Neopolak

Minął Muzeum Chleba, dalej już tylko dom weselny, baza transportowa i koniec Radzionkowa. Często wtedy skręcał w słynny tunel, wąski jak dupa polskiego heteroseksualnego wyborcy z klasy średniej i mógł tylko liczyć na to, że synki z Piekar nie urządziły sobie akurat swojskiej wersji wyścigu Paryż-Dakar i nie rozjedzie go jakiś nastoletni przystojniacha w swym podrasowanym maluchu za kasę z bierzmowania.

San Francisco straszliwie go rozczarowało. Słynne pedalskie miasto wolnej miłości, a chętnych ciot mniej niż na regionalnej konwencji partii konserwatywnej w Bytomiu. Nic tak szybko się nie starzeje jak rewolucja, pomyślał sentencjonalnie Profesor Wizytujący Rzaba i jednak skręcił ku Piekarom. Na kalwarii leżą babcia z dziadkiem, to po nich nigdy się nie uśmiechał na zdjęciach. Babka znerwicowana, dziadek jak to typowy Ślązak – przytłoczony małżonką. Nawet jak miał jedenaście lat się nie uśmiechał. Rodzicom powie, ze był na cmentarzu, ucieszą się.

Nigdy już nie będzie narzekał na ślunski smog, obiecał sobie w Chicago, poruszając się tamtejszymi podmiejskimi kolejkami pośród rozpadającego się industrialu i wiktoriańskich kamienic zasiedlonych przez Latynosów. Kolejny, po Borgesie, Nabokovie, Singerze i Wojciechu Orlińskim europejski intelektualista zagubiony w Ameryce! Ten kraj nie naprawdę nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to tym gorzej dla niego. Taki rozpad i histeria.

Oby matka pożyczyła trochę grosza, przynajmniej do pierwszego, bo teraz nie miał nawet na bilet na jedno miasto, a trochę go kryzys złapał i chętnie by wsiadł do 73. Poczytał opinie o tej Białej Małpie i to porządny lokal, najtańsze hamburgery od dwóch dych, nie taka speluna jak ujka Kazika, gdzie mógł walić Tyskie jeden kufel za drugim na krechę, a nawet dolać sobie spirytusu z małpki.  Najlepsza koszula też tylko z Reserved, aż się zastanawiał, czy nie odpruć metki. W gości przecież jedzie!

Z klas wyklętych beki nie kręcę

Ziomków na redystrybucji rap nęcę

Miał taką apkę w telefonie, co przy spadku tempa poniżej 5 minut na kilometr puszczała najlepsze utwory polskiego zaangażowanego hip hopu, 5 na kilometr to tempo dobre dla żółwi i pierwszy raz usłyszał to cholerstwo. Motyla noga, naprawdę stresuje go to pierwsze spotkanie z Kamilem. A może bardziej wyjazd na reprezentacyjną ulicę wielkich Katowic? Przyspieszył. Znowu baza transportowa, zaraz Muzeum Chleba, zaraz będzie w domu. Szybki prysznic i trzeba będzie poszukać pandziej czapki bezpieczeństwa!

Reklamy

Chodziło tylko o ryby

Asia, Asia!

