Druga Pół Polka

– Ola! Ola!!!

Wieczorne powietrze niosło kobiecy krzyk na całe osiedle w tę Wielką Sobotę 19.. roku.

– Gdzież znowu te dziewuchę poniosło? Oj, będzie bolało, będzie bolało. – Mamunia zamknęła okno, bo choć był już kwiecień, wyż atlantycki przyniósł niespodziewane opady śniegu oraz gołoledź.

Za szeregiem maluchów oraz polonezów, z rzadka jedynie przerywanego sprowadzonym z niemieckiego szrotu volkswagenem albo oplem, poruszył się jakiś cień. Mignął pod lampą, która natychmiast zgasła. W małej, jakby dziecięcej dłoni, krótko zabłysły resztki kabli. Dziewczynka wygodnie rozsiadła się za kołem jedynej pod blokiem łady nivy. Z drutów szykowała sidła.

– W tym roku mi nie ucieknie. Nie ma mowy. Złapię Zajączka, kiedy tylko przykica z prezentami. Co on myśli, że całe życie będę siać rzeżuchę? Potem ją trzeba, ble, jeść na śniadanie.

Dziewczynka zastygła w oczekiwaniu. Starała się oddychać jak najrzadziej i nie zważała na mróz szczypiący w policzki. Naciągnęła wełniany szal wyżej i opuściła kaptur, tak że teraz błyszczały w zapadającym zmroku jedynie jej niebieskie oczy.

Czekała.

W tamtych czasach nikt nie myślał o wymianie opon co pół roku. Psy i dzieci chodziły wolno, a R. nawet jeszcze nie rozpoczął zbójeckiej kariery w adwokaturze.

Reklamy

Na plebanii w Wyszkowie

Jadwiga od rana krzątała się w kuchni. Nie była nawet na mszy o szóstej, ale ten jeden raz Pan Bóg jej wybaczy. Niecodziennie Wikary ma urodziny.

Ich wspólna znajomość nie zaczęła się najlepiej. Zamiast się grzecznie przywitać jak człowiek, i to jeszcze duchowny, próbował ja zaprosić na otwarcie, a potem majstrował coś przy parasolce. Wpadł w iście remontowy szał i mocował wszędzie uchwyty i teraz cały przedpokój nimi zabudowany, najgorzej. Nie przepadał za jej kuchnią i cały czas żywił się Pawełkami. Choć to i tak nie najgorzej, westchnęła Jadwiga, ksiądz Henryczek używał Pawełków w innych celach. Zmarło mu się jakoś całkiem niedawno, podobno na Dominikanie.

I tu była kolejna kostka niezgody w pogodnym współżyciu tych dwóch silnych osobowości. Jadwiga nie była może taka najmłodsza, ale nadal miała w sobie ten seksapil. Kiedy klękała, by wziąć do ust ciało Pana Naszego, kadzielnice wypadały z rąk nawet najmłodszych ministrantów. Nie zliczy, ilu przez te lata dobrych chłopaków ściągnęła z drogi pedalstwa, ciepłym, matczynym biustem kierując ku powołaniu. A Wikary, co tu ukrywać, pogardził jej wdziękami. I wolał lalkę. Którą musiała myć raz w miesiącu.

Najgorsza była jego córka. Tak, tak, ten mizogin przyjechał na plebanię z sześciomiesięczną córką, istnym – jak mawiał proboszcz Albert – cudem boskim. Chyba bękartem diabła… Ta lafirynda, obecnie ledwie siedmiomiesięczna, już zadawała się z mężczyznami, i to znacznie starszymi o niej! Najpierw był taki siwy typ z kucykiem, a teraz jeszcze starszy dziadyga, z wąsem i w koszulce z napisem KON STY TUC JA. Nie po to ona, Jadwiga o wolną Polskę walczyła, by teraz pluć na jej patriotyczne wysiłki z pogardą.

