Zanzibar

Michałowi mogło się lekko przysnąć, bo kiedy się obudził, piekły go plecy. Książka była ciekawa, ale napisana niedzisiejszym językiem i nie ukrywajmy językowo dość trudna, nawet dla niegdysiejszego nieformalnego tekściarza Myslowitz. Tom wziął z półki pasierba, leżała pośród innych serii fantasy i albo naprawdę posunął się w latach nadmiernie albo te współczesne sf było absolutnie nie dla niego. Mnóstwo przemocy, krwi, złota i seksu. Nazywała się Biblia i była tylko pierwszą częścią długiego cyklu.

W Polsce była tak okropna zima, że musiał zostawić grzanie w swym kasztelu i cały czas martwił się, że 13 stopni to za dużo, przyjdzie taki rachunek, że go zlicytują! Oby pasierb zaczął w końcu ogarniać breslauerskie tramwaje, bo inaczej naśle na niego Mel. Ta przewróci kilka razy oczętami i będzie po chłopaku.

Dokąd sięgał posmarował się mleczkiem po ramionach i niżej. Czysty piasek, lazurowy ocean i cisi murzyńscy Arabowie w oddali, naprawiający swe tysiącletnie łodzie. O tej porze roku piękniej nawet niż we Splicie. Zamknął książkę. Było coś o wojnie laserowej pod murami Jerycha, z tego co rozumiał z treści: jednej z baz kosmicznych któregoś z dzikich narodów tamtejszego gwiezdnego pogranicza. Odpoczynek to odpoczynek.

Ruszył wiec do baru po coś mocniejszego. Niby islamska wyspa, a mieli tu szeroki wybór alkoholi. Nawet żubrówkę dostrzegł za plecami barmana, ale kiedy chciał zamówić ten trunek młodzian szybko przeszedł na polski i odradził. „Produkowana na kontynencie, z trawy słoniowej, pan weźmie wyborową”. Polak na urlopie pija, co tylko zna.

Z tym barmanem to była ciekawa historia, jak się okazało. Ojciec w latach 80. studiował medycynę na Uniwersytecie Śląskim, znaczy się dziennikarstwo, bo ta legendarna środkowoeuropejska uczelnia akurat nie miała takiego wydziału,  ale na Zanzibarze wszyscy myśleli, że medycynę i teraz leczył dynastię panującą na europejski sposób. Czyli za kopertę dawał zwolnienie lekarskie. Matka była rychtig Niemką z Łagiewnik, więc barman trochę zaciągał z lwowska, tak ogólnie jadąc czystą ślunską gwarą z Giszowca.

Ze zmrożoną butelką Michau wracał na kocyk przywieziony z Ojczyzny – Polak nie będzie płacił za leżaczek, jeśli może za darmo poleżeć na piasku – kiedy dostrzegł dziwną grupę wokół jednej z łodzi. Tłum tuziemców, wyraźnie podekscytowany wskazywał na coś palcami i wznosił modły do Allacha. Nagle z tego rejwachu wyrwał się malutki biały piesek i jakby znając dobrze Michała, zaczął lizać go po twarzy. Kiedy uwolnił się od zwierzaka, przed nim stał grupka… rodaków. Jakoś od razu to wiedział. Spaleni słońcem, obwieszeni kotwicznymi złotymi łańcuchami, z kałachami w ręku, a jeden, najsmutniejszy, z naplompanym jednorożcem na barkach. Najbardziej pyskata z tych osobników, to też wiedział skądś od razu, odezwała się pierwsza:

– Część Michau. To my. Przywieźliśmy stroopwafle.

W oddali płonął perski tankowiec. Choć dzielni irańscy żołnierze piechoty morskiej ostrzeliwali się, nie wyglądało, by długo miał się utrzymać na powierzchni.  Dziennikarze CNN rozstawiali sprzęt. W Waszyngtonie była jeszcze noc.

ORP „Tratwa Grozy 2” dopłynął do celu.

Zaczynała się Apokalipsa. Coś kiedyś o niej czytał. W jakiejś książce fantasy. Dlatego nie lubił tego gatunku zbyt bardzo. Zawsze się sprawdzał.