„Palce ojca, stopy mojego starego, oto sekret nawiedzenia Elżbiety” – oto pierwsze co pomyślałam, kiedy zobaczyłam mojego wnuka. Dwa tygodnie już miał, w końcu go wypuszczono ze szpitala, taki kurczak ze sterczącymi włoskami, a i to niezbyt wielki. Kruszynka. I tylko te ogromniaste stopy mojego starego, dziadka znaczy się, a Elżunia taka dumna, matka Polka w szesnastym roku życia. I tylko nie dotykaj, nie noś, nie tak. A co myśli, że kto ją nosił, Święty Mikołaj w worku? Ten jej absztyfikant, ojciec znaczy się, z dnia na dzień bardziej. Bardziej pijany oczywiście. Niby się chowa, krople w oczy leje, ale co ja ślepa jestem, nie widzę? Nawet maturę ma, z dobrej rodziny czyli taki bardziej. Pokurcz zalękniony, nie po nim Hubercik ma te oczka ciekawskie, niebieskie. Po mnie, oczywiście. Jego stary niech jedzie sosny ogromniaste rąbać do tej tundry w Norwegii, ale niech się przedtem wysoko ubezpieczy, na życie albo i kalectwo, bo jak go taka sosna rąbnie, to tylko raz. A Hubercika to my już tu pospołu wychowamy, a małą to by trzeba jak najszybciej do wieczorówki z powrotem zagonić i na studia, może pozna jakiegoś miłego profesora. Albo profesorkę, w końcu za moment mamy XXI wiek, koniecznie z muzyką coś, bo mały ma takie długie paluszki jak Rubinstein albo Zimmermann – o, to by profesorka z -an w nazwisku być mogła – szkoda, by te palce zmarnować. Na chrzest małego mogłaby już przyjść z tą swoją profesorką, zrobilibyśmy ją chrzestną, a potem młode by się ożeniły gdzieś w Hiszpanii albo na Florydzie, to by mały miał od razu start zapewniony i wsparcie państwa. Tylko ten jego stary mógłby już zniknąć, choćby na Islandię dorsze patroszyć jak już się boi tych pił, i łykam na niego zło-wróżebnie spod oka, ale on strasznie niedomyślny, choć z maturą i nic nie rozumie, i tylko dziecku świetlaną przyszłość niszczy. Jaka to zresztą dziś matura jak ja musiałam, by w ogóle być dopuszczoną, najpierw wszystkie egzaminy techniczne pozdawać, zlać kwas do wody, co oczywiście było pułapką i się nie złapałam, bo jak stary belfer, Ernest na niego wołaliśmy, od Borgnine’a, taki był kanciasty, chciał nam pokazać, że jednak można, to tak pieprznęło na pół dzielnicy, że milicja miesiąc do budy jeździła i esbecja się rozpytywała, nas, grzeczne panienki w spódnicach dwa centymetry za kolana. Kilka nawet chcieli zamknąć, te najbardziej urodziwe i nikomu nie zdradzę, czy byłam w tym gronie, świnie jedne, ale trafili na taką Jadźkę, jej stary był szychą w województwie, to jak potem biegali przepraszać, z kawą i goździkami, to pół budy miało hecę na sto fajerek! Stary patrzy się na kruszynkę i tylko z nogi na nogę przestępuje, pęcherz nie ten co dawniej, a i na ryby by najchętniej wybył. Na ryby? Teraz, w marcu? Co on myśli, że ja taka głupia i nie wiem nic o okresach ochronnych? Do tej wywłoki z drugiego piętra serce go gna, tej co cycki ostatnio zwiększyła, raczej nie za swoje. Zamieszkać nawet może, jeśli tak chce, będzie pokój dla Hubercika, łóżeczko już naszykowane, a i wielką przytulankę już dawno na szmatach kupiłam. Słoniątko takie aseksualne, trąba ino długa, bo czy to mi ktoś powiedział, czy to chłopczyk, czy dziewczynka się urodzi? Nikt! Ale to chyba nawet lepiej, że chłopczyk, do trzydziestki to głupie jak but, a potem jeszcze głupsze. No, ślini się. Młody tato, cycki Elżuni urosły, to się ślini. A szwedzkie borówki czekają, wabiąc takie ofermy jak on. Ach, gdyby tak wpadł do studni zapomnianej w opuszczonym gospodarstwie. Tylko, że musiałby się odnaleźć, jeśli ubezpieczony. Trzeba by go jakoś podpytać w tym temacie, podejść, że jest teraz poważnym młodym człowiekiem, on student filozofii, czyli nawet nie pół mężczyzny. O stary już wziął kapcie i schował do chlebaka, co to sobie kupił na Wigilię, niby na zanętę, zaraz się urwie z haczyka – Śmieci zabierz, krzyczę dziadowi i tak się zastanawiam, ile by kosztowało jego zdjęcie z tamtą lafiryndą? Hubercik uśmiecha się tylko do mnie, kiedy nie śpi, ich wszystkich ma głęboko w buzi, jak i kciuk, który delikatnie ocieram maluszkowi.

****

Babka zawsze chciała bym został pianistą. Nawet keyboard mi kupiła na czwarte urodziny i ciągle palce rozciągała na desce do krojenia. – Hubercie, patrz jakie piękne lakierki ci sprawiłam na konkurs szopenowski, żebyś tymi olbrzymimi stopami po dziadku jury nie straszył, kiedy dorośniesz. Wpatrywałem się w eleganckie pudełko, potem w moje malutkie łapki w kapciach z pieskami i budziło się we mnie poczucie winy. Dziadka prawie nie widywałem, od rana chodził na ryby, rok później wyprowadził się do cioci Hanki do bloku naprzeciw. Babka wtedy niemal wzięła kredyt na pianino na jego dowód, na szczęście w banku się pokapowali, i o mały włos, by babkę serio po sądach ganiano. Ojciec podjechał z uczelni i babkę z aresztu w końcu wypuścili. Całe życie potem na nią wyrzekał, bo jakby zdał z Arystotelesa na 4,5, to miał obiecaną asystenturę na UŚ, a tak mordował się na Ekonomicznej dwulatce. Tak po prawdzie to stary był zawsze słaby z filozofów starożytnych, i i tak by tego etatu wtedy nie dostał, przynajmniej dopóki staremu Wawrzyńczykowi się nie umarło. Ten to był kosa straszliwa z Platona i Plotyna, Państwo miał w małym palcu. Mieszkał niedaleko, w Jaskini, jak bełkotliwie nazywał swą kawalerkę, na Tauzenie i co mojego starego spotkał na zakupach, to do niego startował z ironią – Jak tam pański Arystofanes? Podpalił już Ateny? – Na co ojciec męł przekleństwo w ustach, krótkie urwa tylko słyszałem i witał się elegancko, Panie Profesorze, to i tamto. Ale dla mnie profesor był dobry, kiedy tylko dostawał saszetkę ze stikersami przy kasie, to mi oddawał – Pilnuj młodzieńcze, dziękowałem pięknie jak mnie babka uczyła od małego. Kłaniałem się więc głęboko i szczerzyłem moje mleczaki w szczerym uśmiechu, kiedy na parkiet spadały pierwsze bukiety kwiatów i części kobiecej garderoby. Głowę podnosiłem dopiero, kiedy sprzątacze pozbierali wszystko do koszy, a stikersy  bezpiecznie ukryłem głęboko w kieszeni kurtki.

