Tajemnica nieużywanej windy (3)

– To Chory jest kluczową postacią. – Dziś Sherlock znowu wyglądał jak prawdziwy dżentelmen, na pewno nie jak Polak. No prawie, bo na szyi miał elegancko zawiązany szal Arsenalu. Chelsea, Millwall, nawet Tottenham, to bym zrozumiał, to prawdziwe londyńskie kluby, ale Arsenal? – Wszędzie, gdzie się pojawia, tam w ślad za nim podążają zło i występek. Chłopaki Billa wyniuchały, że jest wielkim fanem Barcelony, a dziś przecież Arsenal z nimi gra. – Rzeczywiście, półfinały Ligi Mistrzów, przypomniało mi się. W pierwszym meczu przegrali 1:4.

– Tak więc, panie szofer na Emirates Stadium, setką! – Rzucił mój najserdeczniejszy przyjaciel do taksówkarza i na jednym wdechu, nigdy nie traci okazji do zdobycia nowych informacji od ludzi pracy, zapytał. – No i co pan sądzi o kolejnym kryzysie w polskim rządzie?

– Ach, panie Holmes, o czym tu mówić? – Libański kierowca się rozgorączkował. – Mam kuzyna w Rudzie i on już kopie schron. Boi się WOTu. Fatalny jest ten Schetyna, ale opozycja nie lepsza. Ech, co tu dużo gadać…

– Ale słyszałem, że ten Zandberg robi dobrą robotę?

– No nie, za dużo o seksie gadają w tych Razemkach, zamiast skupić się na uczciwej robocie. – Odpowiedź była miażdząca. – Aborcje można zrobić przecież tutaj, w Londynie. Jakby szanowny pan potrzebował, to służę kontaktem. Nie ma już dla Polski nadziei, mówię panu. No chyba ze redaktor Woś poruszy w końcu bryłę.

– Symetryzm. Słyszałem. Ciekawa koncepcja, acz lekko naiwna.  – Kiedy Sherlock się rozgada, to nie sposób go powstrzymać. Z trudem udawało mi się go nie słuchać. Na już szczęście dojeżdżaliśmy pod stadion.

Tłum kibiców podążał na trybuny. Ludzie wszystkich ras, kolorów skóry, wyznań, poglądów i przynajmniej czterech płci, wszyscy pospołu zamierzali obejrzeć wielki mecz. Niektórzy nieśli prześcieradła z wielkim napisem „Arsene out”, co wydało mi się jednak pewną przesadą. Gdzie osiemdziesięciolatek znajdzie kolejną pracę w dzisiejszych czasach? W powietrzu unosił się przyjemny, słodko-kwaśny zapach macerujących się jeżyków. Na Emirates podawano najlepsze na świecie jeże w sosie truskawkowym. Przypomniała mi się opowieść Śnieżyńskiego, kolejna poszlaka, że Chory rzeczywiście mógł tu być.

Weszliśmy wejściem dla VIPów, wydawało mi się że w oddali wodzę Mycrofta. To aż tak poważna sprawa?, zdziwiłem się. Sherlock przyzwał mnie do siebie skinieniem dłoni:

– Wyczyściłeś swój rewolwer?

– Oczywiście, za kogo mnie masz Sherlocku?

– Dobrze. Ty idź na lewo, a ja się wmieszam w tłum na sektorach Barcelony.

Pierwsza połowa była nudna jak flaki z olejem. Już w czwartej minucie Junior zdobył bramkę dla rywala i trybuny jęknęły z zawodu. Co bardziej rzutcy zaczęli intonować obraźliwe śpiewki mające skłonić Wengera do dymisji. Ot, taka miejscowa tradycja, od dwudziestu lat to śpiewają. Wynik utrzymywał się do 43 minuty, kiedy kapitan Kanonierów Krystian Bielik w potwornym zamieszaniu  po rzucie rożnym wepchnął piłkę do siatki. 1:1 nie krzywdził żadnej ze stron, choć Arsenal był jeszcze dalej od awansu niż przed meczem. W tym momencie potrzebowali czterech bramek, by załatwić sprawę bez dogrywki i ewentualnych karnych.

W przerwie spacerowałem po koronie stadionu, rozmyślając, czy też nie skusić się na słynne jeże w przepysznym sosie truskawkowym z nutką wanilii. Odstraszyły mnie kolejki przed stoiskami. Przez lornetkę próbowałem wypatrzeć Sherlocka po drugiej stronie trybun, zaginął gdzieś w tłumie. Wypatrzyłem go w okolicy 60 minuty, kiedy Arsenal – o dziwo prowadził – 2:1. Kolejna akcja, jak to mawiają w piłkarskim slangu, z dupy, strzał z 30 metrów i wysunięty zanadto przed bramkę tor Stiegen został przelobowany.

W 73 minucie Wenger, w akcie straceńczej rozpaczy albo na skutek demencji, wpuścił na boisku kolejnego weterana i wiecznie młody Theo Walcott odmienił mecz. Po jego dwóch solowych akcjach w 87 minucie zrobiło się 4:1. Dogrywka? Trybuny szalały, a ja nie wiedziałem czy patrzeć na boisko, czy nadal wypatrywać Sherlocka wśród przerażonych, nagle zamilkłych fanów mistrza Katalonii. Sekundy upływały nieubłaganie. Rzut oka na murawę, rzut oka na trybunę. Dostrzegam jakiś ruch, ale już nie wiem: na boisku? Nie, to Sherlock biegnie, goni jakiegoś potężnego faceta. Ten wskakuje do windy! Na boisku boski Theo znowu się urywa obrońcom, samotnie biegnie w kierunku bramki. Sherlock wybiera drugą windę, głośno krzyczę: Nie!!!!! Nie może mnie usłyszeć, bo w tym momencie pada bramka i  stadion wybucha euforią. Przeszklona winda staje w miejscu. 5:1. Na jej dachu widzę tańczącego brodacza. Walcotta na ramionach znoszą z boisku kibice. Wygina się jak wariat, stepuje, w nieprzyzwoitym rytmie wygina biodra. Wengera reanimują na płycie boiska. Chory System, bo to on, to mu być on, nachyla się nad włazem windy z uzi w ręce i…

Reklamy

Tajemnica nieużywanej windy (2)

Sherlock, jak każdy geniusz, tygodniami potrafił narzekać na nudę, jednak kiedy tylko zaczynała się nowa sprawa, spadało na niego natchnienie, stawał się najszybszym z drapieżników i podejmował trop jak psy Jagovskiego. Śnieżyńskiego wręcz wypchnął za drzwi i natychmiast zaczął wysyłać oraz odbierać setki smsów. Wieczorem wezwał do siebie Billa i długo coś ze sobą omawiali w drugim pokoju, dumny dziesięciolatek – szef gangu piłkarzy ze wszystkich londyńskich szkółek, dzięki nim Holmes zawsze wiedział, co dzieje się w stolicy i nie tylko – wyszedł z naszego mieszkania z wielce tajemniczą miną.