Reklamy

Ginter

O moim starym nie wiem zbyt wiele. Dziś najmocniej pamiętam jak siadywał nieledwie skulony przed akwarium i wpatrywał się w gupiki. Z tym akwarium była oczywiście afera, bo tak je chciałem, że jak rodzicom udało się wywalczyć w 88 roku nowy gramofon, wtedy absolutny szczyt polskiej techniki, to po rozpakowaniu tego wykwintnego sprzętu jeszcze nie hifi, obrażony udałem się do innego pokoju. Na końcu to fater dbał o te rybki, czyścił dno, dokupywał sumy oraz ślimaki, przynosił kamyki.

Rzecz w tym, że byłem bardzo późnym dzieckiem jak na ówczesne standardy. Urodziłem się po dwumiesięcznej ciąży i byłem tak malutki, że do domu przyniesiono mnie w kieszeni kożucha. Śnieg leżał w zaspach, na ulicach stały czołgi. Kuzynka, później krzestna, wracająca do swojego domu z izby porodowej niemal nie wylądowała na dołku za działalność antypaństwową. Czy Jaruzelski mógł wprowadzić stan wojenny, by utrudnić mi podbój świata? Absolutnie nie ignorowałbym tej możliwości.

Dodatkowo ojciec się ciężko rozchorował akurat w pierwszym roku transformacji i poszedł z wagą bardzo w dół. Zawsze był szczupły, jak patrzę na teraz na jego zdjęcia, ale po operacji nigdy nie podskoczył wyżej niż 55-57 kilogramów przy ustawowym metrze siedemdziesiąt w dowodzie. Jak jeszcze się uczesał na lata pięćdziesiąte, to mogłem bez problemu uchodzić za jego wnuka i rzeczywiście, kilkakrotnie ludzie tak o nas myśleli.  Ja wtedy milczałem, zbuntowany nastolatek, i dziś mi z tego powodu bardzo wstyd.

Wszystkie te wstępy mają służyć oznajmieniu, że za bardzo nie wiem, co staruszek robił w życiu przed pójściem na grubę, a górnikiem został – w odróżnieniu od brata, to zresztą też tajemnicza rodzinna historia, było tak dziwnie, że jeden brat zazdrościł drugiemu talentów… i życia – bardzo późno, tuż przed czterdziestką. Co robił przedtem nie wiem, znam głównie opowieści i legendy,  pozostało kilka dokumentów, zwariowane slajdy przedślubne i zaskakująco ciepłe wspomnienia o pokolenie starszych kuzynów. Familijna rzeczywistość jest niefajna. Z reguły.

Z dzieciństwa jakoś najbardziej pamiętam więc ojcowe kombinowanie i jeżdżenie po znajomkach. Tak po znajomości kupiliśmy komodorka, od razu z kasetowym zestawem 50, bo miła pani powiedziała, że to najlepiej schodzi. Miałem potem inne kasety, i te pierwsze gry naprawdę były najlepsze! Wgrywały się zawsze. Oczywiście faceta z którego pośrednictwa korzystaliśmy, nigdy więcej na oczy nie widziałem. Albo ciągłe wyprawy naprawcze naszego malucha, po różnych martial industrialach, bieda fabrykach nie pociętych jeszcze na złom przez dobrą dekadę. W których coś się jeszcze działo, ale nie działało już prawie nic.

Nie lubiłem tych znajomków ojca. To byli głównie mężczyźni po przejściach, spoglądający na nas, na mnie i mojego trochę młodszego brata, z niepokojem. Wtedy ich się bałem, a oni – najpewniej –  za bardzo nie wiedzieli, co z bajtlami snującymi się wokół naprawczego kanału zrobić. Jak będą się szwendać wokół, to jeszcze coś upadnie. Odejdą dalej, to jeszcze ktoś przyuważy i znudzony szef oderwie się na chwilę od roboty w gmaszysku obok i przyleci ze zjebką albo działkę. Po piwo albo co gorsza banknot z Konopnicką. A, Curie!

Ale dwóch z tych facetów jakoś lubiłem, choć dziś kompletnie nie pamiętam ich twarzy, a miejsc w których się spotykaliśmy nienawidziłem. W przypadku Kazika chodziło o mieszkanie w robotniczej koło huty – nie przepadałem, bo było strasznie zagracone, jeden pokój był wręcz zamurowany akwariami i terrariami. Ojciec kiedyś wrócił z popijawy i przyniósł w słoiku ledwie wyklute szczurki. Mama powiedział, że albo ona albo one i wybór był jednak dosć jasny. Tyle dobrego, że mieli wideo i zawsze u nich oglądaliśmy Scoobie Doo. Dopiero po latach dowiedziałem się, że żona Kazika była już wtedy ciężko chora i to dlatego rzadko wychodziła ze swojego pokoju, a jak już to w szlafroku. Przynajmniej tak to pamiętam.