No właśnie, trzeba by dać znać porucznikowi Juraszowi na służbowej wigilii. Niech się przyjrzą tej małej. Jurasz obecnie był już znacznie wyższego stopnia, ale dla niej na zawsze pozostał jej porucznikiem. Nie chce nawet pamiętać z jakiej nory ją wtedy wyciągnął i posłał na plebanię. Odmieniło to jej życie na dobre. A jak podciągnęła się intelektualnie! Dobrze, że pierwsze raporty dawno spalone, tyle tam było błędów ortograficznych i gramatycznych niespójności! Dziś uczą raportowania w Akademii Sztuk Walki na jej pismach, tak słyszała od kilku znajomych.

I jeszcze ten „Klan”. Tak się ucieszyła, kiedy Prezes mianował nowego prezesa. W końcu skasują ten pokomunistyczny fajnopolacki serial dla wykształciuchów z wielkich miast. Po cichu miała nadzieję, nawet dopisała intencję  do Koronki w tamtym październiku, że przywrócą „Plebanię”. To było istne arcydzieło życia, prawdziwa historia życia milionów Polaków, żaden nowoczesny badziew w stylu „Gry o tron”, co jej wnuczka ogląda. Choć „Korona królów” nawet nie tak zła, a i kawałek męskiego ciała czasem można podejrzeć.

To jeszcze tylko skończyć torta i już można urządzać geburstag. Przepis miała jeszcze po dziadku Joachimie z… Prawie się wygadała! Teraz jest prawdziwą Polką i nikt jej nie może niczego zarzucić. Byle te wszystkie dzbany przyszły. Zeszłego roku żal było patrzeć na Wikarego, tak się przyszykował, nawet wykąpał  – a musiał najpierw wyciągnąć pytona z wanny – i nic, żaden nie przyszedł. No, tym razem na pewno będzie R., sama mu załatwiła przepustkę. A Rurza, spojrzała na zegarek, za 28 minut będzie miał wypadek. I go przywiozą w sam raz na kawę. Największe dzbany w końcu razem na jednej kanapie – z radości zatarła spracowane dłonie, a mączna mgła popłynęła ku wyciągowi.

Stało się to na plaży w Sosnowcu w roku 201… Było piękne polskie lato i nad Pogorią unosił się upojny zapach kiełbasy z grilla oraz młodych, natartych olejkiem do opalania, ciał żeńskich oraz męskich. Nie będę tu zdradzał, ku którym filowałem częściej swym asymetrycznym okiem krótkowidza, ale kiełbasa z keczupem smakowała tak wybornie, że nawet nie zastanawiałem się z jakiego zwierzęcia tym razem ją wytworzono. Wieczorem miał się odbyć pamiętny finał mistrzostw świata w piłce nożnej, w którym [tajemnica państwowa].

Prawdopodobnie mogłem zorientować się wcześniej, bo mężczyzna w garniturze i z teczką w takim miejscu to jednak nieczęsto spotykany widok, ale myślałem, że to jakiś biedny student prawa na chwilę wyrwał się z wykładu. Wyglądał bardzo młodo, tak młodo, że lichy zarost nie był w stanie przykryć [tajemnica państwowa], ledwie co wykwitłych na policzkach. Usiadł na korzeniu drzewa, nawet nie rozłożył ręcznika, ani się nie rozebrał. Teraz wiem, że nie chciał ujawniać kabury z bronią, pistoletem [tajemnica państwowa]. Siedział tak nieruchomo przez dobrą godzinę, ani drgnął, mimo że szyszki i ten korzeń musiały mocno uwierać go w [tajemnica państwowa] i wpatrywał się w horyzont.

– Panie Adamie – Myślałem, że się przesłyszałem.

– Panie Adamie – Już nie ulegało wątpliwości, człowiek w marynarce zwracał się bezpośrednio do mnie. Zresztą zrobił kilka kroków, a piasek sypał się do jego eleganckich mokasynów ze skóry [tajemnica państwowa], jednak jego zwyczajnej twarzy nie przemodelował żaden grymas bólu. Do tej służby biorą prawdziwych twardzieli, dowiedziałem się pierwszego dnia na szkoleniu w Kiejkutach. Zresztą spotkaliśmy się z moim werbownikiem lata później, na placówce w Mińsku zresztą. Mazowieckim albo tym drugim, nie mogę tego zdradzić w tejże relacji.

