Betonowy król

Jestem królem na betonowym tronie! Tak mnie to zaparcie chwyciło i nie chce puścić. Trzeba było nie brać tej trzeciej rolady, nie po wczorajszych karminadlach, ale uma się na mnie spojrzała spode oka (tego nie pokrytego bielmem) i wcinałem, z kluskami szarymi i modrą kapustą. Niedzielny obiad to tradycja w naszym domu. Nie jesteśmy jak te Poloki, co w niedzielę wolą pójść do galerii i zjeść u Chińczyka. Parkingi przed Silesią albo AKSem pełne samochodów na warszawskich numerach rejestracyjnych. Na Śląsku zawsze siedzimy wspólnie przy stole, na pierwsze danie rosół z pokrojoną w równe kosteczki marchewką, na drugie rolady, oczywiście wołowe. Z ogóreczkiem i słoninką, jak się należy hajerowi po tygodniu robienia na grubie.

Pasuje mi taki łobiod jak garnitur na miarę, ale zawsze potem nie potrafię…, no kupy zrobić nie potrafię, i godzinami siedzę w haźliku, i drażni mnie jak kamień w bucie. No, to co nie chce ze mnie wyleźć.  I żadne lekarstwo nie pomaga, a uwierzcie mi, próbowałem już wszystkiego z bocznej ściany kiosku. Trzydzieści specyfików i wszystkie bez recepty, w wyblakłych od słońca pudełkach. Ciągnie mnie do ludzi, ale odrzuca od tłumu. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Skład węglarek przejechał i trzęsie haźlikiem jak w wesołym miasteczku u Ziętka, tym trudniej mi się skupić. Uma pewnie znowu trzyma bifyj, by talerze nie pospadały. Patrzcie, Niemce wybudowały ten dom w 1916, w czasie wielkiej wojny, a Poloki do dziś kanalizacji nie podciągnęły i babka za większa potrzebą musi na plac lotać. Nawet w zimie.

Teraz jest lato, muchy latają i zaraz cały garnitur przesiąknie mi tym jakże ludzkim smrodem. Papier też niezbyt adekwatny do aktualnej potrzeby, bo śliski, widocznie gazetka reklamowa któregoś z supermarketów, co uma pocięła na kawałki i do takiego dalszego wykorzystania przeonaczyła, bo w fajerce taki pergaminowany się słabo pali. Przynajmniej poczytać mogę, poobcować z wyższą kulturą. O, mój ulubiony pisarz! Znowu wydał jakaś książkę? A nie, w reklamie wystąpił. „Uciekam od miasta, a potem wracam, by się nim od nowa nasycić”. Nawet ładne, ale jakby był w mojej sytuacji, to by się tymczasem nasycić mógł na cały rok, hihi. Gęste, brudne, wstrętne. No i chyba jednak nie dam rady, trzeba się będzie jutro zgłosić na lewatywę znowu, jeszcze jeden ostatni wysiłek… żeby tylko nie było tragedii jak wracać będę do siebie mercem, bo tapicerki nie domyję…

Reklamy

Dziewczyny, jednorożce i płyty audio

– Adaś, proszę do pary z Olą.

– Nie.

– Ile razy mam mówić? – Przedszkolanka groźnie spojrzała spod brwi, dziwnym trafem wyglądając jak śp. Lenoid Breżniew, patron tejże placówki oświatowej. A może był to Gomułka? Choć żaden z nich nie miał takich dekoltów jak pani Krysia, nawet pięciolatkowie to rozumieli.

– Nie, nie, nie! – Śliczny blondwłosy, niebieskooki jak Morze Czarne, chłopczyk położył się na wykładzinie i łzy mu leciały po buzi jak ziarenka grochu. Pani Krysia podniosła dzieciaka jak małą owieczkę i nie zważając na protesty ustawiła pomiędzy Olą i Asią.