Przez kolejne trzy dni w ogóle nie widywałem Sherlocka. Wstawał długo przed śniadaniem, a wracał, jeśli w ogóle wracał, kiedy już spałem. Czwartego dnia wysłał mi wiadomość, jeśli lokalizator się nie mylił, z Holandii, bym wieczorem stawił się w ogrodach Kensington. Zmartwiła mnie ta Holandia. Sherlock miał koszmarny zwyczaj przywożenia z tego kraju dziwnych pamiątek. Za każdym razem wracał do Anglii z kilogramami tajemniczych, i jak zapewniał, absolutnie legalnych substancji, które potem strasznie dymiły w naszym mieszkaniu. Co gorsza wpisywał je w koszta uzyskania przychodu i nasz doradca podatkowy aż rwał poszetkę przy sporządzaniu roboczych bilansów, o oficjalnej dokumentacji już nie wspominając.

Oczywiście udałem się do Kensington o zmierzchu i było zadziwiająco pusto. Przy wejściu minąłem żebrzącego Polaka, trochę dalej dostrzegłem spacerujących dżentelmenów i cały tłumek niań z wózkami. Rozsiadłem się na jednej z ławek i czekałem. Nikt jednak do mnie podchodził,  jedną z alejek zbliżał się wspomniany przeze mnie żebrak. Polaka poznam zawsze. Razem walczyliśmy w Afganistanie, twarde chłopaki, żaden nigdy nie chciał zostać uśpiony na stole operacyjnym, ciąłem na żywca, a oni się uśmiechali. Do Londynu przyjechał widocznie jakiś gorszy sort: wiecznie zasikani, w koszulkach z orłem i z wielkimi wąsami. Przygotowałem jednego pensa i modliłem się do mojego protestanckiego Boga, by nie usiadł koło mnie.

Rzecz jasna rozłożył gazetę i rozsiadł się wygodnie. Nie patrząc wcisnąłem mu monety z królową, jego dłonie były całe ze smaru czy innego świństwa. Usłyszałem śmiech. Złośliwie chichotał ze mnie, swego dobroczyńcy, gałgan jeden, a pens to przecież też pieniądz. Śmiech się stawał coraz bardziej znajomy, spojrzałem raz jeszcze i wykrzyknąłem:

– Sherlock!

– Ale cię nabrałem, drogi Watsonie – Ten łajdak się teraz śmiał na cały głos. – Gdybyś mógł zobaczyć swoją minę – Zaraz jednak spoważniał. – Chodźmy trochę dalej.

Sherlock był królem przebieranek, co roku wygrywał konkurs na transwestytę roku w Soho, obecnie przeszedł samego siebie. Wyglądał jak stuprocentowy Polak! Nawet chodził jakoś inaczej. My, tu na Zachodzie, nigdzie się nie spieszymy; Polacy, nawet kiedy spacerują, to pospiesznie drobią kroczki, w każdej chwili gotowi do ucieczki jakby się bali, że ktoś ich znowu skrzywdzi. Najpewniej Niemiec, Rosjanin albo Fajnopolak.

– Och Johnie, gdybym ci opowiedział w jakich miejscach byłem, by odnaleźć nici prowadzące do spiskowców, nie uwierzyłbyś – I tu pokrótce zrelacjonował wydarzenia kilku poprzednich dni. Rzeczona winda została zamurowana, teraz w tym korytarzu stała tylko wielka paprotka (nie pytałem, co się stało z palmą), jednak Sherlock się nie poddawał. Dała mu do myślenia ta puszka po piwie, a jeden z chłopaków Billa widział podobno „człowieka bliźniaczo podobnego do Chorego” w Portsmouth, na pokładzie szkunera zmierzającego do Holandii. W Rotterdamie na nowo podjął trop, walczył na noże w śmierdzących zaułkach, prawie wpadł do kanału, był na meczu miejscowego Feyenoordu i…

– Już wszystko wiem, Johnie – I pociągnął kolejny łyk Harnasia, dwie puste puszki leżały pod ławką. Chyba już wolałem, kiedy się kokainował. Przynajmniej nie śmierdział tanim piwskiem. – Tajemny Spiseg Windziarzy to jak mówiłem, tajemna i stosunkowo nieliczna organizacja, owiana legendą w przestępczym podziemiu, swe niebotyczne zyski czerpiąca m.in. z przemytu jeżyków w celach kulinarnych i znacznie gorszych. Aż wstyd mówić, co ludzie potrafią robić jeżom. – Sherlockowi głos się załamał. – Zdjęcia. Mizianie. Kąpiele. Podglądanie karmiących matek. – Kolejny łyk i otarcie łzy w oku. – Główne korzyści czerpią jednak z wind.

Zastanawiałeś się kiedyś, ile jest wind na tym najlepszym ze światów? – Kiwnąłem przecząco głową. – No właśnie. Miliony. Ktoś je musi montować, naprawiać, konserwować i raz miesiącu sprawdzać. To potężna armia niezauważanych ludzi. I zastanów się teraz, mój drogi Watsonie, gdyby jednego dnia, w ściśle określonej godzinie, nagle one wszystkie stanęły? Przestały działać? Uwięzieni w swoich biurach najpotężniejsi ludzie świata, krachy na giełdach, armie niegotowe do obrony ojczyzny. I ani jednego fachowca pod ręką. Bo wszyscy zniknęli. Koniec cywilizacji Zachodu. Kilku mniejszych też. – Sherlock załkał, polskie piwo robi mu coś strasznego z głową.

– Taki mają plan, taki to mają plan. Ale ich powstrzymamy. – Powiedział już twardszym głosem – Bądź jutro o 15:00 na ulicy przed naszym mieszkaniem i koniecznie wyczyść swój rewolwer. Muszę już iść – I zaczął się ze mną ściskać na pożegnanie, całować w policzki, jego wąsy strasznie mnie drapały.

Zdecydowanie za bardzo się wczuł w to bycie Polakiem. Co będzie następne, całowanie w rękę?