Rozsiadł się wygodnie na moim kocyku z jednorożcem i chwilę pogmerał w teczce. Wyciągnął z niej arkusz papieru i mi przekazał:

– To oczywiście kopia.

Zbladłem. Rzeczywiście, była kiedyś tak sprawa, a jej ujawnienie mogło zagrozić mojej uprzywilejowanej pozycji w jedynej instytucji, która choć szczątkowo była dumna z posiadania takiego absolwenta, czyli państwowym przedszkolu nr [tajemnica państwowa] w [tajemnica państwowa]. Rzeczywiście, powtarzam, mogło się zdarzyć tak, że zepsułem pewną niezmiernie skomplikowaną zabawkę mechaniczną, a wina spadła na kolegę. I z czystym sercem oraz pełnią mej literackiej duszy twierdzę, że do dziś ten incydent mnie boli i mogę mieć tylko nadzieję, iż nie złamał on kariery życiowej tamtego przedszkolaka.

Czyż mogłem odmówić? Czy można odmówić furkotowi skrzydeł orła białego wzywającego do boju, do Ojczyzny obrony, zwłaszcza że obiecano mi – kiedyś, w przyszłości – nie dosłownego, ale tym bardziej jakże realnego Orła Białego? Za osiągnięcia kulturalne na przykład. W tym miejscu żadne słowa nie są zbyt wielkie, więc mogę powtórzyć za Catem-Mackiewiczem – „Och, jaki artysta umarłby we mnie!” w tamtej krótkiej, acz wlekącej się godzinami, długimi jak fraza grafomana lub renomowanego dyplomaty, chwili, gdybym nie zgodził się. Albowiem zgodziłem się.

W tym miejscu ostrzegam wszystkich piszących o tzw. sprawie ADASIA N.: wszelkie publikacje spotkają się z natychmiastowym odzewem, a uporczywe podnoszenie wątków [tajemnica państwowa] może skutkować wizytą piszącego w warsztacie samochodowym na skutek [tajemnica państwowa] hamulców. Nie jest również prawdą, że pierwszym moim zadaniem, jako agenta, była inwigilacja na ówcześnie popularnym medium społecznościowym [tajemnica państwowa] potencjalnych spiskowców oraz wywrotowców. Nie należy mnie też łączyć z późniejszymi aresztowaniami w grupie tzw Mittens Stalinoskiej. Swe obowiązki wobec Ojczyzny spełniałem z godnym polskiego oficera honorem i państwową powagą, nikogo osobiście nie nienawidząc.

Nigdy więcej nie byłem w Sosnowcu.

R. i. M.

Kiedy spotkali się po raz pierwszy i spojrzeli na siebie, wybuchnęli śmiechem. Osobno, ale razem.

Byli podobni do siebie jak dwie krople wody. Jeden co prawda był łysy, a drugi nie, drugi był z kolei wysoki, a pierwszy trochę kurdupel, jeden napakowany, drugi wręcz przeciwnie, mięśnie wyrobione codzienną pracą, ale ciężko ich było rozpoznać. Obaj w tym samym momencie wpadli na ten sam pomysł i zaczęli się rozbierać. Nie, nie rzucili się ku sobie, by oddać się miłosnym uściskom, jedynie wymienili się ubraniami w sali widzeń aresztu w …, małym mieście niegdyś, jeszcze za Gierka, wojewódzkim. Jeden nie miał nic pod togą, drugi pod więziennym drelichem nie nosił bielizny.

Obu dopadł kryzys inżyniera Karwowskiego, obaj chcieli odmienić swój los. Rzucili się ku przygodzie codzienności jak na piękną Różę. Jeden wrócił pod celę, drugi ruszył do domu, do żony i kota. Jeden grillował na działce, drugi grzał czaj za pomocą żarówki i nie dawał się złapać na numer z folią od papierosów. Pierwszy szybko został bossem całego więzienia, drugi otarł się o Sąd Najwyższy, ale Bruksela zablokowała, jednak tuż po wyborach temat miał wrócić. Jeden wysypiał się w trumnie, drugi na pryczy. Wymienili się nawet kontami na Twitterze. Obaj byli szczęśliwsi niż przedtem.