Z gramofonu popłynęły pierwsze dźwięki muzyki. Chór przedszkolaków zanucił i malcy zaczęli się bujać, każden jeden biedny chłopiec między dwiema niezwykle uroczymi koleżankami. Zawsze grzecznymi, miłymi oraz absolutnie niezłośliwymi.

***

Siedziałem na brzegu basenu i zamiast wesoło majtać sobie długimi, niezwykle pięknymi męskimi nogami, dmuchałem. No, jednorożca dmuchałem. Mimo, iż dosłownie dwie minuty wcześniej nad miejscówką rozniósł się krzyk mój, tak głośny że czereśnie i pandy zaczęły spadać z drzew, z głośnym buuum spadały wprost na jeżyki, pandy z krzykiem, a czereśnie z głośnym chlup, a krzyk ten – mój, nie pandzi – głosił całemu światu:

– Nie będę dmuchał jednorożca!

Przez moment naprawdę w to wierzyłem, przez dobrych trzydzieści sekund stałem mocno na nogach, gotów walczyć jak husaria pod Wiedniem, choć pieszo i bez żadnego pancerza na klacie, bo 30 stopni było, wystarczyło jednak jedno spojrzenia spode brwi, a ja znowu przekląłem panią Krysię, teraz już pewnie siwowłosą babcię otoczoną gromadką wnuków, może i prawnuków i ustawiającą ich w „zasiali Górale owies”, takie zboczenie zawodowe. No i dmuchałem. A Fidelio i Damian popijali sobie schłodzone winko, rozprawiając o jakimś wypłoszu, co mały, ale daje radę. A ja trzymiem w jednej łapie jednorożca, drugą zawór, ten taki cycek i dmucham. I dmucham. I dmucham w kuferek Krychowiaka jak to mawiał nieodżałowany generał Ajsejeżhałer, któren to brał udział w siedemnastu bitwach (albo osiemnastu, potyczka pod Parkanem nadal wymyka się teoretykom wojskowości z klasyfikacji) i wszystkie przegrał, a na jedenaście kolejnych się spóźnił. To był prawdziwy bohater, nie to co dzisiejsze jeże w rurkach i z odsłoniętymi łydeczkami. Zawsze w eleganckiej peruce, z talkiem na męskiej twarzy, w kubraczku z nieodłącznym zwisem. Męskim.

***

Pocieszam się jedynie, że mogło być gorzej. Naprawdę. Kiedyś R., dobry kolega, ale trochę dzban, na dodatek nieszczęśliwie zakochany i z tejże to przyczyny zalany w trupa 23 godziny na dobę – bo budził się na kacu o piątej, a delikatesy otwierali dopiero o szóstej i stał zawsze w szeregu takich jak on nieszczęśników, cały w drgawkach – chciał zabłysnąć przed wybranką i… wskoczył do wybiegu nosorożca w pobliskim zoo i zaczął go…   Tak mu się fiksacja na jednorożce wkręciła. Nie będę podawał bliższych szczegółów, tak są przeokropne, ale Julek – stateczny, wiecznie uśmiechnięty trzydziestolatek -potrzebował trzech lat psychoterapii, by ponownie zaufać ludziom. A R.? R., jak to dzbana, znaleziono na wybiegu obok, spał otoczony lwicami. I potem się chełpił, że to była najlepsza noc w jego życiu.

Raczej jedyna taka.

No ale muszę mu oddać: stał się kultowym viralem w podbazie. Miliony wyświetleń na jołtubie, koszulki, kubki z jego twarzą uchwyconą w pijackim grymasie. Zawsze śmieszy jak stutrzydziestokilowy kloc spierdala się z murka do fosy. Zimą to było, woda na wpół zamarźnięta, a ten wstaje, się otrząsa i rusza wężykiem dalej. I biednego Julka…