Białe kartki

Jako młodziutki chłopak byłem figurą tyleż komiczną, co koszmarnie smutną. Nieświadomie, z heroizmem godnym lepszej sprawy, coraz bardziej zamykałem się we własnym świecie. Nie miałem znajomych, dziecięce przyjaźnie dawno się wypaliły, szkolne rozmyły w dusznej atmosferze rywalizacji nagle wyrośniętych, jeszcze nie używających dezodorantów, choć już powinni, samczyków. Całymi dniami tkwiłem w domu i po raz setny czytałem o przygodach Winnetou albo odkrywałem, w książkach Niziurskiego, jak bardzo będę miał przejebane w liceum. No i nadmiernie się masturbowałem. Nie wiem, na ile ojciec zdawał sobie sprawę z mojego stanu, a na ile chciał mi zrobić dowcip, bo miał ten mój stary skomplikowane poczucie humoru, ale na czternaste urodziny, do obowiązkowej koperty  – „Jesteś już duży, kup sobie coś sam” – dołączył dość grubą książkę. „Czytasz te swoje głupoty, weź to.” – powiedział i przytulił mnie mocno, bodaj ostatni raz – „To pierwsza powieść w historii godna tej nazwy i jednocześnie wyczerpująca gatunek”.

Przyjąłem niechętnie, co mi tu stary będzie pierdolił, ale mając do wyboru Maya i dość eklektyczny tak ogólnie księgozbiór rodziców, w końcu zacząłem czytać „Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy” i odpłynąłem. Przedzierając się przez liczne archaizmy coraz bardziej utożsamiałem się z narratorem, który w opisie swego życia nigdy nie przekroczył granicy czwartego roku, tak to życie jest skomplikowane i nieistotne zarazem, że i tysiąc stron nie starczy na jego wierne oddanie. Wiele lat później jedna z moich partnerek, i to z tych mniej neurotycznych, bynajmniej nie intelektualistka, odchodząc rzuciła mi w twarz, że mężczyźni rozwijają się do czwartego roku życia, potem już głównie rosną, i to nie wszędzie. Nie czytała Sterne’a, tego jestem pewien, kobiety pewnie rodzą się z tą wiedzą. Ach, jakże współczułem bohaterowi kontuzji nosa przytrząśniętego oknem przez nieuważną służącą i nie chodzi przecież o nos a  o…, nie wiedząc jeszcze, że każdego z nas czeka, wcześniej lub później, faktyczna, jeśli nie fizyczna, kastracja.

Dziś, prawie dwadzieścia lat później, często myślę o tym, że tata miał rację – tak, od niedawna znowu mówię o nim tata, może gdzieś słyszy – tak cholernie dużo racji. Dorosłem, pokończyłem szkoły, pracowałem, ożeniłem się i rozwiodłem, córki widuję co drugi tydzień. Przeczytałem tysiąc ważnych książek i podobną liczbę nieważnych, napisałem kilka i niektóre z nich mi nawet wydano, jednak żadna z nich nie mówiła o życiu tyle (i tak), co Tristran naznaczony imieniem i przez to o melancholijnym usposobieniu. Prowadzi to w moim fachu, w końcu jestem pisarzem, do kluczowego pytania: Po co pisać, jeśli nie tyle napisano już wszystko, co nie da się opisać wszystkiego? Czyż warto tworzyć, wymyślać, szlifować styl, jeśli się nie wierzy w literaturę? W jej moc demiurgiczną, w jej zdolność odmieniania rzeczywistości? Pozostaje wtedy jedynie warsztat, przyznaję, u mnie dość znośny.

Jednak pomysł, skąd wziąć nowy, świeży i zachwycający pomysł? Jak się wybić w zalewie grafomanii, czy nawet książek solidnych, ale niemiłosiernie nudnych? Próbowałem wszystkiego, napisałem opowiadanko na podstawie książki telefonicznej (przyjęte do druku i chwalone za „udane oddanie meandrów ludzkiej duszy i wysmakowane bogactwo szczegółów” – nie zmyślam tego, naprawdę tak stało w recenzji), moją drugą powieść rozrysowałem na 64 polach szachownicy, a bohaterowie trzeciej były internetowymi botami, część z nich miała nawet cycki, więc założyłem, że to kobiety i dałem ich zdjęcia na okładkę, co rzekomo znacząco podniosło wyniki sprzedaży, przynajmniej tak plotkowali zawistni koledzy z branży. I wtedy dopadł mnie kryzys twórczy na skalę niespotykaną, a kredyt – bo na szczęście nie alimenty, nie w tym kraju – trzeba przecież spłacać, bo inaczej zabiorą mi mieszkanie na wynajem i nie będę miał jak opłacić czynszu w lokalu po rodzicach, w którym znowu mieszkam (w małym mieście powiatowym, gdzie życie jest ogólnie tańsze i płynie spokojniej). Pół roku gapiłem się w okno albo grałem online, w gry które przeszedłem już pięć lat wcześniej z dokładnie takimi samymi miernymi wynikami. Miesiącami nie otwarłem ani jednej książki, by nie inspirować się innymi, mniej utalentowanymi, twórcami. Wtedy wpadł mi w ręce blok rysunkowy starszej z cór. I doznałem olśnienia.

Nowa książka jest wielkim sukcesem. Pierwsze miejsce na listach sprzedaży Empiku, pozytywne recenzje w niemal wszystkich periodykach (jedynie pewien krytyk starszego pokolenia, nie ukrywający swych prawicowych poglądów zresztą, zarzucił mi postmodernizm, czym tylko dowiódł, że jest spóźniony o 20, jeśli nie 200, lat w dziedzinie literackiej krytyki), tłumaczenia na 20 języków, liczne stypendia i nagrody. Nie będę ukrywał, prawie każdy mógł na to wpaść, jednak tym razem to ja byłem pierwszy i nie muszę już wzdychać do Pereców tego świata, że mieli czelność urodzić się zbyt wcześnie i ukradli mi wszystkie najlepsze pomysły. Moja powieść nazywa się „Białe kartki”, liczy 234 strony i poza kartą tytułową, redakcyjną stopką i numeracją nie ma nich ani jednego znaku! Za to dołączano standardowy dla danego języka zestaw liter, cyfr oraz znaków przestankowych i teraz, uwaga, każdy czytelnik może sobie ułożyć treść sam, dokładnie taką, jaką sobie zamarzy. To coś więcej niż, błazeńskie przyznajmy, próby pisarzy z lat 60., bo oni jednak narzucali czytelnikom swój tekst, swoje z trudem ułożone zdania, swoje wymęczone akapity, a ja pozostawiam im, znaczy się: czytelnikom, ówcześni klasycy na szczęście z reguły już nie żyją, pełną wolność i swobodę.

