gdzie postawi chatkę taką prawdziwie naszą, ze strzechą i klepiskiem, to żaden Lach w życiu nas nie znajdzie na moczarach i będziemy wolni jak przed 1386. Rokiem. I żegna się, dwa razy, raz zwyczajnie, a raz po starowiersku, tak na wszelki wypadek.

Przez zimę to miałyśmy z mamusią nawet spokój, a jak się cieszył ze strajku nauczycieli („nie będziesz córuś matury zdawać, nie w łacińskim alfabecie, po moim trupie”), no ale przede wszystkim wszedł na jakiś portal, gdzie co drugi to nie Polak, jak podniecony nam opowiadał każdego ranka przy śniadaniu. – No jak nie Polacy, jak po polsku piszecie i ciągle gadacie o tym, co PiS znowu nawywijał? – Przez pierwszy tydzień próbowałam starego prostować, ale zbywał mnie pogardliwym uśmiechem. Tak to jest w Polsce. Nikt nie chce być Polakiem, a wszyscy papiery z powstania styczniowego za ikoną jak skarb trzymają.

Albo za portretem Bismarcka „Pana Tadeusza” z 1890 jak ten jeden znajomy starego z internetu, co to razem podzielili Polskę między Białoruś, a Gurny Slunsk. [Przewraca oczami]. No, rzeczywiście przewracam oczami, bo ten tamten to głupszy musi być nawet od mojego starego i jak jest taki wielki Ślązak, to czemu nie siedzi w Dortmundzie?

No właśnie. [Triumfująca buźka]

No właśnie!

Ostatnio się zresztą pokłócili, poszło o Płock albo Połock, nie zrozumiałam dokładnie, i stary chodzi po domu, pali fajkę z kukurydzy – tak, kukurydza to oczywiście roślina rdzennie białoruska, zgadliscie – i obmyśla jak się zemścić na tamtym. – Od dziś żadnej niemieckiej chemii w domu – Taką to pierwszą retorsję obmyślił, mamusia przelewa teraz płyny do prania do butelek po armeńskim koniaku.

Stary nie pija od 91 roku, ale akceptuje. Jako spadek po Sojuzie. I Białorusi aż po Sachalin.

Diariusz pechowego kidnapera

Już pierwsze moje porwanie zakończyło się sukcesem. Poszliśmy ze starym na piwo, kufelek za kufelkiem i jakoś tak to się wydarzyło. Mama, widząc wózek z berbeciem pod knajpą, cichutko zaczęła pchać do domu, w środku spałem bynajmniej ja. Tatulek podobno latał po całym osiedlu, aż w końcu wpadł na pomysł sprawdzenia w domu. Potem długo nigdy się nie rozstawaliśmy. Jakiś miesiąc później na przykład spałem na meczu Ruchu. Tak, też wolałbym męskie popołudnie w późnopeerelowskiej knajpie. Bynajmniej.

Przykład ten bynajmniej pokazuje, że nie ma akcji bez reakcji, przemoc rodzi przemoc, szczuci szczują najbardziej.

Ogólnie urodziłem się malutki. Tak bardzo, że kiedy jechaliśmy ze szpitala do domu, nie znaleziono ubranek mojego rozmiaru, dlatego w kocyku zawinięty wracałem w kieszeni maminego kożucha, właściwie to pierwszy raz jechałem, do domu, jakie tam wracałem? I tylko moje ślepka rozglądały się ciekawie po świecie, obserwując żołnierzy przy koksownikach i  pojazdy opancerzone. Zima była szara tamtego roku. Przeżyłem.

Bynajmniej nie zrażony takimi spiskami postanowiłem porwać tłumy i w siódmej klasie podstawówki wystartowałem do samorządu szkolnego. Przymuszony młodszy brat narysował plakat, głosiłem program oraz rozdawałem cukierki wyborcze i w elekcji zdobyłem, hmmm, cały jeden głos. Do dziś nie wiem, kto to był, brat, nawet ciężko poturbowany, zarzekał się, że to nie on. Aż tak głupi to nawet on nie jest. Musi przegrał jakiś zakład, ten tajemniczy tamten. Rozsądny wyborca.