Obaj kochali – oczywiście platonicznie – Petera Steela i jego chropawy głos jakby z krypty pełnej gotek. I Gotów, którzy przed wiekami nawiedzili te ziemie, rozsiewając śmierć, pożogę oraz geny, które tak nagle ujawniły się w ich postaciach tak bardzo bliźniaczo, że każdy ich mylił. I obaj na swój sposób roili o przyszłości i ponownym spotkaniu pośród kości wrogów, a i te sny mieli wspólne. Bo było pewne, że wkrótce się spotkają. Jak nie na wolności, to pod celą. Któremuś się w końcu musiała powinąć noga. Musiał dać się jeden złapać albo drugi wypuścić. I wtedy piekło zapłonie, a jeden czterdziestolatek z nudów wykończy drugiego. Nie osobiście, oczywiście. Zapłaci zabójcy garścią batoników. I potem pójdzie na skargę do Dziekana.

Rudy i ulga

– Kochanie śpisz? Bo ja już zrobiłem francuskie tosty i gorącą czekoladę na śniadanie.

Ulka mruknęła coś do siebie i obróciła się w drugą stronę na wielkim małżeńskim, choć na razie nie uświęconym, łożu z Ikei. Rudzielec w samych gaciach cofnął się do kuchni i już po chwili dało się usłyszeć szczęk wyciąganych z szafek talerzyków oraz sztućców.

To była miłość od pierwszego tweetnięcia.

I doskonały przykład tego jak nowa technologia zaciera geograficzne oraz towarzyskie granice. W dawnych czasach kochankowie zostaliby rozdzielen. Ulkę by wydano za mąż za kogoś z jej klasy, możliwe że za starego wujka Stanisława, który już pochował dwie małżonki, a właśnie uśmiercał trzecią, posiadał jednakże całą kamienicę na własność. I jeszcze pół drugiej. Rudy najpewniej poszedłby do klasztoru. Po uprzednim obiciu przez braci i kuzynów dziewczyny. Kijem, bo szkoda takiego płazować szabelką po pradziadziu, co to z Marszałkiem do Legionów szedł albo choćby pięści marnować na bałamuta.

Fotogeniczny był ten Rudy, zwłaszcza w fantazyjnej koszulce, takiej bardzo rewolucyjnej i undergrandowej, na ten przykład w tej z logo Batiushki. Modne oprawki okularów dodawały jego twarzy inteligenckiej sympatyczności, jednak tu, w Krakowie, liczyła się jedynie stara klasa średnia, a chłopak był, jakby to powiedzieć?, z Szombierek. Miejsca, gdzie nawet Tesco upadało. Czarne półksiężyce paznokci, smar wżarty w wielkie robotnicze dłonie, wyraźnie wskazywały z jakiej nędzy Rudy się wyrwał. Ze świata niedymiących już kominów, hałd porytych biedaszybami, jeżami znikającymi tuż obok fińskich domków, co miały stać jedynie do 1960 roku, no może 1970, a nadal były największą architektoniczną chlubą dzielnicy.

Kiedy Rudy o tym wszystkim myślał, chciało mu się płakać, przede wszystkim czuł ogromną ulgę, że zaszedł tak daleko, on zwykły inżynier w brutalnym i niewybaczającym najmniejszego potknięcia świecie absolwentów kierunków humanistycznych. No właśnie, czas obudzić Ulkę. Rozmyślił się, upiekł na szybko kilka gofrów i polał syropem klonowym. Zaniesie śniadanie do łóżka, choćby poduszki miały latać po całym mieszkaniu. I tak, nigdy jej nie opuści. Nigdy tam nie wróci.

Niech ten Krystian nawet nie dzwoni.

Piękny wiek literackiej prawdy o ludziach w kilku słowach

– Nie ma szczęśliwych państw, ale każde nieszczęśliwe jest nieszczęśliwe na swój własny sposób – Mruknął stary hrabia H. wyglądając przez okno pociągu na pola kukurydzy, obecnie puste i jak cała kraina zmrożone burą jesienno-zimową aurą, do towarzyski podróży, księżnej A.