Nie dają jednak spokoju słowa taty, który wręczając mi „Tristrana” do ręki, powiedział również, że wszystko po tej powieści to tylko popłuczyny po złotym wieku tego gatunku literackiego. Nie czytał zbyt wiele, przynajmniej nie wtedy, pewnie już mu się nie chciało, ale nie można mu było odmówić wrodzonej, choć z lekka awanturniczej i nieposkładanej, inteligencji. Ambicji to tak, na szczęście dzięki temu brakowi jego życie się wykoleiło, nie przebiegło tak jak sobie obmyśliła moja babka, miał być księdzem, co najmniej nauczycielem, ale wtedy pewnie nie byłoby mnie. Tato, przecież choćby to jest wielkim tematem do opisania, no może nie jest to tematyka zbyt modna obecnie i obiecująca finansowo, ale teraz, jako uznany pisarz, mogę się pokusić, by napisać klasyczną powieść egzystencjalną z lat 60. zeszłego wieku, wymyślę, że wojewódzkie biuro Partii dzwoniło do szkoły, by tatę oblać na maturze i jak się tata, potem, włóczył się ulicami śląskich miasteczek, rozbity, acz niezłamany. Krytyka, zachwycona, z satysfakcją odnotuje moją przewrotkę i będzie się doszukiwać nowych trendów w mojej minipowieści, „przewrotny i zabawny pastisz „Obcego” napiszą, a ja w wywiadach będę opowiadał, że tak, absolutnie uwielbiam film Scotta. I każdy takiego Obcego ma w swoim brzuchu, i czasem ten Obcy wyłazi na zewnątrz, nie licząc się z żywicielem.

Gdzież to położyłem egzemplarze autorskie mojej książki?

Kraina obalonego paradygmatu (4)

Sny Jakuba

W katowickiej Dolinie Trzech Stawów Jakub, przez bliższych i dalszych znajomych nazywany Żabą, siedział na ławce i rozmyślał o przyszłości. Nic dziwnego więc, że jego twarz przypominała smutny pyszczek pandy wielkiej. Wrażenia tego nie umniejszała bynajmniej czapka w pandzie ciapki i z uszkami. Niby pierwszy dzień wiosny, a tak strasznie piździło, że Żaba musiał ją założyć, w sumie dobrze że mama mu ją wcisnęła o świcie, kiedy wychodził z domu. Pandy są śliczne, ale i podobno straszliwie wredne i może pod wpływem tej myśli Jakub osądził, że czasem wolałby być taką pandą. Uważał się, niesłusznie, za brzydala i człowieka wielkiego serca. W tej drugiej kwestii narrator nie zamierza się wypowiadać, nie jest aż tak wszystkowiedzący.

Jak wszyscy najlepsi z jego generacji został w młodości dotknięty niewidzialną ręką wolnego rynku. W odróżnieniu od większości znajomych nadal jednak czuł pewien pociąg do skompromitowanej idei liberalnej, co wywoływało w dyskusji salwy śmiechu albo zapadało wówczas, obiektywnie jeszcze bardziej obraźliwe, głuche milczenie. Towarzystwo się strasznie ostatnio rozpolitykowało, „byliśmy głupi” obwieszczali co bystrzejsi, a może z lepszym wyczuciem sytuacji, meteorologiczną wręcz znajomością kierunku z jakiego aktualnie wieje wiatr. Nawet kilka znajomych przegiętych ciot zadeklarowało głosowanie na kandydata opozycji, jak mu tam, Dupa? A, Duda! Bo dalej tak być nie może, a on jest w sumie całkiem przystojny, co nie?

Jakub puścił kaczkę. Kamień dwa razy odbił się od lustra wody i zatonął. Nie poprawiło mu to humoru. Nad nim unosił się śląski smog, wdychał również cząsteczki spalonego oleju, które gęstymi kłębami docierały do jego nozdrzy z pobliskiego KFC. Jakubowi było coraz ciężej na duszy i zazdrościł biblijnemu imiennikowi spokojnego żywota. Ten to miał kurwa problemy, znaleźć szarańczę na pustyni, zapłodnić jakąś Rachelkę i zrabować wrogą wioską. Wielkie mecyje. To człowiek ponowoczesny musi mierzyć z takim multum prądów, znaków, zachcianek i pokus, że zwyczajnie nie ma prawa nadążyć. Nowe idee pojawiają się co chwilę, dzisiejsza wypiera wczorajszą, jutrzejszą zmasakruje dzisiejszą. Wszyscy tylko szczują, by nie być samemu zaszczutym.

Kochał ten kraj jak nikt inny. Marzył, że tu dorośnie, ożeni się, zestarzeje i w końcu, oby jak najpóźniej, umrze i pochowają go z towarzyszeniem górniczej orkiestry. Jednak coś, jakieś nieuchwytne drżenie w ledwie rozkwitłych listkach, sugerowało, że – wbrew powszechnym oczekiwaniom – najbliższej zmiana dla niego osobiście nie okaże się dobra. Może rzeczywiście powinien wyjechać? W Szwajcarii czekała na niego posada wykładowcy uniwersyteckiego, dzwonią z prośbą o szybką decyzję już od miesiąca, spokoju nie dają, tak im zależy. Czy trzeba się pakować? Czy nie można godnie żyć w rodzinnym kraju? Jechać? Zostać? Tutaj też przecież wykładał i to nawet na etacie.

Skończył cygaretę, rozejrzał się wokół, nikogo nie było – niedopałek wrzucił do stawu. Koniec przerwy. Dostawa do działu piłki nożnej w GoSporcie sama się nie rozpakuje, pewnie znowu czegoś studenci nie zrozumieli i trzeba będzie poprawiać.

Kraina obalonego paradygmatu (3)

Cierpienia Bladego

W piątkowe popołudnia ulice Warszawy wypełniają się specyficznym rodzajem ludzi, choć prymitywny wyraz ich twarzy i zwierzęcy sposób zachowania z trudem pozwalają zaliczać ich nadal do gatunku człowieczego. Mężczyźni, bo to głównie młodzi mężczyźni, z dziwnie podkrążonymi oczami, najczęściej zresztą skrytymi za ciemnymi okularami, rajbanami przywiezionymi prosto z urlopu w Egipcie, krzyczą na kierowców autobusów, by szybciej odwozili ich do wynajętych pokoi w podmiejskich sypialniach i za pół godziny zyskanego czasu są gotowi zrobić laskę czy też łaskę – nie sposób dosłyszeć w tym ścisku, rejwachu, smrodzie – jakże zasłużonym pracownikom komunikacji miejskiej.