Kilka lat później, kiedy moim rówieśnicy świętowali zdanie matury, ja już rozkręcałem nowy biznes. Pamiętam, wtedy moim ulubionym pisarzem był bynajmniej Hasek, komuch i Czechosłowak, jak się później dowiedziałem. I postanowiłem, jak Szwejk, ten genialny idiota, żyć z piesków. W krótkim czasie miałem ich osiem w pokoju. Dwa jamniczki, kilka jakichś innych, już nie pamiętam, i jednego szczeniaczka, malamuta. Tak mi się wydawało. Szczeniak miał inne przekonania i genealogię, bynajmniej. Był wilkiem. Nie jest bynajmniej prawdą, ze zastrzyki przeciw wściekliźnie bardzo bolą. Nie w porównaniu z trzykrotnym zszywaniem moszny.

To wtedy mamunia oznajmiła z dumą sąsiadkom przy kawce: Ale nieudanego psychopatę urodziłam. Wilka czasem słyszę, jak wyje z tęsknoty za mną. Choć moje najlepsze części już ma.

Wyprzedziłem czasy, obiektywnie. Dziś każdy właściciel, dajmy na to Misia, od razu dałby z pięć stów znaleźnego, jakby takiego Misia z tydzień przetrzymać. Bynajmniej w komfortowych warunkach. I po rękach całował.

Ostatnio bynajmniej postanowiłem wykonać ostateczny krok w moim fachu. Obmyśliłem sobie porwać jakąś dzierlatkę z burżuazji i w tym to celu udałem się, pociągiem i autobusami, do stolicy.  Na bilecie ulgowym. Tu, na Śląsku, nie ma prawdziwej klasy średniej po prawdzie i nawet fajnopolacy uważają się za symetrystów ewentualnie proletaryat. Taki to prędzej przez miesiąc hamburgery będzie żarł, okupu nie zapłaci.   Wypatrzyłem taką jedną, od ziemi odrośniętą, dobrze wykarmioną i w ogóle, myślę sobie – ani chybi maturzystka. A że uraz edukacyjny mam, bynajmniej i w ogóle, posiadam ogromny, to jak jej nie spakuję do torby i do flixbusa (w stronę powrotną musiałem się niestety wykosztować, ale to  przecież inwestycja).

I wszystko by było ok, ale otwieram torbę już w mieszkaniu i ta na mnie z pyskiem. Że już po mnie, że jak ojciec się dowie to mnie zakopią w niepoświęconej ziemi, że już nie żyję bynajmniej, i w ogóle nawet jej mi żal, tak mi jaja pourywają. Prychnąłem nie sarkastycznie.

– Kim jest szanowny tatuś z zawodu, panienko? Policmajstrem albo senatorem może?  – Pytam niby ironicznie, choć ze strachem, wyznam jak na spowiedzi,  co jak się za chwilę okaże nie bez znaczenia jest, pewnym.

– Gorzej. Wikarym. – Triumfalnie odpowiedziała smarkula.

Duchownym? Bynajmniej to atut. Taki to zapłaci trzy razy, by się ludzie nie dowiedzieli. Wysłałem jeden list. Drugi. Trzeci. Dziesiąty. I nic. Biskupa zaalarmowałem. Cisza. Dziewczynisko zrobiło się nieznośne. Je, pazury maluje, w ogóle się uczyć nie chce, śmieci nie wynosi. Faza buntu i naporu. Zmieniła poparcie z pierwszej partii na tę drugą. I w ogóle ząbkuje.

Apokalipsa na stadionie Arsenalu

Na pierwszym planie widzimy śpiwór. Wtulony w niego szpakowaty mężczyzna o twarzy pooranej zmarszczkami to pewnie bezdomny, który poprzedniego wieczoru umościł sobie legowisko na zielonej Trawie, nie zważając na fakt, że za nim rozgrywany jest Mecz. W odczytaniu wizji nieznanego flamandzkiego malarza ze szkoły van Dijka jest to pierwszy z symboli Znaczących, trzeba więc w tym miejscu podkreślić, czym w ówczesnych czasach były Mecze.