– Co mówiłeś Haroldzie? – Księżna spojrzała na mężczyznę z zaskakującą czułością w oczach. Miała do tego huncwota zaskakującą słabość. Źródło tejże słabości znajdowało się w przeszłości. H. poznała na swej pierwszej dyskotece. Już wtedy wydawał się jej bardzo stary, jednak pozostawał wtedy dość przystojnym mężczyzną, przynajmniej dopóki nie dopadał go kolejny atak podagry. Bokobrody, starodawna laska w dłoni, setka czystej wlana do piwa. Dziewczyny chichotały w toalecie z biednego mężczyzny, wtedy ledwie pięćdziesięcioletniego, próbującego je poderwać na drinki z parasolką i wciągały następną kreskę z umywalki.

Potem zniknął. Mówiono coś nieprzyjemnego, o długach i rozbojach w biały dzień, a może o romansie z kierowcą, księżna już nie pamiętała. Nie udało się załatwić listu żelaznego u prezydenta i hrabia dwadzieścia lat spędził na emigracji, w Londynie, gdzie żył z udzielania językowych korepetycji i , głównie, zbierania makulatury. Teraz, po przedawnieniu zarzutów, kiedy wracał do ojczyzny, by zapisać się do pomocy społecznej i umrzeć w godności, z jego elegancji nie pozostało już nic. Krótka szczecina na policzkach kontrastowała z pożyczką na ciemieniu, a nos, wielokrotnie złamany, upodobniał go do typowego tutejszego prowincjusza, którym H., jak się okazywało chyba jednak był. Plotki o tytule wygranym w szkata dopiero przez rodzonego fatra H. mogły być prawdziwe.

Była to jednak jej jedyna życiowa słabość. Każdy ma swoje febliki.

****

Kamil, uroczy młodzieniec tuż po trzydziestce, o twarzy wciąż nie przytępionej cynizmem, z nadzieją spoglądał w najbliższą przyszłość. Od czasu, kiedy go wyrzucono z miasta R.Śl. – absolutnie niewinnie padł ofiarą absurdalnego szczucia i tak zakończyła się jego kariera śląskiego seminarzysty – i wrócił w rodzinne strony, kilkakrotnie uśmiechnęło się do niego szczęście. A to znalazł darmowy kupon do Papa Tortilla na ulicy, to zaprosiła go na obiad polonistka z dawnego liceum. Zjadł szybko, więcej czasu zajęła mu rozmowa o przyszłych planach i podbojach. Belferka zaprowadziła go, jak za dawnych czasów, do alkowy, więc szybko wybrał najnowsze tłumaczenia z francuskiego – miała nowego Balzaka oraz ostatniego Zolę z Ridear’s Digest – i się pożegnał. Zbiegł po drewnianych schodach mieszczańskiej kamienicy wesoło podgwizdując Marsyliankę. „Nie jest źle” – Myślał – „ale gdyby tak mieć 100 000, choćby i złotych, to by człowiek sobie pożył, a nie wycierał bruk” – akurat ta ulica nie była odnawiana od czasów poprzedniego reżimu – „w rocznych czerwonych new balancach i nie musiałby się dokształcać, kursu robić, żyłby sobie i pisał. No ale klika trzyma co lepsze miejsca. Policzymy się, oj policzymy” – To mogła być nie jego myśl nawet, pewnie kiedyś przeczytał, już nie był pewien.

„Teraz na piwo”.