Sierżant Międzyzjeż

Sierżant Międzyzjeż obudził się jak zwykle 14 minut i 23 sekundy przed piątą. Jęknął z bólu, dwie łapki – tylna lewa i prawa przednia – szarpały go okrutnie. Stara pamiątka po tajnej akcji Jeżykowa Burza, kiedy w zawiei piaskowej Orzeł 2 leciał zbyt nisko, a oni i tak skoczyli z ptakoptera. Rozkaz to rozkaz. W lewym boku znowuż gnoiła się rana, pocisk szlachecki wszedł wtedy milimetry obok nerki. W szpitalu polowym sierżant Międzyzjeż znajdował się w grupie nierokujących żadnej nadziei, ale się uparł i przetuptał w kierunku skierowanych do dalszego leczenia. W filmach z reguły pojawia się wtedy urocza, nieskażona cynizmem młoda pielęgniarka, potem żyją długo i szczęśliwie, wychowując prawnuki, dzieci wnuczki alkoholiczki, o zadziwiających imionach Brajeż czy Dzisijeżanna. Malce wskakiwałyby na pradziadka i gaworzyły o tym jak pięknie świeci słońce, nieustanie dziwiąc się światu. To nie ten przypadek. Pozostała mu jedynie blizna, pulsująca przy każdej zmianie pogody.

Sierżant Międzyzjeż spojrzał w znajomą mordkę w kawałku lustra. Zrabował go wiele lat wcześniej podczas krótkiej rajzy na tereny Ludzkiego Osiedla i od tego czasu traktował ten kawałek pomalowanego rtęcią szkiełka jako swój najlepszy talizman. Było także przydatne, zawsze kiedy trzeba było przystrzyc wąsy zgodnie z regulaminem (na 2 milimetry mogły wystawać od paszczki) albo ułożyć kolce do munduru wyjściowego. Kolce te były coraz bardziej siwe i sierżant Międzyzjeż się obawiał, że następna redukcja etatów podoficerskich w Jeżowych Siłach Zbrojnych obejmie także jego. Już dwa razy ratował go podporucznik Więrcidupka, po starej znajomości, ale tego ostatniego zesłano niedawno na wschodnią granicę, za nieobyczajność, niby. Całe wojsko od lat wiedziało, że Więrcidupka po spożyciu przydziałowego cydru zbyt blisko zbliżał się do młodych rekruckich jeżyków płci obojga, bo tolerancyjny był bardzo, i nagle to miał być problem? Teraz? Ani chibi inne jeżyki są tu czynne.

Sierżant Międzyzjeż zasadniczo i tak miał to coraz bardziej w d…, „w kuferku Krychowiaka, żołnierze” jak mawiał słynny generał Aisenjeżhałer, ten to dopiero był wielki galant i aferał, kiedyś na wziętym do niewoli człowieku wjechał do garnizonowego kasyna i gdybyście mogli widzieć jaką minę miał ten ludź, ech dobre to były czasy, ale teraz, od kiedy przeniesiono go, znaczy sierżanta, generała pochowano zeszłej wiosny z honorami w Kurhanie Wojownika, do Wojsk Ochrony Jeżykowej, wszystko to było kompletnie bez sensu. Dwa dni szkolił nowy oddział, dawał  łepkom wycisk, potem dostawał nowe mięso do obróbki i jak tylko przestawali obrastać w weekendowy tłuszczyk, dawano mu następnych. Koncepcję WOJ uważał za bzdurną, a wykonanie jeszcze gorsze, takie głupawe przyszły wytyczne od cywilów ze stolicy. Czego takie fajnojeżyki, inteligenciki w rurkach i mieszczuchy od przynajmniej trzech pokoleń, które w lesie bały się każdego kicającego zająca, mogły się nauczyć w dwa dni? Czy długo stałyby wobec natarcia twardych jak stal jeży z pogranicznej doliny albo obroniłyby się, nie mówiąc o oswojeniu i włączeniu do sił powietrznych, przed atakiem jastrzębia? Bez szans by były, powiedzmy to sobie szczerze. Na takiej Jezdni ginęliby jak muchy w październiku, nawet pod kołami stareńkich maluchów.