W domu wrzucają zmiętoszone garnitury do pralki razem z bielizną i nastawiają szybki program do kolorów. Biorą prysznic i, nie zdejmując afrykańskich rajbanów, wciągają na siebie najmodniejsze łachy – wyszukane na allegro w cenach może i nazbyt okazyjnych, ale to absolutnie nie ich problem, byle metka się zgadzała – i wracają do stolicy, by uprawiać straceńczy clubbing. Na prochach jadą już od przerwy na lunch, w domu doprawiają się pigułkami z fiolek podebranych ukochanej babci podczas ostatniej wizyty i z portfelem wypchanym dwudziestkami pędzą odreagować roboczy tydzień, wyrwany im z życia przez złowieszcze korporacje.

Współcześni mędrcy, zwłaszcza filozofowie nowoczesności, psioczyli na rytuały młodych, ale Blademu ten rytm całkiem odpowiadał. Od poniedziałku do czwartku był statecznym księgowym w jednej z wiodących firm na rynku, w każdy piątek od rana go strasznie nosiło i weekend spędzał hedonizując się jak liderzy Led Zeppelin za młodu  lub największy idol jego dzieciństwa (2Pac) przed śmiercią nagłą i mocno heroinową. O ósmej wieczorem świat wyglądał kolorowo, a że piąteczek się przecież dopiero rozpoczynał, dorzucano kolejnego lentilka… Blady hołdował tej karykaturze eucharystii. Nieliczni znajomi przestrzegali go przed nadużywaniem chemii, ale on był dumny z siebie, bo dzięki niemieckiej nauce, firmom Bayer i Waffen SS, prawie w ogóle nie pił już wódki. W peegerze z którego wyruszył w Nowy Świat chlali dosłownie wszyscy, poczynając od ośmioletnich łebków, na dziewięćdziesięcioletnim dziadku Józku, weteranie powstania warszawskiego i bitwy o Berlin, kończąc. Zresztą po pigułach miał zdecydowanie lepszy flow.

Możesz mówić na mnie i Rasta
dzieci ulicy to chujowa kasta.
Nie zna życia i idei narodu,
ten, kto nigdy nie wąchał świńskiego
smrodu

Poza cyferkami, proszkami i weekendowym zatraceniem największą pasją jego życia były rzecz jasna kobiety. Dokładnie to dwa różne typy kobiet: lekkie jak motylki dziewczęta o wielkich sarnich oczach i ich absolutne, wydawałoby się, przeciwieństwa: czterdziestoletnie blondyny z lekkimi skłonnościami do świntuszenia i cokolwiek, przyznawał to w duchu, perwersyjną słabością do niedorosłych trzydziestolatków. Obecnie mu się poszczęściło aż nadmiernie, pozostawał bowiem w, jak to określali wielcy pisarze pierwszej połowy XX wieku, intymnych relacjach aż z dwoma paniami, tak się składa, że należącymi, każda z osobna oczywiście, do powyższych kategorii.

Z Marysią miał się widzieć jeszcze dzisiaj, z panią, bo nadal był z nią per „pani”, choć ona nazywała go familiarnie „syneczkiem”, z panią Karoliną dopiero w niedzielę. Pierwsza jak on dojeżdżała do Warszawy z okolicznej mieściny i rano, bez choćby odrobiny snu, bo jak znaleźć lokum w tym piekielnym mieście?, miała stawić się na wiecu wyborczym Andrzeja Dudy. Należała do młodzieżówki PiS i Bladego trochę to martwiło, jednak nie tak bardzo jak możliwość, że spotkają się na tym evencie z Karoliną. Druga z wielkich aktualnych miłości jego życia pracowała bowiem w jednej z komercyjnych telewizji i do jej służbowych obowiązków należało relacjonowanie trwającej kampanii wyborczej. Zakładał, że się nie znają, jednak czasem, już po, jak pisali inni, choć równie wielcy pisarze w drugiej połowie XX wieku, szybkim stosunku seksualnym i kolejnym prysznicu, znajdował swój firmowy telefon zupełnie nie tam, gdzie położył go wcześniej. I to niezależnie od partnerki.

Nie irytujcie mnie błogie suczki
nie zmuszajcie, by Blady dawał nauczki.
Za młodu metaluchów ogarnął sztuczki,
nie straszne mu wychowawcze
stłuczki

No więc tak! Prochy, rajbany i stroboskopowe światła pospołu wirowały w jego głowie, przed nim rozpościerały się piękne widoki całego multum skąpo ubranych, choć może adekwatniejszym terminem byłoby „rozebranych”, damskich tyłeczków, jednak w dali, choć na tym samym poziomie, teoretyczne założenia perspektywy nie były mu obce, dostrzegł i Marysię. Z jakimś fagasem wiszącym u ramienia, już on mu pokaże! Jak tylko da radę zejść z tego stołka, bo chyba go coś na nim uwięziło, tak bardzo nie potrafił się z niego podnieść. Chyba się nie przykleił na dobre do skaju? Pot coraz intensywniej skapywał z blond czupryny na czerwone, anielsko pulchne policzki młodego lowelasa.

Kraina obalonego paradygmatu (2)

Saga o Rudowłosym

Drakkar powoli piął się w górę wielkiej rzeki. Dwadzieścia par wioseł rytmicznie uderzało w nurt, żagiel łopotał na wietrze, pchając okręt sukcesywnie na południe. Mimo słońca i naprawdę dobrej pogody, wioślarze wyglądali na wykończonych. Bardziej niż fizyczne zmęczenie na ich postawę wpływało zniechęcenie wynikające z braku łupów. Po przeprawie przez morze wpłynęli w ujście rzeki i liczyli, że najdalej za dzień, dwa natrafią na ludne osady i bogate wioski. Tymczasem mijała już czwarta doba, a poza kilkoma żałosnymi, opuszczonymi zresztą, lepiankami nie natrafili na żaden ślad ludzkiej obecności. Pobrużdżone licznymi mroźnymi zimami twarze wojowników wyrażały nie tyle gniew, co, znacznie groźniejszy dla każdego wodza, tępy upór i niezgodę na rzeczywistość.

Ingvar Rudy stał na rufie okrętu i martwił się. Ile jeszcze wytrzymają? Jak do jutra nie znajdą jakiegoś miłego miejsca do zrabowania i masowych gwałtów, będzie pewnie musiał jednemu albo dwóm z podwładnych uciąć ucho albo kawałek nosa. Tego w tym fachu nie lubił najbardziej. Konieczność ciągłego udowadniania swej wyższości, podnoszenia kwalifikacji była gorsza od wielodniowych oceanicznych rejsów, a nawet od wizji zmierzenia się z krakenem. Nie żeby kiedykolwiek musiał, Thorze odpuść, ale zawsze był gotowy do stanięcia oko w oko z morskim olbrzymem. Meandry ludzkiej psychiki to jednak coś zupełnie innego. Nie żeby ufał najnowszym odkryciom kapłanów z Uppsali, w ogóle był niezbyt religijny, jednak człowiek to najgroźniejsza z bestii, w tym względzie zgadzał się nawet z chrześcijanami.