****

Tak naprawdę Marta nie była już taka młoda. Choć wszyscy dawali jej co najwyżej czternaście lat, wkrótce miała skończyć osiemnastą wiosnę życia i jej rodzina coraz bardziej się martwiła. Córki spoglądały z niepokojem, gryzły i nie dawały się głaskać pod włos. Marta była ładna i całkiem mądra, przeszła cały proces wychowawczy z wyróżnieniem i czasem nawet stypendiami, a jednak powzięła straszliwe podejrzenie – przynależne tylko temu wiekowi – iż wszyscy ją nienawidzą. Ech, te porywy serca  młodych dzierlatek i rozhisteryzowanych poetów ruszających na front w dwudziestym roku życia. Idioci, prawdziwa sława przychodzi u schyłku życia, razem z orderami, obligacjami i miejscem w senacie. I nikt nie ma siły nienawidzić drugiego człowieka, tak bardzo ludzie, jako rasa, są zadufani i zakochani w sobie. Trzeba jednakowoż ten wiek okrutny przejść, przeżyć, dobić do czterdziestki z honorem. Jak ospę albo i Odrę, kiedy się wraca do kraju samochodem z Zachodu.

****

Jagowski był to weteran szeregu wojen i pasjonat pojedynków –  do których to nigdy nie stawał, w odróżnieniu od przeciwnika, samotnie, więc wychodził z nich bez zranienia najmniejszego – o którym opowiadano, że z Rewolucji 89 wyszedł bez szwanku, a nawet się dorobił tytułu bohatera, no i ze sprzedaży desek do robienia barykad. Kilka lat później na demonstrację pod Sejmem też dziwnym się trafem spóźnił i jedynie udzielał nisko oprocentowanych pożyczek ciąganym po sądach i sadach. Zachachmęcił coś na Wschodzie, nie zatarł śladów albo co, i obecnie znajdował się rezerwie służbowej, z emeryturą nie do ruszenia. Wyjechał w górki, hodował nielegalnie bordery i pił miejscowe wynalazki z wójtem, który tylko myślał, że wybór zawdzięcza samemu sobie. Na konto, Jagowskiego, nie wójta, spływały tantiemy i odszkodowania, za nielegalne wykorzystanie jego postaci w jednym takim filmie. No i za patent jeden, dokładnie za nową technikę palenia od góry, który to wynalazek wdrażali z kolegami zimą 90. roku. Czasem nawet później.

****

W tym miejscu teoretycznie powinno się rzucić okiem na niejakiego BR, ale jest to postać absolutnie nieciekawa, epizodyczna, takowa jaką zaludnione są powieści dziewiętnastowieczne, zresztą rzeczony typek pewnie obecnie odsypia wczorajsze szaleństwa, na przeróżnych mieszankach nieorganicznych ugotowany nie rozróżnia fikcji od snu i wydaje mu się, że jest pomniejszym bogiem w uniwersum Wielkiej Prerii, a tak naprawdę leży w barłogu w piwnicy wynajmowanej na spółkę, w trzydziestym trzecim roku życia – Jezu niedługo miał umrzeć, z tuzinem podobnych sobie nieszczęśników, a w jego pokoju nie ma nawet kaloryfera, bo już dawno wyniósł za spirytus i tylko koza dymi, bo jakaś litościwa ręka dorzuciła o świcie kilka butelek po piwie, i znowu trzeba będzie pójść na zarobek do Mecenasa, od kiedy skończył on czterdziestkę marudny stał się okropnie i nie ma zmiłuj, licytacje komornicze to nie są proste sprawy – jak więc widzicie moi czytelnicy, cała anarchia nie mieści się już w uliczniku, bo obecnie jest on typem literackim absolutnie nieheroicznym, tylko heroinowym i to tylko, gdy nie braknie pieniędzy na działkę.

****

Adam, przez wszystkich nazywany nie wiadomo to czemu Adasiem, przemieszczał się wzdłuż torów, maszerował z jednego końca peronu na drugi, w ręce trzymając plik kartek białych jak pierwszy śnieg w Laponii albo dym z pobliskiej kopalni – jedynie w dzień był on taki jasny, nocą rzygało kolorami tęczy aż miło – i z twórczej niemocy planował się rzucić się pod najbliższy pociąg. Nie wiedział, biedaczek, że ostatnie połączenie towarowe zlikwidowano tuż po wejściu Polski do Unii, pasażerskie nawet wcześniej.