Sierżant Międzyzjeż aż się wzdrygnął na wspomnienie, że kiedyś też był takim młodym ufnym jeżykiem. Miał iść na studia i zrobić karierę w mieście. Mama chciała, by jej najmłodszy syn został lekarzem albo prawnikiem, choć go zawsze ciągnęło w stronę historii – zaśmiał się gorzko, pastując swe wysokie wojskowe buty podpalaną czarną pastą, innej nie używał – i znowu przypomniał sobie, kiedy złamano mu serce. Bo rację mieli rekruci, sierżant Międzyzjeż nie zawsze był tym sierżantem Międzyzjeżem, pierwowzorem głównych bohaterów takich klasyków kina wojennego jak „Full Metal Jeżyk” czy „Łowca jeży” oraz nagradzanego głównie na artystowskich festiwalach „Na Jeżykowym Polu bez zmian”. Obudził się pewnej zimy z hibernacji i w jego rodzinnej norce nie było nikogo. Gnany strachem wyskoczył najkrótszym korytarzem ewakuacyjnym i choć połacie śniegu jeszcze nie roztajały, nie zobaczył żadnych śladów łapek. Do lata szukał krewniaków i kiedy ją w końcu odnalazł, w niewoli na Ludzkim Osiedlu, dopiero to ostatecznie złamało mu serce. Okazało się, że nie zostali porwani przez ludzkich łowców dzikich zwierząt, ale cała familia, w głosowaniu i poza jego grzbietem, postanowiła emigrować i sprzedać się w niewolę, zamiast walczyć każdego dnia o kęs robaczka albo jabłka. Odpowiedzieli na ogłoszenie „PRACA dla JEŻYKÓW Wikt Opierunek Ubezpieczenie” i teraz byli kontraktowymi jeżami hodowlanymi. Przez miesiąc upijał się najtańszym cydrem, potem się zaciągnął do elitarnej jednostki Jeżowych Beretów. Wstępną selekcję przetrwało ich trzech z grupy czterdziestu ochotników.

Sierżant Międzyzjeż kończył wiązać ostatniego już buta. Nadal nie potrzebował pomocy przy żadnym z nich, nawet tego najbardziej oddalonego od pyszczka. I cały czas napawało go to dumą, zwłaszcza kiedy widział młodych gamoni nie dających sobie rady nawet z tymi na przednich łapach. Za chwilę zapali światło w sypialni tych dzieciaków i zacznie wydzierać się jak głupi. W końcu o opinię najtwardszego sukinjeża w całej Jeżypospolitej trzeba dbać każdego poranka od nowa!

WOJ

Nie wszystkim koleżankom z Ćwitra

– Wyżej dupę, rekruci! – Sierżant Międzyzjeż darł się na całą polanę, kiedy my kończyliśmy kolejną serię dwudziestu pompek. Trzydzieści stopni w cieniu nieskoszonych traw, na niewielkiej przecince pośród niewyschłych kałuż, głębokich dołów pełnych wody, zaśmierdłej mimo niedawnych ulew. Unosił się z nich okropny żabi rechot, nasze mundury moro spływały potem i jechały bagiennym odorem śmierci. Nie do zmycia nawet jeleniem. Próbowałem kiedyś, ale tak mnie kopnął, że fru fru frunąłem, aż upadłem pod sosnami.

Zaciągnij się, mówili. By służyć ojczyźnie, nakłaniali. To tylko dwa dni w miesiącu, twierdzili.  Jeżyk ich j… – Sierżant Międzyzjeż już stał przede mną:

– Nie podoba się coś żołnierzu? Jabłko na kolce i biegiem dookoła. Cztery rundki!