Można więc powiedzieć, że byłem szczęśliwym chłopcem i rezolutnym. I wtedy urodziła się moja siostrzyczka.

****

Nigdy nie rozumiałam, o co im wszystkim chodzi. Święci jacyś albo pierdolnięci, najpóźniej koło pierwszej komunii przestałam to rozgraniczać. Matka mi chciała ufundować korektę nosa, ojciec myślał o rowerze – bo za jego czasów wszystkie dzieciaki dostawały, on nie, jakiś fiźnięty kompleks Edypa się tu nam w pełnej krasie wieku średniego objawił – szczęśliwie dostałam iPhone’a prawie najnowszej generacji. Tylko, uwierzycie?, pierwotnie miał być na firmę i jeszcze do lata do mnie dzwonili różni dyszący faceci z ofertami. Halooou? – odbierałam. Ja, dziewięciolatka. Stare obleśne dziady traciły język w gębie, pewnie sprawdzali panicznie, czy nie wcisnęli przez pomyłkę wybierania sekstelefonu przy swoich sekretarkach. Słodka Lolka albo co, płatne z góry i z biedaemerytury. To i tak nic w porównaniu z tym, co wychytrzyła babka. Zadała mi mianowicie keyboard. Casio. Nie bacząc na to zupełnie, że już kurwa jeden w domu mamy. Kompletnie nieużywany. Ale sobie wymyśliła, że Hubercik się przy mnie podciągnie i na najbliższy konkurs chopinowski jeszcze zdąży, w końcu ten dopiero za cztery lata. Hubert to wtedy ganiał z nożem po całym osiedlu i prędzej by sobie tą kosą palce upierdolił, niż gamę machnął bez ani jednego potknięcia, albowiem słuchu nieborak to nie miał absolutnie. Nic. Null. Niente. Taka to była nieekskluzywna sytuacja familijna, a jesienią zrobiła się jeszcze gorsza, bo  ojciec się wyprowadził do akademika, choć stary był już nieźle, ile to, ze 35 lat musiał mieć?, zamieszkał ze studentką. Co semestr inną, jak gorzko ironizowała mama, kiedy wracała z kolejnego unijnego doszkolenia w sobotnie popołudnia.

****

… patrzę na te dziewczyny z kursów nie tak wiele przecież ode mnie młodsze i nie chodzi mi o moje koleżanki bo one są równie zmęczone ja ja ale o prowadzące i nie potrafię zrozumieć dlaczego to wszystko poszło aż tak źle że ja dziś siedzę w szkolnej ławie w sukience z lumpeksu a one w kostiumach i z paznokciami długimi jak szpony każdy jeden w innym kolorze tęczy tłumaczą mi jak założyć firmę może być kwiaciarnia i dostać dotację na rok potem się zobaczy proszę przyjść znowu wypełnimy druk ten i tamten i zawsze przecież można wyjechać do pracy w Niemczech szukają tam opiekunek dzieci i osób starszych wiedza medyczna nie jest niezbędna i nawet Hubert dzwonił ostatnio,czy bym nie przyjechała i nie zajęła się Jonatanem i Mary bo oboje z żoną pracują no do lata od września dzieciaki pójdą do publicznego przedszkola bo miejsce w kościelnym żłobku to od ręki i za darmo ale głupio by potem dalej nie płacić podatku kościelnego wiesz mama przyjedź zapłacę ty sobie odpoczniesz od całej tej Polski i myślę sobie wtedy że nie jest zły chłopak ten Hubert choć mówili że życie sobie niszczę że taki zabieg to prawie nie boli ale jakoś tak wyszło że nie potrafiłam a i filozof zasrany tradycyjnie akurat nie miał wtedy kasy jak zwykle i nie mamy mówić na swoje sukienki, że z lumpeksu tylko że z butiku ze specjalnie wyselekcjonowanymi ubraniami bo to podniesie naszą wartość w oczach pracodawcy i dziś matura prawie nie ma wartości liczą się głównie kompetencje i umiejętności i jesteśmy tu właśnie po to by je pozyskać telefon wibruje oby to tylko nie była matka z jej obsesjami…

****

No no, w życiu bym się nie spodziewał, że Hubert znajdzie taką ładną żonę. Trochę ciemna, nie ma co ukrywać, i nie mam na myśli umysłu, broń Boże, karnację, ale ciało, że hoho! Prawie ze sobą nie rozmawiamy, bo ja w językach jestem słaby, a jeszcze teraz z tym rozgrzebanym przewodem nie mam czasu ani ochoty się dokształcać, całe dnie w robocie, tu godzina wykładu, tam ćwiczenia, w weekendy jeszcze uczelnia prywatna. Co mnie podkusiło, by pisać o średniowiecznych beginkach i myśli Wiklefa w kontekście twórczości Umberto Eco, to sam nie wiem. Jaki to jest niedobry pisarz, to się w głowie nie mieści!