To on wymusił ten kierunek. Większość chciała płynąć do Francji, kilku na zachód, w kierunku słońca Francuskie wioski były jednak niemiłosiernie złupione, a dziewczęta wielokrotnie pohańbione. Dalej na zachodzie niby znajdowała się Grenlandia, kraina bogata w pastwiska i liczne cuda natury, za nią ziemia jeszcze większa, jednak prywatnie uważał to wszystko za bulszit of propaganda. Tak mawiali Anglowie, a on podłapał trochę języka w licznych wyprawach na Man i inne  wyspy. Skinął na bębniarza, by ten lekko zwiększył tempo. Muszą mieć te dziewczyny, po prostu muszą! Na razie niskich brzegów Oder nie nawiedzały nawet wilki. Pałka uderzyła mocniej.

Rudy obudził się i  – jak zdecydowana większość bohaterów literackich w takiej chwili – przez moment nie wiedział, gdzie się znajduje. Mrugał oczami,  w zasięgu wzroku widział tylko niewyraźne kontury, nie umiał znaleźć okularów. Spadły z nosa i leżały na oparciu fotela. Powoli się orientował, gdzie jest. Sala koncertowa szkoły muzycznej w Bytomiu, musiał przysnąć i dopiero ostrzał z werbli przywrócił mu świadomość. Miał niewielką nadzieję, że tym razem nie chrapał.

Młodzież z ostatnich licealnych roczników wykonywała „Święto wiosny” i jak na jego wyrobione ucho melomana szło jej to całkiem znośnie. Oczywiście nie obyło się bez kilku drobnych kiksów i jednej spektakularnej wpadki instrumentów dętych, ale reszta – zwłaszcza w otwierającym koncert, porywającym wykonaniu 4’33 Cage’a – orkiestry sprawowała się jeśli nie idealnie muzycznie, to przynajmniej dzielnie. Był trochę zły, że znowu zasnął w miejscu publicznym, ale liczne obowiązki zawodowe, codzienne ratowanie w zasadzie całego Śląska przed wielką katastrofą energetyczną i trochę tylko mniejszą ekologiczną, zmuszały go do łapania każdej okazji na chwilę snu. No i teraz jeszcze ten zakład.

Tak to jest jak zadajesz się z fajnopolakami i chodzisz z nimi na krafty. Znowu upili, upodlili, ściorali i jeszcze własną krwią podpisał warunki zakładu. „Narzędzia z roboty zawsze nosisz ze sobą, to cierpisz, lebrze” westchnął i natychmiast się zapłonił cały, bo siwowłosa pani z rzędu przed nim, pewnie babcia któregoś z muzyków, spojrzała na niego ze zgrozą. Zakład pozornie łatwy i banalnie wręcz prosty do wygrania w zwyczajnych okolicznościach, jego termin upływał przecież dopiero w lipcu, a była końcówka marca, jednak nie dawał sobie wielkich nadziei na triumf. I nie chodziło nawet o warunki końcowe zakładu, przełknąłby bez bólu konieczność przeczytania jednej, na szczęście dowolnej, książki Murakamiego w papierze, żaden to problem, a o dumę i godność. On, słynny bałamut, postrach Szombierek, książę Miechowic i weteran licznych potyczek miłosnych na odległej Bykowinie, miałby nie dać rady?

Zakład opiewał, ni mniej, nie więcej, na sprowadzenie niczego niespodziewającej się dziewczyny, dowolnej co prawda, na stałe do Bytomia. Do lata. Misja z gatunku niemożliwych, tu by trzeba było Herkulesa z Kapitanem Ameryką, a i tak nie daliby rady. Tym razem powstrzymał się przed westchnięciem, zresztą kończył się drugi i jak zwyczajowo przyjęte – ostatni – bis. Niektóre ze skrzypaczek w pierwszym rzędzie były naprawdę ładne, może by tak zagadać do którejś, podumał, niemal natychmiast odrzucając jednak ten pomysł. Pierwsze primo, jeśli były uczennicami tej szkoły, to prawie na pewno mieszkały w Bytomiu, a to warunki zakładu odrzucały. Jeśli nawet dojeżdżały z pobliskiego Chorzowa albo Rudy, to każdy szanujący się młody mężczyzna wolałby nie mieć z żadną z nich niczego do czynienia. Dziewczynę, która przetrwała całe dwanaście lat w tutejszej szkole, dojazdy i życie towarzyskie na pobliskim placach: Telmana i Czerwonym, ciężko określić mianem młodej damy.

W powietrzu wyczuwało się nie tylko zapowiedź nieodległej wiosny, ale i fundamentalne rychłe zmiany wiszące nad Polską. Nadzieja, dotychczas brutalnie tłumiona, rozbłyskiwała jak prawdziwa, niepedalska, tęcza po burzy; miliony obywateli Rzeczypospolitej odzyskiwało poczucie godności i wierzyło, że nadchodził ich czas. Koniec ciepłej wody w kranie, ośmielali się wieszczyć co odważniejsi z nich i dzielili się dobrą nowiną w internetach. Rudego to nic a nic nie obchodziło, kiedy zmierzał, po kupnie taniego tytoniu od ulicznego kupca w pobliskiej bramie – w płaszczu, muzyki klasycznej trzeba słuchać w odpowiednim ubiorze – na przystanek Dziewiątki, zresztą tuż obok gmachów opery i szkoły. „No cóż, w ostateczności trzeba będzie wziąć wzór z Ingvara”, pomyślał, „Swoją drogą podświadomość to straszna rzecz” i wybuchnął niewesołym, straceńczym śmiechem.

Tajemnica nieużywanej windy

Nigdy nie wspominałem o tej sprawie, pewne okoliczności skłaniały mnie do milczenia, jednak niedawno przestały one mieć jakiekolwiek znaczenie, a muszę przyznać, iż było to jedno z najważniejszych i najdziwniejszych śledztw w karierze mego przyjaciela Sherlocka Holmesa. Jedynie dzięki jego geniuszowi i zachwycającej intuicji zdołaliśmy uniknąć katastrofy na skalę światową, choć w kilku państwach na kontynencie lotnictwo wojskowe zostało już postawione w stan podwyższonej gotowości i tylko kilku minut zabrakło, by rozpadła się cała nasza cywilizacja.