Z Ginterem – jakie imię mógł mieć w papierach to już tylko Urząd Skarbowy dziś może wiedzieć – było tak, że jego lubili wszyscy. Nawet dziś po latach zdarza mi się usłyszeć, że był bardzo w porządku. Jego spotykaliśmy niemal zawsze w piwnicach, w trzewiach budynków, pośród gołych rur i ledwie pochowanych kabli. W następnych latach ci wszyscy członkowie „brygad” remontowych potracili swoją robotę albo dostali trochę lepsze robocze ciuchy i dotrwali do wcześniejszej emerytury, ale wtedy… tak, to wszystko robiło mega wrażenie na świeżym nastolatku. Ginter przynajmniej raz u nas nocował, mama przygotowała tapczan, ale on wziął koc, jakiś podnóżek i poszedł spać na balkon, bo jak powiedział – było przecież lato. To chyba naprawdę pamiętam, a nie usłyszałem.

Kilka lat później zabito go po alkoholu, chyba w którejś ze spokojnych mordowni na Batorym albo Załężu.

Piwo

Moim pierwszym piwem był van pur. Z puszki. Kosztował na pewno poniżej dwóch złotych, kupiony został w kultowym sklepie Maksym, nadal istniejącym i nadal wyspecjalizowanym w alkoholu. Jako fani albo muzyki tanecznej albo Kultu nie kojarzyliśmy wtedy tej nazwy z piosenki ulubionego zespołu polskich piłkarzy tamtego pokolenia. Byłem już wtedy mocno stary, miałem z piętnaście lat, snobowałem się na słuchanie Miłości równolegle z metaluchami i te piwo kupił za mnie na bank ktoś inny. Wypiliśmy je na polach za sklepem. Pobliskim skrótem szły starsze dziewuchy z liceum, w komplecie z cygaretami w ustach. Przewodnicząca samorządu uczniowskiego patrzyła na nas, nowych licealistów, ze zdziwieniem, ale nie tak wielkim jak nasze, kiedy kilka miesięcy później zobaczyliśmy ją serwującą na wuefie.

Nasza knajpa znajdowała się w prywatnym domu i złote lata miała dawno za sobą. Właściciel jeszcze próbował ją ratować ogródkiem, jakimiś fontannami i  żwirkiem dla kotów, ale wnętrze przypominało te z „07 zgłoś się” i to raczej z pierwszych odcinków. Lane piwo, niby belgijskie, kosztowało 2,80 i oprócz nas siedzieli w tym lokalu głównie emerytowani hajerzy oraz inne ludzkie spadki z wielkich budów socjalizmu. Aż dziw, ze nigdy nie spotkałem tam mojego starego, bo z właścicielem, obaj z włosami przylizanymi wodą – ach ta elegancja późnych lat 50., czasów ich młodości – kiwali do siebie głowami, kiedy w niedzielę szliśmy na mszę.

Centralną atrakcją był oczywiście bilard, z kijami tak krzywymi i tak długimi, że trzeba było uważać, by nie wybić dziury w ścianie. Gwiazdą z kolei był niejaki Paaaaolo, jak się sam przedstawiał, gość w kapeluszu, wtedy pewnie trochę po pięćdziesiątce, jak twierdził eks piłkarz miejscowej drużyny i, przede wszystkim, dzielnicowy pedałek, którym kilkuletnie dzieci straszyły siebie nawzajem. A trochę starsze dzieciaki opowiadały o kasie jaką można było dostać za… Tu zniżano głos i na twarzy przynajmniej niektórych młodzieńców pojawiał się wyraz obrzydzenia. Stare konie byliśmy, oczywiście we własnym mniemaniu, a jakoś nie potrafiliśmy zrozumieć jak to możliwe, że miejscowy zakapior, pożal się Boże o rok czy dwa starszy od nas, ma już sprawę za wyniesienie z mieszkania naszego Newmana wszystkiego, co się dało. „Z telewizorem?” – dziwiliśmy się straszliwie.