Terminy mnie gonią, bo jak do przyszłego roku nie zdążę, to tym razem rektor już nie wybroni, tak mi po cichu przekazano, najlepiej by było zamówić habilitację u specjalisty, mało się takich reklamuje w internetach? W miesiąc napiszą, potem do recenzji i już belwederska profesura tuż tuż, trzeba tylko garnitur dać do odczyszczenia. Ale dopóki curuś kochana studiuje, to nie ma bata, by kasę odłożyć, alimenty ich mać i 500+. Może Huberta by poprosić? To nie jest zła taka  myśl. I cofam rękę, którą już miałem pogłaskać synową po nagim ramieniu, tu trzeba się pilnować i całość rozegrać jak partię warcabów, pamiętając, że smarkacz nigdy nie lubił przegrywać i pionki latały potem po całym pokoju.

Siedzi w tych lustrzankach, we własnym domu, i nie wiem, co myśli. Pewnie ma ubaw ze starego, a jeśli tej swojej, jak jej? Annabel specjalnie kazał tak się ubrać, obcisłe dżinsy, biust na wierzchu, to rączki na kołdrę Michasiu, trzeba się pilnować. Nie pożyczy ani pensa jak tylko wyczuje, że go bajeruję. Może na litość spróbować? O tempora, o morele i dzieci chowanie!

****

W lutym wyciągam rower po raz pierwszy. Myję, dokładnie czyszczę wszystkie linki, sprawdzam i smaruję przerzutki. Pompuję koła, jeszcze starą pompką z Wigier. W mieszkaniu starannie przeglądam torby i jeśli czegoś brakuje, zamawiam przez internet. Teraz zimy są jakieś łagodniejsze, więc w sumie mógłbym cały rok jeździć na moim stareńkim poniemieckim holendrze, ale – jak to mawiano w moich czasach – tradycja zobowiązuje.

Od lat 10 marca podjeżdżam na najbliższą stację benzynową i punktualnie w południe inauguruję sezon. Dzwony z parafii Św. Rodziny biją, a ja odłączam elektroniczne ustrojstwo z wentylu i ruszam w drogę. Koła mam teraz bezdętkowe, więc nie muszę dodatkowo sprawdzać ciśnienia w oponach, ale – jak to mawiano w moich czasach – tradycja zobowiązuje.

Na drzewach nie ma jeszcze liści, ale spod śniegu coraz chętniej przebijają plamy zieleni. Czuć pierwsze powiewy wiosny i mimo zadyszki po zimie z każdym kilometrem pedałuję pewniej, z każdym obrotem korby odzyskuję zagubioną przyjemność jazdy. Ptaki ćwierkają po polsku. Od kilku lat nie ma śniegu za bardzo, ale – jak to mawiano w moich czasach – literacka tradycja zobowiązuje.

Na miejscu bezpiecznie odstawiam rower pod drzewem i rozsiadam się na ławeczce. Czasem jestem sam, czasem obok mnie rozstawiają się inni mężczyźni. Kilku znam z imienia, większości tylko kiwam porozumiewawczo głową. Siedzimy cichuteńko nad wodą i sobie rozmyślamy, niby osobno, w jakiś sposób razem, i tylko pikanie od czasu do czasu przerywa nasz wspólny trans. Myślałem o kupnie takiej zabawki, ale – jak to mawiano w moich czasach – tradycja zobowiązuje.

Wieczorem pakuję wędki do torby i wracam do mieszkania, które do dziś wstydzę się nazwać swoim domem. Mieszkam z Anką, moją konkubentką i choć pozostajemy w białym związku, a ja mam osobną szafę na wędki, kołowrotki, podbieraki, zanęty, to nie potrafię nazwać naszej relacji nowoczesną. Jak to mawiano w moich czasach – tradycja zobowiązuje. Małżeństwo to małżeństwo i nic co ludzkie nie może go przerwać.

W tym związku zawsze chodziło tylko o ryby.

Konferencja w Kasztelu

– Z mojej strony mogę zapewnić: zero podsłuchów. Znajdujemy się trzy metry pod ziemią, w tzw. klatce Faradaya. Lokal udostępniam na noc, teraz zamykam drzwi na klucz. Jutro znajdą panowie pyszną kawę z mojego ekspresu u drzwi i mogą panowie się rozjechać do domów. Gwarantujemy pełną anonimowość. Liczę na dopłatę pełnej kwoty w 24 godziny, o innych ewentualnościach wolałbym nie mówić w tym miejscu. Tuszę, że nigdy Panowie nie przeżyli PŁOMIENNEGO romansu w Wągrowcu? Nie polecałbym. Jabłek od cystersów też. I proszę nie pozostawiać napiwków. Wszystko jest opłacone, w tym zamówione produkty spożywcze.

[Szczęk zamka]

– Witam na naszej konferencji poświęconej…

– To może byśmy się najpierw pomodlili? Chyba nie uświadczymy tu żadnego bezbożnika?

– Eeeee.

– Tak więc poświęcam to spotkanie, by przyniosło spodziewane owoce i by talenty nasze nie uległy rozdrobnieniu, a mnożyły się zgodnie z Twoją wolą, o Niosący Światło znękanej ludzkości…

– Amen.

– Amen.

– Amen.