Mecze na początku XXI wieku były rodzajem plebejskiej rozrywki, zza kulis sterowanej przez patrycjuszy, tak by utrzymywać masy w stanie równowagi między Oczekiwanym, a Osiągalnym. Sama gra polegała na wkopywaniu pęcherza świni, później rodzaju piłki z syntetycznych materiałów, w arbitralnie wybrany prostokąt o wymiarach  1,66 na 0,55 liga. W wydarzeniu uczestniczyła blisko trzydziestoosobowa grupa, najczęściej młodych  mężczyzn, których podstawowa liczba była z reguły stała i wynosiła dwadzieścia dwa. Pozostałymi uczestnikami byli tzw. Sędziowie, a ich liczba wahała się najczęściej od trzech do siedmiu, w zależności od poziomu rozgrywek.

Prawdopodobnie to właśnie figura Sędziego skłoniła nieznanego autora z generacji tzw. tradycyjnych popartowców (deskowych) do wpisania w symbolikę Meczu znacznie starszego Eposu jakim jest Apokalipsa. Ta wywodząca się z judeochrześcijańskiej Tradycji Wizja Końca Świata opierała się na ceremoniale Sądu, w którym część ludzkości – nie sprecyzowano jak wielka, najprawdopodobniej mniejszość – trafi do Nieba, reszta wyląduje prosto w Piekle. Nie jest moim celem roztrząsanie sensowności ludzkiej teologii – dla dzisiejszego biorobota kompletnie niezrozumiałej, wtedy jeszcze nie orientowano się we wpływie białka na neuroprzekaźniki zbyt dobrze, na potrzeby tego katalogu wystarczy wspomnieć, iż obraz idealnie wpisuje się w te prymitywne wyobrażenia.

Mecz mianowicie miał ten główny Cel Katartyczny, że wpychał część obserwatorów w rozpacz, część w euforię. I tak jak przy Sądzie Ostatecznym dzielili się oni albo na Mniejszość albo Większość, przy czym pierwszych nazywano z reguły Kibicami Gości, drugich Kibicami Gospodarzy. Ten pozorny dualizm jest jakże charakterystyczny dla ówczesnych stosunków społecznych, które niby gwarantowały wszystkim Obywatelom równość, w rzeczywistości jednak – przed Przeniesieniem – już samo Ciało Człowiecze i skryty w nim Zwierzęcy Lęk, determinowały powstawanie nierówności.

Jak udało się ustalić badaczom, tytułowy Arsenal był wówczas pomniejszym Klubem z nieodnalezionego do dziś miasta w zachodniej Eurotyce o nazwie Londyn/倫敦/Londyn/Londinum/লণ্ডন/. Do jego rytualnych wrogów należały Tottenham, MU [Murcki Ubezpieczenia?]  i Legia Warszawa. Opisywany obraz ukazuje Rozgrywkę z jednym z tych odwiecznych wrogów. Bezdomny leżący na pierwszym planie zdaje się nie interesować wydarzeniami, w oddali widać przerażone, odczłowieczone twarze Kibiców, w jednej z Bramek można dostrzec mały kulisty przedmiot. Ostatecznie ustalono, że to musi być Piłka. Mamy więc do czynienia z Golem. Najprawdopodobniej strzelonym Na Wyjeździe, który to sposób był z nieznanych nam przyczyn bardziej wartościowy niż Gol U Siebie. Anonimowy malarz, by pogłębić zgrozę płynąć z obrazu, namalował powyżej stadionu Tęczę. Do dziś nie udało się jednak stwierdzić obiektywnie: sześcio- czy siedmio-barwną.

Nawet nie rozróżniając wszystkich tych Kontekstów można się bezwarunkowo zachwycać prymitywnym kunsztem nieznanego artysty, który we wczesnej Erze Robockiej, na swój ograniczony sposób, starał się oddać podstawowe Lęki gatunku odchodzącego w Przeszłość. Świadomej przyjemności nie są w stanie nawet zepsuć niechlujnie, utrzymane w stylistyce wczesnego Hieronymusa Boscha, Bandy Reklamowe, których przeznaczenie pozostaje nieznane i mogą być późniejszym Domalowaniem nieudolnego konserwatora.