Kobiet nie bywało tu w ogóle. Oczywiście poza panią nalewającą, prywatnie najpewniej żoną właściciela. No dobra, raz czy drugi wpadały z nami koleżanki z klasy, nawet te o dziwo ładniejsze, ale łamały nam serca siadając po jakimś czasie na kolanach przystojniaków z wyższej klasy, których jakiś zły duch przypędzał akurat wtedy w to miejsce. Zimą miewali na sobie prawdziwe męskie płaszcze zamiast zwyczajnej kurtki na sobie, co było nie tyle skandalem niewyobrażalnym, co najwyższą z podłości. I choć żel spływał im z włosów na wełniane kołnierze, nic sobie z tego nie robili. Uciekaliśmy więc, opuszczeni i wściekli.

Wygnani, kończyliśmy pijarskie rajzy w wielu smutnych miejscach: w różnych lasach, na opuszczonych peronach, w poniewierce i w zaspach. Pośród nas zdarzali się naziści. Śmierdzieliśmy dymem z ognisk w autobusach, a nasi rodzice wierzyli nam na słowo, nie wiadomo czemu nie ufając żutej przez nas gumie. Balcerowicz wprowadzał kolejne reformy w ostrzej kontrze wobec Buzka, Tony Blair podążał trzecią drogą.

Żyło się.

Antek

Antek umarł jak to w Radzionkowie przystoi każdemu mężczyźnie. Na alkohol.

Był najmłodszym bratem mojej babci. Było ich sześcioro, trzy dziewczynki i trzech chłopców. Było jeszcze jedno dziecko, chyba dziewczynka, która umarła w niemowlęctwie. Moja babcia, jako najstarsza, pamiętała ją jako jedyna z rodzeństwa i chyba jej mama, a moja praprababcia, bardzo przeżyła śmierć malucha, choć i tak rodziła kolejne dzieciaki z dwuletnią regularnością. Prababcię pamiętam jak przez mgłę, ale pamiętam, choć już była bardzo słaba. W albumach są zdjęcia, jeszcze czarno białe, z pogrzebu, na których w dziecięcej koszulce typu Bundeswehra idę w pierwszym rzędzie i uśmiecham się jak głupi. Do zdjęć przecież trzeba się uśmiechać.

Naprawdę mieszkali w takim typowym śląskim domu tuż obok torów którejś z odnóg trakcji węglowej i wydaje mi się dziś, że naprawdę pamiętam hałas przejeżdżających pociągów, choć trzęsące się szklanki chyba „pamiętam” z innych źródeł. Dom był niewielki, najpewniej dwupiętrowy, ze spadzistym dachem. Wchodziło się po drewnianych schodach, dla kilkulatka strasznie rozchybotanych, a mieszkanie składało się z jednej izby i kuchni. Do haźlika rzeczywiście trzeba było iść na plac. I dziś już nie pamiętam, czy gołębie wujek hodował na strychu, czy w jednej z przybudówek.

Na ścianie kuchni, też takiej typowo śląskiej, pomalowanej na biało, z licznymi przeszklonymi szrankami, wisiały dyplomy z zawodów gołębiarskich. I to finalnie te gołębie wujka wykończyły. Kilka lat później. W izbie było ciężko od mebli, ja pamiętam trzy wersalki/łóżka, solidny stół, starą maszynę singera. Pewnie na szafkach, co ja piszę – w potężnych dębowych (albo innych, ale na pewno solidnych) szafach – było pełno śląskich skarbów. Rozeszły się.

Moja babcia bardziej ceniła w naszej rodzinie chłopów i może dlatego chwaliła tego swojego brata. Miał być tak bystry, że zadania robił w  pociągu, siedząc na łączniku między wagonami. Ale równie dobre zdanie miała o moim starym i co prawda wszyscy kuzyni do dziś opowiadają jak dobry był z matematyki, ale ja pamiętam, że kiedy w nauczaniu początkowym uczył mnie równań metodą wag, to prawie skończyłem w szkole specjalnej. Nie wiem więc czy Antek był taki bystry. Na pewno był bokserem. Podobno mistrzem Śląska. Pojechał nawet na kadrę Polski, w apogeum jej sukcesów, ale tam podopieczni Papy Stamma wybili mu ponoć boks z głowy. To z kolei opowiadał mi mój ojciec, jedynie wżeniony w familię, ale między nimi było w sumie tylko 5 lat różnicy.