– Witam na naszej konferencji poświęconej palącej kwestii kóz na terytoriach miedzy dwoma południkami o liczbach… a co będę panom zawracać głowę, chodzi o Polskę.

– Naturalmente.

– Inicjatywa polityczna Ruchu GOAT nabiera rumieńców i w szybkim tempie wymagać będzie dostarczenia 40 milionów kóz żywych rasy dowolnej przemnożonych przez 3, co daje astronomiczną sumę 120 milionów kóz żywych rasy etcetera etcetera do dostarczenia w trakcie roku.

– Ja w kwestii formalnej. Czy można by rozlać wódkę i rozdać przekąski?

– Głosujmy.

– Cztery głosy za, bez sprzeciwu.

– No to dzielimy.

– ¿Es un cabron?

– Nie, świnia. P Aj Gi. Pig. Ojczulku przetłumacz, łacina podobna do kastylijskiego.

– Pawełka jem!

– Es esta cabra llamada Pablo?

– Ten swoje. Katalończycy przynajmniej mówią po polsku. A to Meksykaniec. Z Jukatanu.

– Hej, tam w kącie coś się rusza!

– E, to tylko panda. Śpi.

– Wiecie że ja nigdy ten tego? No, z pandą Zresztą to i tak chłopczyk. Córce bym zabrał! No, do zabawy. Ochrzciłbym.

– To jak dzielimy te kozy?

– Al final, se detuvieron el pierdolic de las cosas, los hijos de los europeos. – Mruknął Latynos.

– Program GOAT+ zaburzy handel kozami na całym świecie, a to odpowiednio – Tu Łysol wyciągnął kartkę z eleganckiej skórzanej aktówki – no więc odpowiednio to…

– 7% obrotów yakuzy (…)  13% meksykańskiego narkobiznesu (..) Materialna ostoja Matki naszej Kościoła świętego od wieków i 15% dochodów mojej grupy szczecińskiej Jakieś propozycje?

[Rumor, hałas opętańczy wrzask]

– Ej, ja ciebie bardzo przepraszam za tamten rower, skąd mogłem wiedzieć, że nindże się wtrącą?

– Było, minęło. Choć dobry kanał to był.

– Genialnie wykończyłeś tych dwóch pacanów, wiesz?

– Ale to nie ja kazałem. Myślałem, że to ty?!

– Nie!

– …

– Co robisz?!

– Wydłubuję DNA. Nawet jak znowu zamkną w areszcie, to nie rozpoznają, kogo złapali.

[szumy trzaski]

… ale jak Asia się dowie, to będę miał szlaban na tydzień albo i dwa.

– Nie pękaj Ćmelaku, pierwszy miliard trzeba zorganizować, potem to już wszystko legalnie. Wikarego bierzesz do Olandii?

– Tak, komórka się zwolniła. Po Pisaszu. Ile butelek po spirytusie wyniosłem. A maszyna do pisania w ogóle nie ruszana.

– No ja za tydzień El Chupę wyrzucę gdzieś w lasach na Śląsku. Tam pełno kibiców Ruchu, nie przetrwa 24 godzin takie meksykańskie dziwadło.

– Liverpool dziś ogra Bayern, no mówię ci. Virgil brameczka.

– Wykończy mnie ta piłeczka.

– Na razie ci dwaj jak się pięknie wykończyli.

– No. Słynna kolarzówka u mnie w garażu od miesiąca stoi. Jeszcze tylko muszą ją rozpuścić.

– Słuchaj no, ale pierwszy raz widzę, żeby ukryć amgnetofon u pandzioszka w…

– Właśnie, wyłączyłeś już nagrywanie? Stary Gru…

Koza nostra

– No to dzielimy. – Potężny łysy facet tuż po czterdziestce machnął toporem i na stół poleciał kawał słoniny w kształcie Macedonii. Szkło zabrzęczało, wódka rozlała się po stole.

– ¿Es un cabron?

– Nie, świnia. P Aj Gi. Pig. Ojczulku przetłumacz, łacina podobna do kastylijskiego.

– Pawełka jem!

– Es esta cabra llamada Pablo?

– Ten swoje. Katalończycy przynajmniej mówią po polsku. A to Meksykaniec. Z Jukatanu.

– Hej, tam w kącie coś się rusza!

Czterej mężczyźni , w tym jeden w baletkach, cichuteńko podeszli do pryczy. Najodważniejszy odsunął koc.

– E, to tylko panda. Śpi.

– Wiecie że ja nigdy ten tego? – Katolicki ksiądz w odświętnej sutannie nie omieszkał poinformować reszty zebranych. – No, z pandą.- Widząc twarze swych kamratów wyszeptał cichutko. – Zresztą to i tak chłopczyk. Córce bym zabrał! No, do zabawy. Ochrzciłbym. – Wikary wyraźnie plątał się w zeznaniach.

– To jak dzielimy te kozy?

– Al final, se detuvieron el pierdolic de las cosas, los hijos de los europeos. – Mruknął Latynos.

– Program GOAT+ zaburzy handel kozami na całym świecie, a to odpowiednio – Tu Łysol wyciągnął kartkę z eleganckiej skórzanej aktówki – no więc odpowiednio to…

– 7% obrotów yakuzy – europejski przedstawiciel japońskiej mafii wpatrywał się w resztki paliczków.