Mordę sierżanta przecina blizna, a jego kolce są siwe i twarde. Podobno służył w Armii Nowego Jeża i brał udział w wielkiej bitwie pod Dwoma Jabłkowymi Kopcami. Podobno, bo oddziałowa legenda przekazywana z kociego pokolenia na pokolenie głosi, że na polu bitwy pojawił się dopiero wieczorem, kiedy z pobliskich chaszczy wychynęły ryjówki, krety i odszczepieńcy naszego plemienia, by dobijać rannych i obdzierać zabitych ze wszelkiego dobra. Wtedy to niejaki Zurwipęk miał ukraść mundur i nieśmiertelnik prawdziwego sierżanta Międzyzjeża i w ogólnym pobitewnym rozgardiaszu niejako „wstąpić” na służbę nowego władcy.

Ja tam sam nie wiem jak było dokładnie i nie będę się wypowiadać, ale jednak uważam, że to wszystko nie tak powinno wyglądać. Jeżopolonia i jej historia to jeden wielki żart, tu nawet bagna nie płoną, za to śmietniska fajerują aż miło. I można tłustego robaczka sobie podpiec jak się wie, które ulegnie samozapłonowi następne. Fajnojeże i ich byznesy z zagranicą, a pferde.

Wyglądamy jak siedem nieszczęść, gorzej niż niewyretuszowane jeżyki w niewoli Babilonu w latach 80., z tymi ich wytapirowanymi grzywami i kolcami ozdabianymi brokatem. Wszyscy mamy dość, a to dopiero popołudnie pierwszego dnia naszej służby w tym niezwykle upalnym czerwcu. Możemy napić się wody z najczystszej kałuży, zarządził nasz sadysta, obrażona niebieska żaba – to mogą być zwidy z odwodnienia – przeskakuje dwa metry dalej. Nuci coś jakby „Rafale Rafale, dlaczego nie kochasz mnie”? i klika w mikrotablet. My nie możemy, rano zdaliśmy wszystkie mobilki w koszarach.

– Jeżalsi! Wstawać! Plecaki na grzbiety. Biegiem marsz! – Sierżant Międzyzjeż ani myśli nam odpuszczać. Skubany się nie poci, może jego matka zadała się z jakimś posokowcem?

Kurwa, chyba nie powiedziałeś tego na głos, gamoniu? Znowu byś przez pół nocy czyścił latryny. Wieczorem mają być podchody na ludzkim osiedlu. Przegrana drużyna za tydzień znowu jedzie na poligon. Międzyjeżowe Manewry Mundialolo 2018, w związku z trwającą wielką imprezą piłkarską. A my nawet nie możemy za bardzo grać w ludzką piłkę, bo po pierwsze: łapki mamy urocze, ale trochę zbyt krótkie, po drugie: dziurawimy wszystkie piłki szybciej niż piłkarze Ekstraklasy.

O żabo, żeby jeszcze coś więcej za to płacili. Aleś się przecież zgłosił na ochotnika, ku chwale jeżyzny gamoniu, nie krasnoludku. Odpoczniesz od wszystkich koleżanek z hedgterra, męską przygodę przeżyjesz, dodatkowe jabłko raz w tygodniu wpadnie i butelka eksportowego cydru Asia – w tym tygodniu są w promocji notabene, za 4,99 w Jeżu przy zakupie trzech sztuk –  raz w miesiącu – tak, wszystko to było w folderze rekrutacyjnym. I tylko o sierżancie Międzyzjeżu nie wspominali, psychopatycznym weteranie z niezdiagnozowaną traumą wojenną, dziecku rynsztoków naszej stolicy, z matki lafiryndy i NN ojca, wydry może. Przypadek? Nie sądzę!

– Żołnierze! Jeśli ten złamas nie przyspieszy, to wszystkich was czeka szorowanie butów całej kampanii – Dopiero teraz się orientuję: wskazuje ruchliwym noskiem centralnie i dokładnie wprost na mnie. Orzeszku jesienny, nawet jeden taki totalny dzban jest daleko przede mną i szczerzy te swoje kły triumfalnie – No i wypierzecie moje onuce. Z całego ostatniego roku. – Sierżant to jednak ma ten wojskowy dowcip.

Wybielą mnie. W tej pralni. I skończę jako jeżyk blogowy!