Cebularz polski (6/97)

Większość łotrów karierę życiową zaczyna od parlamentu, a kończy na szubienicy. W przypadku Piotra Humboldta de Vigny było dokładnie odwrotnie. Urodził się mianowicie, kiedy jego szacowna mamusia już od minuty wierzgała nóżkami, całkiem kształtnymi zresztą, na szubienicy, a zafascynowany tłum aż jęknął, kiedy spod kiecki wyleciał nasz bohater. Najbardziej zdziwiona była główna zainteresowana, która sądziła, że cierpi na zaparcia od tego stresu i w myślach wspominała potencjalnych tatusiów, każdemu jednemu złorzecząc cichutko. Kat był niestety nowy w zawodzie, i już do końca swych dni musiał się mierzyć z piętnem tego, który powiesił ciężarną i tak Piotr został sierotą. No, w najlepszym razie pół sierotą.

Kolejne dziesięć lat swego życia nasz bohater spędził w ochronkach, klasztorach i rodzinach zastępczych. Z pierwszych uciekał, w drugich wykorzystywał lubieżnie biednych ojczulków i konfratrów, dziewięćdziesięcioletni ojciec Pafnucy do dziś nie potrafi otrząsnąć się z traumy doznanej, kiedy był jeszcze młodym, ufnym w ludzi, mężczyzną. Krótkie epizody w rodzinach zastępczych każdorazowo kończyły się spięciami instalacji elektrycznej i pożarami całych kwartałów miast. „Przypadek? Nie sądzę.” – Odpowiadał przepytującym go policjantom, ale wobec braku dowodów, każdorazowo był wypuszczany na wolność.

W wieku 11 lat założył własną bandę i rozpoczął, między innymi, rabować podróżnych przy drogach. Jego ojczysty kraj przechodził wówczas jednak Transformację i już dwa lata później Piotr otrzymał licencję na pobieranie myta na swoim skrzyżowaniu. Uprzedzając nieco fakty – kilka lat później, jako stary zasiedca, wykupił rozstaje za 30% wartości i w ten sposób rozpoczął budowę legalnego biznesowego imperium. Nielegalnie bowiem w tym czasie rozszerzył swą działalność o rekiet wozów transportowych, zakładanie zamtuzów, produkcję gipsowych krasnali oraz wykup powszechnych bonów reprywatyzacyjnych od zdezorientowanych chłopów oraz robotników.

Po uzyskania praw wyborczych, najpierw czynnych, potem biernych, płynnie przekształcił swoją bandę w partię polityczną, liberalno-narodową w pierwszych latach działalności, narodowo-liberalną w następnych. Dzięki wrodzonej charyzmie, oraz kilka działaniom mniej oczywistym, choć komisja wyborcza nie dopatrzyła się żadnych uchybień ani nadużyć, w wieku 21 lat po raz pierwszy został posłem. Przez trzy kadencje pozostawał liderem opozycji, by później po raz pierwszy zostać premierem. Dekretem zawiesił wykonywanie kary śmierci, co spowodowało wielkie protesty społeczne i w powiązaniu z kryzysem głodowym wysadziło w powietrze jego gabinet. Rozsądniejsi komentatorzy twierdzili zgodnie, że 200 000 umierających dzieci to może pewien problem społeczny, wolny rynek jednak zawsze wie, co dla niego najlepsze i stop interwencjom państwa, ale zakazanie kary śmierci w chrześcijańskim państwie, to już – proszę księdza eksperta, zgadzamy się przecież – pewna przesada.

Piotra, będącego właśnie w trakcie zmieniania rodowego nazwiska na bardziej powszechne w tym regionie geograficznym Europy (Nowak-Kowalski), to nie zniechęciło do dalszych działań publicznych. Czytał Pickiettiego i Wosia, zaczął biegać półmaratony, przyswoił sobie najnowsze nurty myśli gospodarczej i obyczajowej. W 2015 roku wygrał wybory z przewagą konstytucyjną głosząc odrodzenie religijne przed politycznym. Następnie przekształcił demokrację w monarchię, samemu siebie ogłaszając królem elekcyjnym.

Przed parlamentem w Canberrze bohatersko protestował jeden jedyny człowiek.

Profesor Sadurski.