– 13% meksykańskiego narkobiznesu – meksykański zakapior smutno skinął głową.

– Materialna ostoja Matki naszej Kościoła świętego od wieków – Wikary przyspieszył reklamy przed seansem nowego odcinka Klanu.

–  i 15% dochodów mojej grupy szczecińskiej. – Zakończył zaginając pozłacany widelec w łapsku. – Jakieś propozycje?

Światło, zawieszone na długim sznurze, zadygotało, zaskwierczał i zgasło. W celi rozległ  hałas, który ucichł po minucie. Czterdziestowatowa żarówka ponownie się zapaliła, panda w kacie przez moment przestała chrapać, obróciła się na drugi bok i zapadła w jeszcze głębszy sen. Poza nią w lokalu znajdowali się jedynie łysielec i Japończyk.

– Ej, ja ciebie bardzo przepraszam za tamten rower, skąd mogłem wiedzieć, że nindże się wtrącą?

– Było, minęło. Choć dobry kanał to był.

– Genialnie wykończyłeś tych dwóch pacanów, wiesz?

– Ale to nie ja kazałem. Myślałem, że to ty?!

– Nie!

– …

***

– Ćmielaczku, Ćmielaczku?

– Tak? Przed chwilą nie mogłem odebrać. Robotę miałem.

– Aha… no i jak ci poszło?

– Dobrze.

– Zgodnie z założeniami?

– Asia!

– Przepraszam.

– Mogę tylko powiedzieć tyle, że żadna koza przez tych panów skrzywdzona już nie zostanie. Na krew przysięgam!

– O takiego chłopa…

– Wpadnę na kolację. Pa – Zakończył rozmowę. Przez moment myślał o czymś usilnie, potem zmienił kartę w komórce.

 – Sistemato donie. Il programma goat+ sarà controllato solo da noi – Biedna Asia nie wiedziała, że pradziadek Ćmielaka,  dokładnie to Čmelaka, był habsburskim urzędnikiem w Trieście, kiedy urocze to miasto było jedną z baz cesarsko-habsburskiej monarchii i perłą w koronie Czechosłowacji (oraz innych krain historycznych pozostających w gestii dynastii obwisłej wargi).

Tak zakończyło się Spotkanie w Kasztelu, dla rozwoju przestępczości zorganizowanej na świecie równie kluczowe jak wynalezienie pistoletu maszynowego Tommy Gun w latach dwudziestych XX wieku i optymalizacji podatkowej jakiś milion lat przed narodzinami  judejskiego proroka. Jednego z wielu, ale to już zaprawdę powiadam – zupełnie inna historia..

Korba

Szedł długim krętym korytarzem jakby odmłodniały, w zielonym garniturze i białych mokasynach z szyszką. Z posępnych średniowiecznych murów co pewien czas spływało światło pochodni, z oddali unosiły się dźwięki house’u i innych kwaśnych tripów. Na dansflorze odbywał się performens, pomiędzy tańczącymi pięknościami i gibającymi się plajbojami z okolicznych wiosek jedna panda wielka woziła drugą na rowerze, śpiącą w koszyku z przodu. Jej wielki czerwony tyłek… Kupił sobie Gorbaczowa, plama do plamy, u egzotycznej piękności za barem. Wtedy podszedł do niego jakiś typ, taki latynoski bardziej w typie, z pytaniem:

– ¿Has ordeñado mis cabras?

Ogarek się obudził. Uff, to był tylko koszmar. Umył zęby, z zamkniętymi oczami ogolił się brzytwą, od czasu jak pomylił Ogarków w przedpokoju nie używał lustra i zrobił sobie śniadanie. I wtedy sobie przypomniał.

Wszelkie składowe snu stały się zrozumiałe. W sumie to jego wina, po co ponownie wchodził w rowerowe interesy jakby znowu było przed 2007 rokiem. I Polak sukces ekonomiczny oraz społeczny mógł osiągnąć jedynie dzięki przecinakowi, piłce do metalu, piosence zespołu Korba oraz preparatowi WD, a nie wykształceniu oraz osobistym talentom. Mamona, tak, kasa hajs flota, go zaślepiły.

Obiektywnie to Asia skomplikowała cały ten dil, cała przykrywka z wysyłaniem paczek poszła się… kochać, przez tę zazdrośnicę. Przecież każdy wie, ze Adasia wystarczy trochę podpuścić i napisze wszystko, nie trzeba paczek wysyłać ani nic, jest tak stęskniony atenszyzmu, że sam coś napisze, za darmo i jeszcze będzie przepraszał, że się narzuca. Grafoman sienkiewiczowski.

Ech.