Stefan Alfons Miętoch „Funf”

Kiedy ujek Józek się w końcu urodził i dziadek świętował przez dwa dni w szynku narodziny pierworodnego po trzech córach, jego najstarsza córka odważyła się do niego pójść z petycją, by nawo narodzony bajtel nazywał się Grzegorz. Fater na nią spojrzał, pomyślał i gibko odpowiedzioł: nie, bo jak przyjdą nasi? Ledwie 20 lat później ten sam ujek pitnął do Rajchu na łączenie rodzin, a była to kombinacja iście alpejska, bo najpierw pitnyła jego ukochano by zamieszkać z rodzicami i już w Westfalii urodziła córeczkę. Na chwilę wróciła do Polski i tu się hajtnęli i dopiero potem z kolei ujek pojechoł, oczywiście do tegoż wieżowca  we Westfalii, tak się składa, ze w połowie zamieszkanego przez ślunskich wychodźców (a w połowie przez Turków). Urodziły mu się jeszcze dwie takie smarkule, teraz mówią mu Juuuuzek z powątpiewaniem w głosie, i pamiętam jak w 96 roku wspólnie oglądaliśmy mistrzostwa Europy w Anglii i kiedy Olivier „Oli” Bierhoff wbił nieszczęsnym Czechom dwie bramki, ujek aż podskoczył w fotelu, w mieszkaniach obok rozległy się wrzaski, a ujek się nagle zasępił: do Czech na wakacje jada, volkswagena mi zarysują, bo na niemieckich blatach…

W przyszłym tygodniu ma lecieć do Korei.

Było to trzecie z kolei doskonałe spotkanie naszego Manschaftu. Tym razem para eleganckich stoperów była biała jak śnieg pod Stalingradem i równie skuteczna jak generał zima. Nic dziwnego, że w starciu z azjatycką nawałnicą pomylił się nawet nasz genialny torman. Ale to nieważne. Mieliśmy gigantyczną przewagę pod względem wyszkolenia, taktyki, przygotowania fizycznego. Wręcz zmiażdżyliśmy prymitywnych małych człowieczków (proszę się nie obrażać, to zwyczajne fakty) z drugiego skraja megakontynentu. I pokazaliśmy światu Leona Goretzkę, kolejnego wielkiego piłkarza, człowieka oraz Niemca. Z optymizmem patrzę w przyszłość. Ten turniej się jeszcze nie skończył. Leroy Sane zniszczyłby pełną braterstwa atmosferę w kadrze, ponieważ najwidoczniej jest mu obcy staroniemiecki duch wspólnoty rodowej oraz plemiennej współzależności.

I tylko do dziś nie rozumiem dlaczego Josef jest bardziej germański od Gregora. Opa Karlik miewał czasem dziwaczne pomysły! Jego babka przyszła tukej z Czeladzi, może to dlatego?

Stefan Alfons Miętoch „Sechs”

Ujek Herbert, który w życiu był zmuszony używać również smutnego aliasu „Henryczek”, w czasie wojny musiał długo uciekać przed komunistami. I jak w końcu, w tej ucieczce, razem z trzema kamratami dotarli nad morze, znaleźli jedynie łódeczkę tak małą, że musieli losować miejsca. Ujek przegrał i pozostał na brzegu. Najpewniej nie machał towarzyszom niedoli zbyt radośnie, mógł nawet straszyć ich karabinem i granatem zaczepnym, ale jeden ze zdradzieckich uciekinierów trzymał w łapie pistolet maszynowy. Ostatecznie wyszło to ujkowi na zdrowie, bo jako jedyny przeżył tę wojnę. Kiedy cztery dni później łódka przydryfowała z powrotem do brzegu, dwaj szeregowcy Wermachtu byli już mocno poogryzani, a feldfebel Frontzek zwariował z tego mrozu. Kiedy rozwalili go pod najbliższym murem, wrzeszczał co tylko można o pieruńskich Szwedach, którzy rozrabowali Częstochowę, i nie podjęli go z wody, mimo że kutry rybackie płynęły tuż obok, a oni strzelali w powietrze. My na Śląsku zawsze szanujemy przegranych.