Skowronek na wolności

Autosan zatoczył koło na żwirowym parkingu. Z rozgrzanego wnętrza pojazdu zaczęli się wysypywać majówkowicze, każden jeden z ręcznikiem, niektórzy z kocami. Grzecznie ustawili się w kolejce po bilety, tylko jeden, najwidoczniej podpity już typ, w kaszkiecie i w ogóle, zaczął się awanturować, że czy nie można by aby otworzyć drugiej kasy albo i trzeciej od razu, taki bezczelny i nieczuły na los ludu pracującego w święto narodowe. Ostatni wygramolił się kierowca, mijając się u wejścia do stróżówki z kierownikiem.

– Dzień dobry, panie Nowak.

– Dobry, kierowniku Skowronek.

– Popilnuje pan, panie Nowak? Niedobory mamy. Radyjko sobie może pan puścić, a ja w tym czasie wyskoczę na kilka browarków. Znaczy się zaległe sprawy mam w tej oto teczuszce – I puknął znacząco środkowym palcem w papier.

– Jak szef sobie życzy. – Odparł pan Nowak, choć nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego propozycją.

***

– Tyskie dla pana, panie Nowak.

– Nie trzeba było, szefie.

– A, proszę się nie krygować, i tak odciągnę z pensji. I co, spokojnie było?

– Symetrycznie to jak najbardziej, obiektywnie nie bardzo.

– Premier dzwonił jak mnie nie było albo co? – Przestraszył się Skowronek.

– Gorzej, chryja cała była. No widzi pan kierownik, wyszła z tego oto gmachu taka oto jedna kształtna ślicznotka, włosy jeszcze nie wysuszone i jak nie rzuci się na biednego przechodnia i nie zacznie się na niego wydzierać, a ten przechodzień to taki z gatunku przeciętnych, żaden przystojniak ani nic w tym stylu, marność pod marnościami, panie kierowniku i sztorcuje go, ja tu wiernie cytuję, panie kierowniku, nawet nagranie mam jakby co, że jest gizd, chachor i nawet leber i, że mo do Zagłębia Ruhry wydupiać – taka ładna bestyjka, ech, ta dzisiejsza młodzież – po opla, a nie kłuć jej w oczy, co to i tak się siatkówka się odkleja, mercedesem i żeby się wstydził… – Zawiesił głos pan Nowak, kierowca klasy autobusowej i każdej innej, niegdysiejszy deklamator akademicki, w klasie szóstej ośmioklasowej podstawówki to jeszcze się przydarzyło.

– A co było dalej? – Zaciekawił się kierownik.

– Ano nic. Ten chłop był jakiś ciulaty, pewnie Ślunzok czysty od pokoleń,  powiem panu, kierowniku, że jak się krwi nie rozrzedza inkszymi genami, to też niedobrze i zamiast okazję wykorzystać, mojito postawić w jakiejś knajpie albo co, dał chodu i kierowniku Skowronek, jak on pięknie biegł za autobusem i machał, żeby mu drzwi tylne otworzono, jak te swoje nogi wyciągał do góry i jak pięknie się niemal zabił, kiedy ta sto trzydziestka w końcu na przystanku zahamowała. I tylko krzyczał coś o Szczepanie, przecież to na bank była Marta, tylko one potrafią być tak pełne uroku, szefie, że znowu go pomylili z jakimś Twardochem i że on ma dość, pierdoli takie pisanie. Czerwony na gębie był jak, nie przymierzając, poprzedni nasz pan prezydent, kiedy ogłaszano wyniki wyborów.

– A ta panienka, ta taka kształtna, nadal gdzieś tu fruwa? – I kierownik, stary zbereźnik, aż się oblizał.

– Pojechała do domu. Na Rybnik, tak myślę. Patrzy pan kierownik, moi już wychodzą. Ma pan może gumę jakąś na zbyciu? Jakby dmuchać trzeba było?

Pan w kaszkiecie znowu był pierwszy, i ponownie się wydzierał jakby go obdzierano żywcem ze skóry.  Że on może siedzieć tylko w środku i po lewej stronie, bo słońce i silnik, na kole to mogą sobie fajnopolacy, nie on, klasa pracująca miast oraz wsi pobliskich. Pan Nowak westchnął ciężko. Byle dotrwać do normalnego dnia roboczego. Zresztą kiedy już skończy te studia, to on wszystkim pokaże. Zarządzanie zasobami ludzkimi na światowym poziomie.