Ale jakie licho go podkusiło, by robić byznesy akurat z osławioną mafią szczecińską, to już musiał na głowę upaść. Albo jednak wtedy spotkał Ogarka z przyszłości, w tym przedpokoju? I to on podpisał cyrograf, własną krwią, któren to cyrograf widział w grobowcu rodzinnym Rapierów, tak z tych von Rappierów na starym ewangelickim cemntarzu w Sztetinie, a o ile mógł wierzyć własnej pamięci, niczego takiego nie podpisywał. Przynajmniej prababcia bossa była na tyle miła, by wstać z trumny i poczęstować go herbatą. I ponarzekać na wnusia, że on to już żadnych zasad moralnych, mecenasem został, i że dziadek Ptysch przewraca się w grobie z tego upadku zasad moralnych i zbójeckiego honoru. Rzeczywiście, dało się słyszeć jakieś postukiwania w najdalszej części krypty.

Wczoraj zadzwonili z paskudną awanturą, że ta wyścigówka pierwszej klasy kolarza drugiej kategorii jest jakaś felerna, bo w wodzie tylko rdzewieje, zamiast rozpuścić w metamfetaminę jak to było umówione. Asia musi niechcący podmieniła rowery i zły poszedł DHL do Polski. Żeby z tego jakiejś wojny gangów nie było, zbyt wiele czasu ostatnio spędził w aresztach. Zaczął rozkręcać rurę grzewczą, w tym upadłym państwie nie da się legalnie przecież kupić kastetu. A bronić się jakoś trzeba przed prawem.

Rzekoma Tajemnica Pand Śląskich czyli Sprostowanie

Ze smutkiem odkryłem odkurzenie starego artykułu, pierwotnie opublikowanego przez osławiony kwartalnik historyczny „Cebularz Polski”, na temat mojej rodziny przez tak zasłużony dla śląskiej kultury portal jakim jest TCH Kultur, wcześniej znany, jak się zdaje, pod nazwą bardziej adekwatną… do podejmowanych obecnie treści. Apeluję do co bardziej uczciwych autorów, zwłaszcza do  przecudownego Stefana Alfonsa Miętocha, którego z rodziną wszyscy z przyjemnością podczytujemy, o bojkot portalu dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona.

Sprawa jest tym bardziej smutna, że mój Tato, Jerzy Grabolistny, na skutek publikacji z 1990 roku nie tylko stracił pracę, ale również zdrowie i musiał udać się na przedwczesną emeryturę w wieku zaledwie 70 lat. On, zasłużony weteran II wojny światowej, odznaczony Żelaznym Krzyżem i Krzyżem Walecznych za bitwy pod Kurskiem i Monte Cassino, budowniczy Wału Zachodniego i zdobywca Wału Pomorskiego, nie był w stanie wytrzymać niegodziwego ataku nie tylko na siebie, nie tylko na naszą rodzinę, ale przede wszystkim na Yan i Yang, parę pand wielkich przesłanych chorzowskiemu zoo przez samego Mao Zedonga w geście przyjaźni i dla podkreślenia osiągnięć śląskiego przemysłu ciężkiego.

Nie jest prawdą, że Truda oraz Gustlik, jak na Śląsku zostały nazwane w plebiscycie Dziennika Zachodniego pandy, samowolnie uciekły z klatki w Chorzowie i schowały się w lasach pobliskich Kochłowic. Zwyczajnie zostały w tym terenie reintrodukowane w ramach projektu badawczego PANDA 2000 – na marginesie warto zaznaczyć, że innym owocem tegoż programu był model samochodu osobowego pewnej popularnej marki – i projekt, dopóki kierował nim mój ojciec, nie wymknął się spod kontroli ani na moment. Dopiero w III RP, kiedy zapanował zbójecki wspólny rynek, pandy wielkie schamiały, straciły urok towarzyski oraz zaczęły wykazywać autonomiczne poglądy polityczne, zresztą jak najbardziej słuszne.

Nie jest też prawdą jakoby niektóre ze śląskich pand zostały potajemnie sprzedane na zachód za niemieckie marki. Chorzowskie zoo otrzymało jedynie guldeny od jednego z holenderskich ogrodów zoologicznych i dziś śląskie pandy, w następnym pokoleniu, mogą na przykład oglądać polscy migranci zarobkowi oraz wszyscy inni entuzjaści obcowania z dziką przyrodą. Jest prawdą, że zwłaszcza u końca lat 80. XX wieku ówczesną Polskę Rzeczpospolitą Ludową opuściło liczne potomstwo Trudki i Gustawa, jednak odbyło się to w ramach łączenia rodzin w ogrodach zoologicznych Dortmundu oraz Wuppertalu. W następnych latach populacja pand wielkich, poddana neoliberalnemu naciskowi wolnego rynku oraz atakom nindżów tak się wykruszyła, że teraz pozostało ich sztuk dwie, w tym jedna pochodzi  najprawdopodobniej z polskich terenów nadgranicznych i jest uznawana za śląską głównie przez akulturację i biznesowe powiązania. Próby odnowienia (pod)gatunku jak na razie spełzły na niczym, ponieważ jedyna 100% śląska panda jest osobnikiem niezwykle nieśmiałym, dodatkowo pozostającym aktualnie w stuporze.

W kwestii Ajicia Liśćegrabicia przekręcono już dokładnie wszystko, zaczynając od tego, że w smutnej wojnie wewnątrz niemieckiej o Śląsk walczył on po stronie pruskiej, przynajmniej w końcowym okresie wojny i mógł być białym Chorwatem, kończąc na tym, że prawnie adoptował wszystkie dzieci swojej małżonki. Pochodzenie więc jego samego, a co za tym idzie również jego potomków, jest więc absolutnie nienaganne. O czym się można było dowiedzieć dzwoniąc do mnie albo do Taty, który w przyszłym roku skończy sto lat i z tej okazji dom opieki weteranów Wermachtu w Bochum już dziś planuje wielką fetę.