Zanzibar

Michałowi mogło się lekko przysnąć, bo kiedy się obudził, piekły go plecy. Książka była ciekawa, ale napisana niedzisiejszym językiem i nie ukrywajmy językowo dość trudna, nawet dla niegdysiejszego nieformalnego tekściarza Myslowitz. Tom wziął z półki pasierba, leżała pośród innych serii fantasy i albo naprawdę posunął się w latach nadmiernie albo te współczesne sf było absolutnie nie dla niego. Mnóstwo przemocy, krwi, złota i seksu. Nazywała się Biblia i była tylko pierwszą częścią długiego cyklu.

W Polsce była tak okropna zima, że musiał zostawić grzanie w swym kasztelu i cały czas martwił się, że 13 stopni to za dużo, przyjdzie taki rachunek, że go zlicytują! Oby pasierb zaczął w końcu ogarniać breslauerskie tramwaje, bo inaczej naśle na niego Mel. Ta przewróci kilka razy oczętami i będzie po chłopaku. Nowe nieszczęście gotowe, ale teraz się już będzie tylko odprężał.

Dokąd sięgał posmarował się mleczkiem po ramionach i niżej. Czysty piasek, lazurowy ocean i cisi murzyńscy Arabowie w oddali, naprawiający swe tysiącletnie łodzie. O tej porze roku piękniej nawet niż we Splicie. Zamknął książkę. Było coś o wojnie laserowej pod murami Jerycha, z tego co rozumiał z treści: jednej z baz kosmicznych któregoś z dzikich narodów tamtejszego gwiezdnego pogranicza. Odpoczynek to odpoczynek.

Ruszył wiec do baru po coś mocniejszego. Niby islamska wyspa, a mieli tu szeroki wybór alkoholi. Nawet żubrówkę dostrzegł za plecami barmana, ale kiedy chciał zamówić ten trunek młodzian szybko przeszedł na polski i odradził. „Fałszywa, produkowana na kontynencie, z trawy słoniowej, pan weźmie wyborową”. Polak na urlopie pija, co tylko zna.

Z tym barmanem to była ciekawa historia, jak się okazało. Ojciec w latach 80. studiował medycynę na Uniwersytecie Śląskim, znaczy się dziennikarstwo, bo ta legendarna środkowoeuropejska uczelnia akurat nie miała takiego wydziału,  ale na Zanzibarze wszyscy myśleli, że medycynę i teraz leczył dynastię panującą na europejski sposób. Czyli za kopertę dawał zwolnienie lekarskie. Matka była rychtig Niemką z Łagiewnik, więc barman trochę zaciągał z lwowska, tak ogólnie jadąc czystą ślunską gwarą z Giszowca.

Ze zmrożoną butelką Michau wracał na kocyk przywieziony z Ojczyzny – Polak nie będzie płacił za leżaczek, jeśli może za darmo poleżeć na piasku – kiedy dostrzegł dziwną grupę wokół jednej z łodzi. Tłum tuziemców, wyraźnie podekscytowany wskazywał na coś palcami i wznosił modły do Allacha. Nagle z tego rejwachu wyrwał się malutki biały piesek i jakby znając dobrze Michała, zaczął lizać go po twarzy. Kiedy uwolnił się od zwierzaka, przed nim stał grupka… rodaków. Jakoś od razu to wiedział. Spaleni słońcem, obwieszeni kotwicznymi złotymi łańcuchami, z kałachami w ręku, a jeden, najsmutniejszy, z naplompanym jednorożcem na barkach. Najbardziej pyskata z tych osobników, to też wiedział skądś od razu, odezwała się pierwsza:

– Część Michau. To my. Przywieźliśmy stroopwafle.

W oddali płonął perski tankowiec. Choć dzielni irańscy żołnierze piechoty morskiej ostrzeliwali się, nie wyglądało, by długo miał się utrzymać na powierzchni.  Dziennikarze CNN rozstawiali sprzęt. W Waszyngtonie była jeszcze noc.

ORP „Tratwa Grozy 2” dopłynął do celu.

Zaczynała się Apokalipsa. Coś kiedyś o niej czytał. W jakiejś książce fantasy. Dlatego nie lubił tego gatunku zbyt bardzo. Zawsze się sprawdzał.