Każda śląska rodzina jest pełna takich anegdotek powojennych, ale kilkunastoletni Antek podobno opowiadał w szkole na przerwach, że ZSRR to najcieplejszy kraj świata. Bo jego ojciec wrócił stamtąd jesienią, boso. Pradziadek rychtig zmarł ostatniego roku wojny, tydzień przed Bożym Narodzeniem. Na tyfus. I to mogło być największe nieszczęście w życiu Antka, bo może i wcześniej był szykowany do pozostania przy rodzicach, ale po tej śmierci jego los się wypełnił. Nie wiem, ile pił przedtem, o takich rzeczach się w porządnych śląskich rodzinach nie mówi nawet po latach, ale po śmierci prababki, już w wolnej Polsce zresztą, była o rok starsza od stulecia, się rozpił totalnie. I wciągając worek z ziarnem do gołębnika, coś sobie połamał albo ciężko uszkodził. Po operacji pozostał w domu opieki.

Podobno jadłem rosołki z tych gołębi, jako że byłem dzieckiem malutkim i często chorującym. Tak samo mnie i brata ratował w niemowlęctwie inny ujek, bioterapeuta, który właśnie w ten sposób szlifował swój dar w mrocznych dniach stanu wojennego, a po ustawie Wilczka poszedł w alternatywna medycynę na całego, likwidując stopniowo lisia fermę z tradycjami. Ale i tak najdziwniejsza historia wydarzyła mi się w środku podstawówki, kiedy z babcią, od kilku lat w Rajchu,  pojechaliśmy odwiedzić Antka w tej jego izbie. Nikogo nie było, w drodze powrotnej taksiarz rąbnął nas na kasę, wzbudzając we mnie poczucie winy,  że nie wiem jak wrócić do domu. Wróciliśmy, z kolei Antek dopiero co odjechał do siebie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek, wcześniej czy później, u nas był.

 

Obchody Stulecia [wersja prawdziwa]

Kiedy Adabrot Talh-Bor tego dnia wspinał się po marmurowych schodach Instytucji, w rozpiętym płaszczu, bo jesień tego roku była aż nadmiernie gorąca, nie mógł się spodziewać jak ciężki dzień go czeka w pracy. Pchnął drzwi z firmowym mottem Bug-Horror-Oj, Czysta, odebrał od usłużnego portiera codzienną poranną kawę i szybkobieżną windą wjechał na swoje piętro.

Talh-Bor zaczynał w Firmie na samym dole. Jako szeregowy programista projektował ubiór postaci w Grze, później ustawiał poziomy inteligencji poszczególnych ras, obmyślał dla nich specjalne umiejętności i artefakty, by finalnie mieć pod sobą cały dział. Polski dział Gry. Zwykle to nie była szczególnie trudna robota, nie wymagała angażowania najmocniejszych procesorów, ani specjalnie wyrafinowanych idei. Wystarczy powiedzieć, że ostatnią innowacją pochodzącą z tego terenu i przydatną dla całego Uniwersum była lampa naftowa, dobre dwieście wirtualnych lat wcześniej.

Zresztą mało kto zaczynał Grę w tym Narodzie. Inteligentniejsi wybierali bardziej rozbudowane scenariusze, bardziej hardcorowi gracze uaktywniali jedynie misje specjalne. Och, wielkim powodzeniem cieszyły się zwłaszcza Powstania. Poziom trudności był wtedy ustawiony tak wysoko, że udawało się co najwyżej jednemu uczestnikowi Gry na dziesięciu. Talh-Bor za te misje zbierał liczne branżowe nagrody, z reguły jednak po prostu pilnował, by serwery nie padały zbyt często. Był przeciętnym urzędnikiem wielkiej korporacji i nawet chwalił sobie to miejsce w szeregu. Dobra pensja, jeszcze lepsze premie, a z uwagi na małą istotność i znaczenie dla ogólnego Bilansu, rzadko narażał się na wściekłość samego Szefa. Był kiedyś taki jeden kozak, naprawdę bystry chłopak, który latami rozwijał Kartaginę i popełnił tylko jeden błąd, wysyłając słonie przez Alpy. Stary tak się wtedy wkurwił, że po wirtualnym stuleciu było już po wszystkim, a młodociany geniusz wylądował w Leśniczówce bez dostępu do Gry. I nawet Sieci. Wielowiekowa Mądrość zawsze ma rację.

Obecnie od miesięcy ciężko pracowali nad tegorocznym Specjalnym Eventem, czyli Stuleciem Niepodległości. Był już na ukończeniu i miał wystartować o północy w najbliższą niedzielę. Potem kolejna premia, może sobie w końcu kupi specjalne tokeny do gry Zachodem. Nawet po zniżce dla pracowników, nie było go na nie stać ze zwyczajnej pensji.