Siedziałem przy laptopie i już miałem kliknąć myszką, kiedy usłyszałem głos mego druha:

– Nie followuj tego człowieka Watsonie, to nie jest konto dla ciebie.

– Masz rację Sherlocku, chyba nie warto… – Przerwałem, bo przecież Holmes od godziny siedział odwrócony do mnie plecami i liczył ciernie róż na tapecie. Wyznał mi kiedyś, że skrywa się tu jakiś wzór, ale na razie nawet on nie był w stanie go rozgryźć. – Jak zgadłeś? Jesteś niemożliwy!

– Nie zgadłem, a wydedukowałem. Ile razy mam ci tłumaczyć? – Sherlock na poły żartobliwie pogroził mi palcem. – To było łatwe. Najpierw, po włączeniu komputera, westchnąłeś kilkakrotnie smutno, potem przestałeś głośno oddychać tak byłeś zaaferowany, a na końcu, już radosny, gwizdałeś Despacito.

– I cóż by z tego miało wynikać? – Byłem lekko wzburzony tym nieeleganckim, trzeba przyznać, naruszeniem mojej osobistej przestrzeni.

– Ano, drogi Watsonie, najpierw się martwiłeś niedawnymi banami, choć wszystkim wokół mówisz, że cię kompletnie nie obchodzą, potem wpadłeś na pomysł poszukania nowych lepszych znajomych, a przed chwilą wydawało ci się, Ze ich znalazłeś. Czyż tak nie było? – Zapytał z lekko złośliwym błyskiem w oku – Znając twoją lekkomyślność, prędko byś żałował. Zresztą nieważne, za chwilę będziemy mieli gościa.

I rzeczywiście, pół minuty później usłyszałem głos naszej gospodyni, pani Hudson, następnie kroki na schodach. Do naszego mieszkania wszedł młody mężczyzna, lat około trzydziestu, ubrany w koszulkę Lacoste’a, modne dżinsy oraz mokasyny z prawdziwej skóry. Jego fryzura wyglądała nienagannie, jednak nieogolona twarz i rozbiegane oczy sprawiały niemiłe wrażenie.

– Herbaty, pani Hudson – Zawołał Sherlock, a do młodziana zwrócił się tymi słowy – Cóż pana do nas sprowadza, panie…?

– Dzień dobry. Nazywam się Bolesław Karol Śnieżyński i pracuję…

– W Evil Corpo Zło – Przerwał mu mój przyjaciel. Przybysz wyglądał na równie skonfundowanego jak ja przed chwilą i spojrzał na mnie ze zgrozą. Wzruszyłem ramionami:

– Mój serdeczny przyjaciel już taki jest. Holmesie, wyjaśnij tok swego rozumowania.

– Panie Śnieżyński, pierwsze co pan zrobił wchodząc do tego pokoju, to ocena komputera na moim biurku. Ponadto pańska prawa ręka jest jaśniejsza niż lewa, bo w pracy musi pan używać myszki przez pełne osiem godzin, a ubranie pańskie, choć markowe, nosi ślady zużycia. Buty trzyletnie, bardziej starty lewy. Koszulka ze szmateksu, prawda? – Śnieżyński skinął głową – Ponadto w pańskiej brodzie znajdziemy resztki kebaba, przede wszystkim jest pan rasistą. Nie może być pan więc nikim innym niż pracownikiem korporacyjnym. A biura jakiej to firmy znajdują się naprzeciw tego okna? Pani Hudson!!!

Kiedy już napiliśmy się herbaty i spożyliśmy kawałki bakławy z Lidla w cenie 14,99 za opakowanie, a ja wspomniałem biednych ułanów rozbitych w pamiętnej bitwie, mój przyjaciel zwrócił się do naszego gościa z grzecznym ponagleniem:

– Proszę opowiedzieć, co pana do nas sprowadza.

Śnieżyński odetchnął i rozpoczął swoją relację. Spisałem ją jak najdokładniej.

„Moja opowieść zaczyna się pół roku temu, kiedy to zmieniłem miejsce pracy i rzeczywiście, choć nadal nie wiem jak pan Holmes to wywnioskował, rozpocząłem pracę na piętnastym piętrze biurowca Evil Corpo Zło. Wtedy wydawało mi się, że jest bez znaczenia na jakim piętrze znajduje się moje biuro, jednak w przyszłości… Wolałbym jednak nie uprzedzać wypadków.

Tak więc pierwszego dnia mój bezpośredni zwierzchnik wziął mnie na pogadankę do swojego gabinetu i pośród licznych zaleceń poinformował mnie także, bym nigdy, ale to nigdy i pod żadnym pozorem, nie korzystał z windy znajdującej się w bocznym korytarzu. Wydawało mi się to cokolwiek dziwnym zaleceniem, ale nie takie punkty znajdowały się w regulaminach biurkenaów, w jakich wcześniej byłem zatrudniony, więc posłusznie skinąłem głową. Po południu udałem się na rzeczony korytarz i rzeczywiście tam była, różniła się od wind w głównym ciągu, wyglądała na bardzo starą. Zamiast drzwi miała kratę, a co znajdowało się w środku nie bardzo mogłem dostrzec, większość jej powierzchni zajmowała bowiem wielka donica z fikusem. Aha, krata była zamknięta wielką kłódką.

Jest to praca wysoko płatna i satysfakcjonująca, a ja już po miesiącu dostałem pierwszą premię, nie będę nudzić tu panów szczegółami, ale wahania kursów były dość spore, a jedno lub dwa państwa zbankrutowały. Poznałem się bliżej z zespołem, sami wybitni specjaliści, najlepsze czym dysponuje nasz kraj obecnie, rzekłbym, jednak jak już człowiek poczuje się bezpiecznie w nowym otoczeniu, to zaczynają go ciekawić różne sprawy. Tako i ja zaczynałem dostawać obsesji na punkcie tej windy. Ku swojej zgubie rozpocząłem – proszę się nie obrażać panie Holmes na to słowo, daleko mi do pańskiej maestrii – własne prywatne śledztwo.

Popytałem tu i ówdzie. Dowiedziałem się, że winda ta ma wejście tylko na naszym piętrze, nigdzie indziej nie znaleziono drzwi do nich prowadzących. Czyli ślepy zaułek, to fanaberia jakiegoś starego pierdziela, pomyślałem i podzieliłem się tą refleksją z dłużej zatrudnionymi współpracownikami podczas wspólnego lunchu. Absolutnie nie, odpowiedzieli, nadal jest używana, bo sprzątaczki codziennie rano, jak zaczynają pracę o czwartej, znajdują ślady butów na wykładzinie, czasem puszki po polskim piwie.