I dziś Szwedzi planowali umyć ręce jak w czasie wojny, ale szczęśliwie im się nie udało! My na Śląsku zawsze szanujemy przegranych.

Był to kolejny doskonały mecz naszego manszaftu, pełna kontrola od pierwszej do ostatniej minuty. W obronie minimalna zmiana i trzeba przyznać, że nasze czarne bestie dały radę. Jeden zwinny jak pantera, drugi bezwzględny jak tygrys, i to królewski! Środek pola doskonały, skrzydełka śmigały jak Liroy w Kielcach w połowie lat 90 i Leroy w Manchesterze. No i wielcy napastnicy, z Mario Gomezem jako wrodzoną reinkarnacją Ernesta Wilimowskiego. Wszystko w tym meczu było weltklasse. Oglądałem go wygodnie w fotelu, przez całe 90 minut popijając reńskie i nawet nie drgnąłem przed mistrzowskim wolnym naszego enerdowca. My na Śląsku zawsze szanujemy przegranych.

Kiedy wygrywają.

Stefan Alfons Miętoch „Sieben”

Ujek Achim z Dortmundu był mężem najmłodszej siostry mojej babci, mieszkał na przedostatnim piętrze wieżowca i był mężczyzną dystyngowanym, szykownym i, choć przekroczył już pięćdziesiątkę, nadal niezwykle przystojnym. „Zbyt przystojnym dla Renaty” – zawsze szeptała cichutko jedna z ciotek jak już sobie wypiła te dwa kieliszki dla kurażu. Achim z polskiego, komunistycznego raju pitnął do Hajmatu przed meczem z Holandią w 79, kilka lat później ściągnął rodzinę. Kiedy ich poznałem, syn Marcus miał dwadzieścia lat, czerwone camaro i był żołnierzem kontraktowym. Pływał na okręcie Kriegsmarine po całym świecie. Absolutnie nie miał czasu dla odległych i bardzo smarkatych kuzynów. Za to jego siostra Zyta była ok. Kilka lat później stała się rodzinną czarną owcą, bo wdała się w romans z żonatym chłopem. I słuszny to był to ostracyzm, bo my tu na Śląsku za najwyższą wartość mamy rodzinę.

Ten jej nowy szac próbował odzyskać kamieniczkę w Bytomiu albo Radzionkowie, nie wiem, czy mu się udało.

Achim miał jedną olbrzymią słabość, farbował sobie włosy i następnie smarował kruczoczarną czuprynę brylantyną. Elegancik. Rychtig taki jakim jest nasz Bundestrainer Joachim Low i pewnie dlatego mi się wczoraj ujek przypomniał. Spoglądałem na tego drugiego Achima i co za elegancja, co za inteligencja, co za mistrzostwo stylu. Nie żeby mi się podobał jako mężczyzna, rozumiecie, bo my tu na Śląsku najbardziej cenimy rodzinę, jednak ma przedziwny dar przyciągania spojrzeń ten taktyczny geniusz.

Jakże pięknie grał manszaft z Meksykiem. Setki celnych podań. Generał Kroos w centrum pola. Twardzi jak skała środkowi obrońcy, Jorguś Boeateng i Marcinek Hummels. nieprzyzwoita wręcz płynność akcji, dwadzieścia kilka strzałów na bramkę przeciwnika, z wyczuciem dryblujący Draxler i wielki mecz Timo Wernera. Niemiecki futbol na najwyższym światowym poziomie. Zabójcze kontrataki. W tym meczu było wszystko to, z powodu czego pokochaliśmy futbol jak byliśmy małymi dziećmi (czyli bajtlami). Wtedy oglądaliśmy mecze naszej reprezentacji z fatrami i opami, bo – nie wiem czy już o tym wspominałem – my tu, na Śląsku, najbardziej cenimy rodzinę.

Pięknie się rozpoczął ten Mundial!