13. piętro

Dziecięciem będąc zafascynowała mnie koncepcja trzynastego piętra w amerykańskich hotelach, a dokładniej – idea trzynastego piętra w amerykańskich filmach o amerykańskich hotelach. Nie znałem jeszcze pojęć w rodzaju „protestancki etos pracy” i „ekonomika wolności”, ale fascynował mnie ten koncept w którym trzynastego piętra teoretycznie nie ma, choć przecież jest i generuje zyski (tych słów też mogłem nie znać, ale ich istnienie na pewno przeczuwałem). Ach, ale głupi ci Amerykanie – parafrazowałem głębokie słowa słynnego ówcześnie bohatera komiksów dla dzieci.

Moda ta w końcu dotarła i do Polski, razem z kredytami hipotetycznymi oraz Halloween, dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy w hotelu H. w mieście W. powtórzono ten myk z piętrami. Między dwunastką, a czternastką, rozdzierała się czasoprzestrzeń i znajdowała się pustka. Równie teoretyczna jak Polska. Dlatego odważnie wcisnąłem czternastkę (jak widać był to hotel nie najwyższej jednak klasy, ponieważ nie posiadał windziarzy w liberii i goście musieli ocierać sobie kciuki) i kiedy dźwig osobowy w końcu się zatrzymał, ufnie wkroczył w znajomy korytarz z wielkim fikusem.

To powinno mnie zaalarmować, przyznaję.  Któż to po 89 widział w Polsce fikusa, wyginęły równie nagle i nieuchronnie jak wielki przemysł i godność robotnika w wyniku spisku Banku Światowego. Wyparły je bardziej efektowne kwiaty typu orchidea albo drzewka z gatunku palm, najczęściej orientalnie plastykowych. Ale wtedy nie zajarzyłem. Nie zdziwił mnie nawet dywan w oszczędnym odcieniu beżu, ani klucze z wielkimi drewnianymi kluczami w zamkach kolejnych mijanych pokoi.

W końcu odważyłem się otworzyć jedne z nich.  Ostrożnie przekręciłem klucz i pchnąłem drzwi. Pokój był pusty. Jedynie pod ścianą stałą wersalka, a obok porcelanowy kubek z nieodłączną grzałką w kontakcie. Wycofałem się tyłem. W następnym pokoju jakiś wściekły typek walił w staroświecką maszynę do pisania i co minutę odkładał kolejną kartę szarawego papieru na metrowy stos. Nawet nie spojrzał na mnie, choć od przeciągu arkusz papieru ostatni uniósł się w powietrzu i wylądował ostatecznie w mojej łapie.

„Ostrożnie przekręciłem klucz i pchnąłem drzwi. Pokój był pusty. I jedynie pod ścianą stałą wersalka, a obok porcelanowy kubek z nieodłączną grzałką w kontakcie. Wycofałem się tyłem. W następnym pokoju jakiś wściekły typek walił w staroświecką maszynę do pisania.”

Jakiś postmodernistyczny bełkot. Ruszyłem dalej. W kolejnym okularnik o wyraźnie inteligenckiej prominencji malował twarz w biało-czerwone barwy i do lustra wykrzykiwał „Polska gola”, w tle leciała Międzynarodówka, chyba w esperanto. W kolejnej jeszcze hotelowej izbie stała staroświecka ława, jakby żywcem przeniesiona z pijalni piwa z Kochłowic z 86 roku i jakiś chłop leżał w buraczkach, a drugi robił mu zdjęcie. Dalej rozgrywano turniej w darta, ale według zasad polskich – rzucano stołowymi nożami z piłką w fotografię Leszka Millera i wygrywał ten, który dobrze skończył. Widziałem też cyrk bez zwierząt, jedynie z ludźmi, a nawet stację ładowniczą elektrycznych autobusów. Konduktorzy siłą upychali pasażerów.

Lodówki – jedna, stareńki bodaj Polar – stała na korytarzu, się po prostu bałem otworzyć. Pewnie zawierała nieświeże dania, przynajmniej sprzed roku i nikt już nie wiedział, kto był  wtedy kucharzem, a kto trzyma w garści kuchnię – zakładałem, może mylnie, że nawet na zagubionym piętrze można takową znaleźć – obecnie. I czy na pewno jest weganinem. Komórka zawibrowała w kieszeni i w pustym, pomalowanym do połowy olejną farbą korytarzu, poniósł się motyw z Twin Peaks. Kompletnie nie rozumiem trzeciego sezonu, ale przecież się nie przyznam w towarzystwie:

– Już idę. Jaki to numer? VIXI?