Z wyrazami nienależnego w tym wypadku szacunku

Jerzy Georg Rachenvelst (d. Grabolistny)

Berlin-Chorzów Batory

 

„Cebularz Polski” (10/90).

Niemce w polskyej ciżemce (27)

Ajić Liśćegrabić wszędzie się spóźniał.

Zamiast, jak człowiek, urodzić się w dziewiątym miesiącu ciąży, poprzenosił się aż do jedenastego miesiąca i jego mamunię chcieli sąsiedzi ze wsi wygnać, kiedy w końcu łaskawie postanowił ruszyć cztery litery i wydostać się na ten najlepszy ze światów. Nie wydał ani jednego dźwięku, dopóki pop w czwartym roku życia nie przetrącił mu kijem kości, kiedy to nie zdjął czapki – mały Liśćegrabić –  przed procesją. Nie mógł, ponieważ przykleiła się do kołtuna. Później notorycznie spóźniał się do dwuklasowej szkoły, nie przyszedł na pobór janczarów, a także na własny ślub, przez co Halinka Ś. ożeniła się w końcu z Faridem O. z pobliskiego przysiółka.

Ostatecznie nie dotarł też do Wrocławia w czasie pierwszej wojny śląskiej, zajęty rabowaniem kur w wioskach, dezerterowaniem oraz zatruwaniem miejscowych studni każdego poranka wstrętnymi waporami swojego ciała.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że choć historiografia serbska z chorwacką od lat spierały się o kulturowy etnos do którego miał należeć Liśćegrabić, najnowsze badania potwierdzają jednak, iż był on z pochodzenia Albańczykiem, dodatkowo z domieszką krwi arabskiej (skutek granicznego najazdu sił tureckich), co szczęśliwie zdejmuje z całej Słowiańszczyzny odpowiedzialność za działalność tego hultaja jak i jego, nazbyt niestety licznego, potomstwa.

Nie należałoby winić za utratę Śląska przez Marię Teresę na rzecz Prus jedynie Liśćegrabicia, jednakże nie sposób poświecić krótkiej dygresji pewnym moralnie kluczowym rozważaniom. A co jeśli Austrii zabrakło tego jednego, jedynego żołnierza, by powstrzymać wielkoniemiecką nawałnicę? Może, może, zabłąkana kula powaliłaby południowoalbańskiego łobuza, a nie miłego naszemu sercu Lojzka z Mikołowa, który następnie zastrzeliłby Fryderyka? Losy tej części Europy naprawdę mogły się potoczyć inaczej.

Po pokoju wrocławskim Liśćegrabić zajął się tym, co potrafił najlepiej, czyli grabieniem. Ustatkował się dopiero dwa lata później,  z własnej woli, lekko tylko przymuszany przez braci niejakiej Jadwigi Halskette, której to dziewictwo zabrał pewnej sierpniowej nocy w kopie siana nieopodal pola pod przyszłą mizerną osadą górniczą Gliwice. Jedenaście miesięcy później powiła ona dziecko, jedynego i przedwcześnie zmarłego w dzieciństwie syna Liśćegrabicia czy już raczej Rechenvellsta (Alojza). Był to równocześnie ósmy potomek zacnej Jadwigi.

Ród Rachenvelstów w każdym pokoleniu rozmnażał się w postępie geometrycznym i koło roku 1900 w całym okręgu świętochłowickim nie było mężczyzny bez charakterystycznego znamienia  na lewym półdupku. W kolejnych latach ród zajmował się niemal wyłącznie szkodzeniem Polsce. Jego niemiecka gałąź zakładała ziomkostwa, sam Hubert Cz. miał matkę z domu Rachenvelst. Polska linia, dla niepoznaki schowana pod mianem Grabolistnych, wiernie służyła PRL To Jerzy – dla kolegów oczywiście Jorg – Grabolistny przyczynił się do stworzenia największej plagi tutejszych lasów, czyli pand górnośląskich i ich Ruchu. Sprowadził do ogrodu zoologicznego w Chorzowie pierwszą parę z Chin, a ta uciekła z klatki i w górniczym kamuflażu (jak odróżnić pandzie oczy od węglowego pyłu wżartego w powieki dzielnych górników dołowym?) podjęła się reprodukcji w pobliskich Kochłowicach, ostatecznie tworząc największą populację pand wolnożyjących na wschód od Pekinu. Jej gatunkowej ekspansji nie była w stanie powstrzymać nawet liczna  w latach 80. migracja na pochodzenie do ogrodów zoologicznych w Dortmundzie i Wuppertalu. Nikła pula genowa nie pozwala ukryć jednak faktu, iż kolejne pandzie osobniki rodzą się obdarzone licznymi wadami wrodzonymi, zwłaszcza idiotyzmem oraz nieumiejętnością utrzymywania równowagi oraz powagi w sytuacjach krańcowych.