– Polskim? Ciekawe. – Sherlock przerwał Śnieżyńskiemu i zamyślił się na moment. – Proszę kontynuować.

Gdzież to skończyłem? A, już wiem. No więc zaczęła we mnie kiełkować myśl o zbadaniu sprawy i tak sobie rosła nieustannie. Nie mogłem spać po nocach, obracałem się w nerwach obok mojej szacownej małżonki i nawet haftowane koszule nocne… nieważne, no i oczywiście mamy ślub kościelny, rodzice nalegali… w każdym bądź razie nie mogłem przestać rozmyślać o windzie i postanowiłem: pewnej nocy się zakradnę do biurowca i raz na zawsze wyjaśnię sprawę.

Żona moja udawała się w najbliższym tygodniu w delegację, chyba na Maderę, tak więc umyśliłem, że po pracy zamelinuję się w toalecie, a następnie schowam się do szafy na dokumenty, tak się składa: znajdującej się dokładnie naprzeciw interesującego mnie dźwigu i będę czekać na intruzów. Poczyniłem więc pewne przygotowania i wtorkowego wieczoru już od dwudziestej znajdowałem się na posterunku. Długo nic się nie działo. Musiałem wręcz zasnąć, bo kiedy na korytarzu zobaczyłem światło, w pierwszym momencie absolutnie nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Na szczęście szybko oprzytomniałem. Jakiś mężczyzna otworzył kratę, a następnie zniknął w windzie. O dziwo nie usłyszałem mechanizmu uruchamiającego. Zaintrygowany czekałem, co będzie dalej.

Obok mojej kryjówki przeszło jeszcze kilkoro ludzi, chyba jedna kobieta, dlatego użyłem tegoż to rodzajnika, nie na próżno kończyłem studia humanistyczne, potem znowu zapadła cisza i ciemność. Mój smartfon pokazywał cztery minuty po drugiej. Odważyłem się wyjść i podszedłem do windy. Sprzyjało mi szczęście, krata pozostawała otwarta! Widocznie ostatni użytkownik zapomniał ją zamknąć. Pchnąłem ją lekko i wszedłem do środka. Zobaczyłem…

Mr. Śnieżyński przepłukał gardło resztką herbaty, prawdziwym Assamem z Tekanny.

Zobaczyłem… schody. Tak, tuż za fikusem zaczynały się wąskie strome schody, bezsprzecznie w stylu holenderskim, i pięły się ku górze. Bez chwili zastanowienia na wkroczyłem i ruszyłem w nieznane. „To dlatego nie słychać żadnych hałasów” – odnotowała jakaś część mojej jaźni. Schodów było 23, dokładnie liczyłem, kiedy się skończyły, po prawej dostrzegłem niski korytarz, człowiek mojej postury mógł się nim przemieszczać jedynie schylony i bokiem. Ruszyłem więc, aż dotarłem do rozwidlenia. Skręciłem w lewo i znalazłem się w pomieszczeniu wypełnionym chrobotaniem i intensywnym, zwierzęcym zapachem. Na szczęście miałem przy sobie firmowy długopis z latarką. Promień wyłowił błysk oczu, aż odskoczyłem, ledwie powstrzymując okrzyk strachu. Zapaliłem jeszcze raz. Wokół mnie znajdowały się klatki, dziesiątki, może setki, klatek z jeżami. Dostrzegłem też stół kuchenny, a obok wielopalnikowy piec gazowy.

Potwory, potwory! – Mruczałem do siebie wracając do rozstaju dróg, a dokładnie korytarzy. Tym razem ruszyłem prawym. Skręcał leciutko, ciągle w tym samym kierunku, w prawo i kończył się ślepą ścianą. Myślałem, że zabłądziłem, ale posłyszałem jakieś głosy. Tuż przede mną znajdowała się kotara, a za nią kłócono się o coś. Dopiero po chwili zacząłem rozumieć słowa:

… najnowsza specyfikacja w sprawie okresowych badań naszych wind jest skandaliczna i jeśli nic z nią nie zrobimy, to wszyscy pójdziemy z torbami. Już dziś nasza gildia boryka się z licznymi trudnościami, Holendrzy zatrudniają najlepszych specjalistów, a jeśli dalej tak będzie, to zaszczują całą gałąź gospodarki. Teraz spiskują przeciw pracownikom delegowanym. No, musimy coś zrobić. Trzeba by zabić…  – Tu nie usłyszałem dokładnie – …  moja firma daje na ten cel milion. Baksów. Niech stracę: eurosów! Towarzyszu Chory, przejdźmy do kolejnego punktu obrad…

Przerażony uciekłem. Korytarzami dotarłem do windy, zszedłem po schodach i na palcach, awaryjnymi schodami, na sam dół. Na szczęście strażnik, na oko siedemdziesięcioletni, spał, na ekranie monitora leciał najnowszy odcinek Narcos. W domu upiłem się, doprawiłem środkami nasennymi i spałem aż do południa (poprzedniego dnia przemyślnie wziąłem urlop do poniedziałku). Rano wydawało mi się to wszystko absurdem, wariackim snem. Także w pracy, po powrocie, nic się nie wydarzyło, nie zmieniło, krata była zamknięta jak zawsze.

Aż do dziś. Zjeżdżałem, oczywiście windą, do domu, kiedy ta zatrzymała się między piętrami. Światła zaczęły mrugać i, co ciekawe, nie było zasięgu. Na szczęście działał dzwonek alarmowy i pół godziny później uwolniono mnie. Portier na dole przepraszał i tłumaczył, że czasem się tak zdarza, ale zawsze mogą liczyć na fachowca, pana Chorego i… nie bardzo słyszałem, co było dalej. Rzeczony pan Chory już był przy wyjściu, widziałem tylko jego plecy. Zacząłem się trząść, portier pobiegł po koc. Ochłonąłem dopiero na zewnątrz, w swoim służbowym aucie i postanowiłem poradzić się najsłynniejszego detektywa naszej epoki.

– Tak, nie będzie łatwa sprawa – Sherlock zaciągnął się e-papierosem. Oby tym razem napełnił go legalnym olejkiem, nie którymś ze swoich wynalazków! – Nie ma co ukrywać, przypadkiem natknął się pan na jedną z najbardziej tajemniczych organizacji świata. Nawet ja słyszałem jedynie pogłoski o tym tajnym sprzysiężeniu o celach niejasnych i niejawnych, znanym nielicznym pod nazwą Tajemny Spiseg Windziarzy!”