Miałem być moderatorem spotkania liderów lewicy. Społecznym. Z własnej niewymuszonej woli.

Bhawo ja.

Pakt

Tak naprawdę to chyba nie wierzyłem, że to naprawdę był on.

Rzeczywiście musiałem się wybrać za miasto, pomaszerować na rozstaj dróg, Mijały mnie ciężarówki z węglem, służbowe kie przedstawicieli handlowych i konie. Serio. W pobliżu była szkółka jeździecka i nastoletnie panny spoglądały na mnie z wyższością. Kuliłem się w atawistycznym odruchu, bo w rękach miały nahajki i wyglądały na rozmiłowane w tego typu przygodach. Panny narodzone już w dwutysięcznych, co  wiedzą o życiu? Polska i je zgnoi, pocieszałem się w duchu.

Stał pod ogłoszeniem „Tani pracownicy” i pilniczkiem czyścił równo przycięte paznokietki. Wcale nie wyglądał jak go sobie wyobrażałem, nie miał ogona ani krzesał iskier kopytami. Zmęczony czterdziestolatek w tanim garniturze i rozpiętym płaszczu z sieciówki. Wory pod oczami, przerzedzona czupryna, dwa zęby na pograniczu czerni – pewnie pracownicze ubezpieczenie nie obejmowało dentysty.

Nie musiałem niczego podpisywać własną krwią, a strasznie się tego bałem. Nienawidzę igieł i pewnie dlatego wiodę tak nudne życie, bez żadnych stymulantów, i dlatego musiałem przespacerować się na to skrzyżowanie. Strasznie pizgało jesienią, w sumie był już październik. Cyrografu też nie było, musiałem jedynie podpisać cały stos dokumentów, w tym najnowszą dyrektywę o RODO. Przybił pieczątkę, oddał kopię i już mogłem iść. Jak osioł nie potrafiłem odejść, tylko przez następne pięć minut próbowałem smoltokować, wiecie, by dać do zrozumienia, że to były moje warunki i dobrze się czuję z naszą umową. Chyba nawet ziewnął, kiedy odszedłem z posmakiem towarzyskiej przegranej w ustach.

Nie chcę zanudzać czytelników, więc nie napiszę na co się umówiłem. Zdradzę tylko, że umarłem w otoczeniu wianuszka dzieci (skóra ze skóry, tak podobne do mnie łachudry) oraz wnuków (na szczęście w komplecie adoptowanych) jako najsłynniejszy pisarz wschodniej Europy, kontynuator i godny spadkobierca talentów Faulknera, Borgesa, Lobo Antunesa, Twardocha. Moi tzw. spadkobiercy nie otrzymali ani grosza, w sekretarzyku znaleźli jedynie rachunek za suknię dla M. oraz dwa stare bilety lotnicze do Sztokholmu. Resztę kasy… nie będę zresztą mówić, nigdy nie wiadomo, kto w tym momencie czyta…

No więc absolutnie nie wierzyłem, że to był prawdziwy diabeł i umierałem spokojny o moje przyszłe bytowanie. Przynajmniej nikt mi nie będzie zawracał dupy jak za życia. W końcu sobie odpocznę.

Jakże piekielnie się myliłem! Kiedy już farorz porzykoł, prezydent przyznał Orła Białego, a grabarze, w siekącym śniegu, zasypali dół, obudziłem się. Na pewno nie było to żadne z moich dotychczasowych mieszkań. Smutna klitka prekariatu. Poszedłem się wysikać, chwilę musiałem szukać łazienki, i nawet sobie nie wyobrażacie jaka to była przyjemność. Silny strumień rozbijał kostkę na dnie aż tworzyła się piana. Dopiero wtedy spojrzałem w lustro. To była znajoma twarz, ale nie moja. Spojrzałem w komórkę. I zrozumiałem.

Znowu byłem w 2015. Nazywam się teraz Marcin Górski. I moim zadaniem jest stworzenie prawdziwej lewicy w Polsce.

Spłoszone moim krzykiem gołębie unosiły się z dachów wszystkich warszawskich bloków.